logotyp

Nie wiadomo co w nas siedzi

Mariola Wójtowicz jest podróżniczką i autorką bloga www.emerytkawpodrozy.blogspot.com. Wydała osiem książek w formie e-booków, m.in. „Emerytka w Australii”, „Emerytka w Japonii” i „Emerytka w Ameryce Środkowej”, przygotowuje trzy kolejne.Fot. Jacek Łagowski

O podróży, do której przygotowywała się 30 lat, długich listach i nigdy niezadanych pytaniach opowiada Mariola Wójtowicz Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Pisze Pani o sobie „emerytka”. Chce Pani trochę odczarować to słowo? Wielu osobom kojarzy się z nicnierobieniem.

To tylko stwierdzenie mojego statusu. Po prostu jestem emerytką. Nawiasem mówiąc, większość emerytów, których znam, to osoby niezwykle zajęte, nie mające chęci na nicnierobienie. Dopiero teraz mogą się zajmować tym, na co wcześniej nie starczało im czasu.

Jak długo przygotowywała się Pani do podróży dookoła świata?

Jakieś 30 lat. Oczywiście nie zdawałam sobie z sprawy, że będzie to podróż dookoła świata, bo kto przypuszczał, że kiedykolwiek taki wyjazd stanie się możliwy dla zwykłego śmiertelnika. Chyba w 1976 r. wpadło mi w ręce zdjęcie opery w Sydney. Wtedy sobie powiedziałam: „Ja tam pojadę!”. Od tego czasu szukałam informacji o tym, jak w tej Australii jest. Z czasopism i książek dowiadywałam się, że ludzie jeżdżą na antypody i to na własną rękę. Ja zwiedzałam Europę ze zorganizowanymi wycieczkami i coraz mniej mi się to podobało. Do tego przez ostatnie dwie dekady XX wieku praca tak mnie pochłonęła, że mogłam sobie pozwolić ledwie na dziesięciodniowy urlop. A lecieć na drugi koniec świata na dwa tygodnie? To bez sensu. Tym bardziej, że wpadł mi w ręce jeden z pierwszych tomów wydawnictwa „Przez świat. Informacje turystyczne z całego świata” z relacją z Nowej Zelandii. Wiedziałam, że tam też muszę pojechać.

I stało się. W 2008 r. kupiła Pani bilet lotniczy dookoła świata.

Pierwsza duża podróż. Trwa trzy i pół miesiąca. Trasa: Londyn – Lima – Ekwador i Wyspy Galapagos – Santiago de Chile – Nowa Zelandia – Australia – Londyn. A ja się boję latać!

Chyba się jednak Pani spodobało, skoro w następnych latach, wybrała się Pani na pięć kolejnych długich eskapad.

W czasie pierwszego wyjazdu nie zrealizowałam całego planu. Przedłużyłam wtedy pobyt w Nowej Zelandii i nie zdążyłam dotrzeć na północ i północny-wschód Australii. W następnym roku poleciałam, żeby to „dooglądać”, a przy okazji zwiedziłam Japonię. Potem zaczęłam sobie przypominać, gdzie jeszcze zawsze chciałam pojechać i na pierwszym miejscu mojej listy znalazł się Meksyk. Miałam w nim spędzić miesiąc, wyszło dwa i pół. Przy okazji skoczyłam do Gwatemali. Potem była jeszcze trzymiesięczna wyprawa do Azji, m.in. przez Kambodżę, Tajlandię, Malezję i Indonezję. W 2013 r. zdecydowałam się na Dominikanę, Kolumbię, Panamę, Kostarykę i Nikaraguę. I to była najtrudniejsza podróż – najpierw nie mogłam wylecieć z Krakowa z powodu mrozów, potem zgubiono mój bagaż, skręciłam sobie kolano, a w Kolumbii plantatorzy kawy blokowali drogi. Ostatnia wyprawa, ubiegłoroczna, to Korea, Mjanma (czyli dawniej Birma), Laos, Wietnam i Singapur.

Ma Pani plany na przyszłość?

Dopóki sił starczy, bardzo bym chciała coś jeszcze zobaczyć.

Podróżuje Pani sama. Nie boi się Pani?

Jeszcze jak się boję! Boję się niewiadomej. Ale nie tego, że mnie ktoś napadnie, bo to się może zdarzyć wszędzie. W Santiago de Chile jakiś chłopak próbował mi wyrwać aparat, co prawda się przewróciłam, ale ostatecznie nic się nie stało i ocaliłam 500 zdjęć z Galapagos. A mam psiapsiółkę, Chorwatkę, która od 40 lat mieszka w Rzymie. Jak jej o tym wydarzeniu napisałam, to ona odpowiedziała: „I widzisz, tobie się nic nie stało w Ameryce Południowej, a ja wchodziłam do domu, podjechał chłopak na motorze, wyrwał mi torebkę, straciłam wszystko”. W Meksyku chyba ze dwa razy szłam takimi ścieżkami, że sama miałam do siebie pretensje, bo to było nieodpowiedzialne i nierozsądne. Ale nic mi się nie stało. A równo tydzień po powrocie wyszłam dwa kroki z domu i połamałam rękę na kawałeczki. Co ma być to będzie. Tego się nie przeskoczy. Ludzie są wszędzie i dobrzy, i źli. Ja spotkałam i takich, i takich.

Dlaczego jeździ Pani sama?

To są moje podróże, odpowiadają na moje potrzeby. Gdybym jechała z kimś, musiałabym się dostosowywać, iść na kompromis, a to niekiedy wiązałoby się z niezrealizowaniem „moich” planów. Tak, wiem, w tej chwili egoizm przeze mnie przemawia. Z drugiej jednak strony mam bardzo rozwinięte poczucie odpowiedzialności. Zdarza się, że wybrany przeze mnie hotel okazuje się ruderą albo w wyniku pazerności na to, co nowe, zaplątuję się w uliczki jakiegoś miasta i żeby wrócić, muszę przejść dodatkowych kilka kilometrów czy wyłożyć parę dolarów. W takich przypadkach poczucie, że naraziłam kogoś na niewygody, zbędny wysiłek czy koszty, skutecznie zatrułoby mi „moją” podróż. Bo ja wszelkie trudności przetrzymam, ale cały czas myślałabym o komforcie mojego współtowarzysza. Może więc aż taką egoistką nie jestem? Nie wiem też, czy moje poczucie niespełnienia i konieczność uwzględnienia potrzeb i możliwości innej osoby nie wpłynęłyby na wzajemne relacje – człowiek jest tylko człowiekiem. W Gwatemali poznałam młodą dziewczynę ze Stanów Zjednoczonych, która wyruszyła z koleżanką na sześciomiesięczną podróż po Ameryce Południowej. Po dwóch tygodniach tak się ścięły, że każda pojechała swoją drogą.

Po co opisywać to, co się widziało i przeżyło?

W czasach, gdy ludzie prowadzili jeszcze normalną korespondencję, po powrocie z każdej wycieczki po Europie, zanudzałam moich znajomych bardzo długimi listami. Najdłuższy miał osiem stron formatu A4. Oczywiście był pisany ręcznie. Zawsze miałam jakąś wewnętrzną potrzebę dzielenia się z innymi tym, czego doświadczyłam w podróży, bo prawdę powiedziawszy, innymi doświadczeniami to raczej niechętnie się dzielę, jestem nawet uważana za osobę skrytą. Kiedy dowiedziałam się, że za napisanie relacji do wspomnianej już książki „Przez świat” można dostać od wydawnictwa egzemplarz autorski, od razu postanowiłam, że ja taki egzemplarz będę mieć. I rzeczywiście, mój tekst o podróży dookoła świata został przez nich zamieszczony. Więc w następnym roku opisałam Japonię. „Przez świat” narzucało jednak pewne ograniczenia dotyczące objętości tekstu i treści – musiało być w nim jak najwięcej informacji czysto praktycznych, np. o cenach. A ja chciałam czegoś więcej, bo jak zaczęłam pisać te relacje, to uzmysłowiłam sobie, że dzięki nim wszystko sobie porządkuję w głowie, zapamiętuję, utrwalam. Pomyślałam więc o tym, żeby wydać książkę. Wiedziałam już, że można to zrobić własnym sumptem. Wtedy stanęłam przed wyborem: jechać w następną podróż albo zapłacić za druk.

Pojechała Pani?

Oczywiście. Jestem realistką. Nie miałam nazwiska, nie jestem też dobrym marketingowcem. Niewielu by ją kupiło. W międzyczasie dowiedziałam się o e-bookach, które też można wydawać w ramach self publishingu. Trzy miesiące szukałam kogoś, kto by mnie nauczył, jak je robić. W końcu jeden pan informatyk podjął się wyzwania. Stwierdził, że się na tym nie zna, ale i jemu może się taka umiejętność przydać. Wiedziałam, że języka html się nie nauczę, ale dostałam od niego taką instrukcję, dzięki której sama potrafię teraz robić pliki mobi i epub. Samodzielnie wydałam już osiem e-booków. Ich fragmenty umieszczam na blogu i to też daje mi satysfakcję, bo zwiększa się liczba osób, które tu zaglądają. Mam sygnały, że komuś się przydaje to, co piszę. Dostaję mejlowo pytania od czytelników, z jedną osobą mam już stały kontakt na Facebooku. Jest trochę komentarzy, nikt mnie jeszcze nie zahejtował. A jak by mi ktoś trzy lata temu powiedział, że będę prowadzić bloga, to bym go wyśmiała. Jesteśmy tajemnicą, nie wiadomo co w nas siedzi.

Sama założyła Pani bloga?

Oczywiście. Usiadłam przed komputerem i najpierw znalazłam platformę, na której go uruchomię. Musiałam się wszystkiego nauczyć metodą prób i błędów. Po dwóch pierwszych dniach czułam się, jakbym pięć ton węgla przerzuciła. Zniszczyłam sobie wszystko dwa razy, musiałam coś przypadkiem nacisnąć. To było prawdziwe wyzwanie, ale tylko o jedną rzecz poprosiłam informatyka – nie umiałam umieścić na stronie ikonki z Facebooka, a raczej bałam się, że po raz kolejny coś sobie zepsuję. Zrozumiałam też wtedy, że największą barierą jest fachowe słownictwo. Mówię po angielsku, ale jak coś dotyczy komputerów i internetu, to znajome wyrazy nie układają się w sensowne zdania. Ale myślę, że młodsi też tak czasem mają.

A pisze pani dla siebie czy dla innych?

Nadal bardziej dla siebie, bo po każdej podróży muszę sobie wszystko przetrawić i pisanie mi w tym pomaga, ale jak ktoś zechce z tego skorzystać, jest mi bardzo miło.

W czasie podróży robi pani notatki?

Mam taki rytuał – każdego dnia, jak wracam do hotelu, biorę kąpiel, jem, a potem piszę gdzie byłam, co widziałam – bardzo krótko, w punktach. Dopiero potem ustalam plan na następny dzień. Kiedy wiem, że wieczorem będę mieć mało czasu, w ciągu dnia więcej fotografuję. To mi potem pomaga odtworzyć, co się wydarzyło. Innymi oczami patrzę już teraz na Japończyków, którzy ciągle biegają z aparatami.

A Pani robi dużo zdjęć?

W czasie ostatniej podróży 12 tysięcy.

Bardzo podoba mi się czas teraźniejszy, którego używa Pani w swoich relacjach. Dzięki temu razem z Panią poznajemy nowych ludzi, gubimy szlak w górach, zaglądamy do wnętrza wulkanu, patrzymy na delfiny podpływające do łodzi.

Chociaż z wykształcenia jestem ekonomistką, zawsze lubiłam pisać. Miałam dobrą polonistkę, może to jest mój sekret? Te wypracowania domowe na dowolne tematy dały mi podstawę, później były listy, w pracy też musiałam się nauczyć precyzyjnie i jednoznacznie wyrażać myśli na piśmie. Teraz chyba nawet wolę pisać niż mówić. Zastanawiam się tylko, czy nie nadużywam przymiotników? Staram się dopracowywać teksty, dlatego jak coś sobie napiszę, to odkładam na jakiś czas, a potem do tego wracam.

Dużo Pani czyta?

Zaczęłam czytać w wieku czterech lat, od razu całymi zdaniami. Nikt mnie tego nie uczył. W pierwszej klasie zrobiłam awanturę, bo nie mogłam korzystać z biblioteki – zapisywano dopiero drugoklasistów. Od początku sięgałam po książki podróżnicze. Później, ze względu na pracę, miałam mniej czasu na lekturę. Staram się nadrobić te zaległości.

Pani tekst o maszynie do szycia dostał jedną z sześciu głównych nagród w naszym konkursie literackim na tekst wspomnieniowy. Jurorów ujęło to, jak operuje Pani czasem i przeplata różne plany biografii. Te rodzinne opowieści to dla Pani coś ważnego?

Cały czas ubolewam nad tym, że wcześniej nie zainteresowałam się przeszłością, a teraz nie mam już od kogo zdobyć informacji. Na warsztatach pisarskich, na które chodzę regularnie, dostaliśmy zadanie, by napisać dialog z jakimś członkiem rodziny, z którym nie dane nam było porozmawiać. Ja napisałam rozmowę z dziadkiem, który zmarł miesiąc po moim urodzeniu. Wiem, że przez siedem lat był w Ameryce i wrócił po I wojnie światowej. Mama zawsze chwaliła jego zdrowy chłopski rozum, bo pieniądze, które zarobił na obczyźnie, podzielił na dwie części. Połowę przesłał drogą bankową, ponieważ obawiał się min pozostałych w morzu i chciał, żeby w przypadku zatopienia statku, coś z jego dorobku trafiło do żony. Drugą połowę wziął ze sobą. Za pieniądze, które sam przywiózł, kupił pole i podzielił je między dzieci. Druga część starczyła już tylko na konia, tak w międzyczasie straciły na wartości. Tę historię pamiętam. Ale chciałabym o tyle innych rzeczy dziadka zapytać. I mamę. Ten tekst o maszynie do szycia to była moja pierwsza próba, by się zmierzyć z tematem. Na początku myślałam, że nie ma takiego przedmiotu, którego historia byłaby związana z losami mojej rodziny. Potem zrozumiałam, że ta maszyna mnie poprowadzi. Postanowiłam ten tekst wysłać koleżance do przeczytania. A ona do mnie dzwoni i płacze. Mówię: „Co się stało, Helenka, coś z dziećmi?”. A ona: „Nie, po prostu przeczytałam to, co napisałaś”.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020