logotyp

Pisanie dla średnio zaawansowanych :)

opublikowano: 2017-07-12 23:20:09

Dziś w Służewskim Domu Kultury pisaliśmy o podróżach w nieznane i robieniu konfitur, o zimie nad morzem, wiośnie w Paryżu i greckich osach, o młodzieniaszkach i szpargałach. Odwiedziła nas dziennikarka radiowej Trójki, przyszedł też Jacek Łagowski, nasz ulubiony fotograf, dzięki któremu możecie zobaczyć, jak było na zajęciach :)

Dziękujemy wszystkim za wspaniałe popołudnie!

A jeśli się jeszcze nie znamy, ale macie chęć razem z nami pisać, czytać, blogować, dyskutować o języku, szukać motywacji i inspiracji, przejrzyjcie naszą ofertę warsztatową na lato i jesień. Pracujemy w Warszawie, Łodzi, Toruniu, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku, wszystkie spotkania są bezpłatne. Wystarczy do nas zadzwonić albo wysłać mejla - mamy jeszcze sporo wolnych miejsc!

Fot. Jacek Łagowski

foto16 foto17 sluzew1 sluzew2 sluzew3 sluzew4 sluzew4a sluzew4b sluzew5 sluzew6 sluzew7 sluzew8 sluzew9 sluzew10 sluzew11 sluzew12 sluzew13 sluzew14 sluzew15 sluzew16

Zacznij pisać latem

opublikowano: 2017-06-28 23:25:25

Masz chęć uporządkować domowe archiwum, utrwalić rodzinne historie, dać w prezencie komuś bliskiemu napisaną przez siebie opowieść? Lato to dobry czas, by zacząć albo pójść krok dalej. Chętnie będziemy Ci towarzyszyć :)

Zapraszamy na bezpłatne warsztaty w Warszawie 11, 18 i 25 lipca (grupa początkująca, zajęcia odbywają się w Centrum Pomocy Społecznej Dzielnicy Śródmieście w ramach festiwalu "Lato Seniora" ) oraz 12, 19 i 26 lipca (grupa średnio zaawansowana, spotykamy się w Służewskim Domu Kultury).

Informacje i zapisy: warsztaty.pisarskie@gmail.com lub tel. 691 937 428

Więcej informacji można znaleźć w zakładce WARSZTATY.

Projekt jest współfinansowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej​ w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020. Patronują mu Głos Seniora, CaféSenior.pl, Gazeta Senior​ i Seniorzy24.pl​.

tworcze_latem

Twórcze czytanie w Toruniu

opublikowano: 2017-06-27 23:34:41

Lubisz rozmawiać o książkach? Masz 60 lub więcej lat? Weź udział w TWÓRCZYM CZYTANIU. To cykl warsztatów, które odbędą się w bibliotece przy ul. Kościuszki 47 w Toruniu.

Na zajęcia zapraszamy 24, 28 i 31 lipca w godz. 10.30-13.40.

W trakcie spotkań będziemy dyskutować o książkach i wybranych krótszych tekstach. Zastanowimy się nad tym, czym jest „dobra literatura”, porozmawiamy o różnych gatunkach literackich, klasyce, nowościach i modach literackich. Sprawdzimy, czy łatwo zostać książkowym recenzentem i ułożymy listę „książek najważniejszych”. Porozmawiamy o ulubionych pisarzach, literackich hochsztaplerach i bestsellerach. Poszukamy najlepszych pierwszych zdań, zakończeń i tytułów.

Uczestnicy otrzymają materiały szkoleniowe, "listę lektur" i mnóstwo inspiracji. Zapewniamy również słodki poczęstunek, owoce, kawę, herbatę i zimne napoje.

Udział w warsztatach jest bezpłatny, ale obowiązują zapisy: tel. 56 655 98 04 lub f-2@ksiaznica.torun.pl lub tel. 691 937 428, warsztaty.pisarskie@gmail.com

TWÓRCZE CZYTANIE to wspólna inicjatywa stowarzyszenia KONCENTRAT i Filii nr 2 Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu.

twórcze_czytanie_torun_FB

Pierwsze terminy warsztatów!

opublikowano: 2017-06-24 17:57:21

Uwaga, już są pierwsze terminy warsztatów, a w najbliższych dniach pojawią się kolejne :)

Zachęcamy do przejrzenia podstrony WARSZTATY (klik), przeczytania opisu zajęć (w tym roku przygotowaliśmy aż siedem cykli tematycznych!) i wybrania czegoś dla siebie.

Do zobaczenia :)

naklejki

Siedem życzeń :)

opublikowano: 2017-06-20 14:05:12

W tym roku przygotowaliśmy dla Państwa aż siedem różnych cykli tematycznych związanych z pisaniem. Każdy cykl to trzy spotkania warsztatowe. Dobra wiadomość jest taka, że można się będzie zapisać na więcej niż jeden cykl :)

Pierwsze terminy już wkrótce!

1. Twórcze pisanie I (dla początkujących)
Na te spotkania zapraszamy osoby, które do tej pory nie brały udziału w naszych zajęciach. Na warsztatach podpowiemy, jak się zabrać do porządkowania domowych archiwów, spisywania wspomnień i rodzinnych opowieści. Udowodnimy, że to wcale nie jest trudne, a przynosi mnóstwo satysfakcji. Inspiracji do pracy dostarczą nam stare fotografie, pamiątkowe przedmioty, listy i pocztówki sprzed lat. Pod okiem profesjonalistów będzie można popracować nad stylem i formą krótkich tekstów, które powstaną na zajęciach i w przyjaznej atmosferze skonsultować swoje pomysły z osobami, które pisaniem zajmują się na co dzień.

2. Twórcze pisanie II (dla średnio zaawansowanych)
To warsztaty przeznaczone przede wszystkim dla osób, które brały już udział w naszych zajęciach i chcą pójść krok dalej. Będziemy szlifować swoje umiejętności, szukać nowych tematów, bawić się słowami, sprawdzać ich pojemność i siłę. Dopracujemy wybrane teksty, by mogły stać się prezentem dla kogoś bliskiego lub zostać opublikowane.

3. Blogujemy! (dla niezdecydowanych, początkujących i średnio zaawansowanych)
Na warsztatach wyjaśnimy, czym jest blog, jak go założyć i dlaczego warto to zrobić. Sprawdzimy, o czym piszą inni i poszukamy pomysłów na autorskie blogi. Zastanowimy się, skąd czerpać inspirację i motywację do pisania. Poćwiczymy kreatywność i elastyczność myślenia. Będziemy ciąć i sklejać zdania, bawić się słowami i pracować nad tym, by nasz styl stał się żywy, obrazowy i rozpoznawalny. Sprawdzimy, jak połączyć tekst ze zdjęciem albo grafiką, by przyciągnąć uwagę czytelników. Przyjrzymy się też językowi używanemu w internecie i zajrzymy w najciekawsze zakamarki sieci.

4. Na końcu języka (dla tych, którzy doceniają wagę słów)
Na warsztatach podyskutujemy o tym, jak zmienia się język. Sprawdzimy, skąd się biorą nowe słowa i czy na pewno są nam potrzebne. Porozmawiamy o lajkowaniu, makdonaldyzacji, hipsterach, spojlerowaniu i takaniu (naprawdę jest takie słowo!). Zastanowimy się też, gdzie się podziali absztyfikanci, szansonistki, dzierlatki i berbecie. Przyjrzymy się zasadom językowej grzeczności, modnym imionom i temu, jak mówią do nas urzędnicy. Podyskutujemy o tym, jakie błędy językowe najbardziej nas denerwują i dlaczego. A przy tym poćwiczymy językową kreatywność, będziemy bawić się słowami, sprawdzać ich pojemność i siłę. Popracujemy też nad stylem swoich wypowiedzi.

5. M jak motywacja (dla tych, którzy chcą dojść do celu)
Na warsztatach skupimy się na tym, jak mądrze wyznaczać sobie cele, planować swój czas i motywować się do pisania (oraz innych twórczych aktywności). Poznamy wewnętrznego krytyka, porozmawiamy o sile nawyków i o tym, dlaczego dziś nam się nie chce, choć przecież jeszcze wczoraj nam się chciało. Poćwiczymy naszą kreatywność i na pewno coś napiszemy.

6. Twórcze czytanie (dla zaprzyjaźnionych z książkami)
To warsztaty dla wszystkich, którzy uważają, że czytanie to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. Na spotkaniach będziemy dyskutować o książkach i wybranych krótszych tekstach. Zastanowimy się nad tym, czym jest „dobra literatura”, porozmawiamy o różnych gatunkach literackich, klasyce, nowościach i modach literackich. Sprawdzimy, czy łatwo zostać książkowym recenzentem i ułożymy listę „książek najważniejszych”. Podyskutujemy o ulubionych pisarzach, literackich hochsztaplerach i bestsellerach. Poszukamy najlepszych pierwszych zdań, zakończeń i tytułów.

7. Z publicystycznym zacięciem (dla początkujących i średnio zaawansowanych)
Na warsztatach przyjrzymy się popularnym gatunkom dziennikarskim. Poćwiczymy pisanie tekstów, które pozwalają dzielić się swoimi przemyśleniami, doświadczeniami i ocenami. Sprawdzimy też, jak to robią najlepsi. Napiszemy list do redakcji, recenzję filmową, książkową albo kulinarną, zmierzymy się z felietonem i komentarzem. Przekonamy się, czy każdy może zostać dziennikarzem i zrobimy nietypowy przegląd prasy. Zastanowimy się przy okazji, jakim językiem mówią do nas media, czym jest tabloidyzacja i czy gazeta wydawana przez hipermarket to prawdziwa gazeta.

Dopinamy na ostatni guzik!

opublikowano: 2017-05-10 11:06:18

Drodzy Państwo, prosimy o jeszcze chwilę cierpliwości :)

Na razie załatwiamy sprawy formalne, podpisujemy umowy, przygotowujemy harmonogramy i scenariusze zajęć. Warsztaty wystartują dopiero w czerwcu, ale będzie ich w tym roku naprawdę dużo, bo w sumie aż 75! Będziemy pracować w Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Toruniu, Wrocławiu i Gdańsku.

Przed nami bardzo pracowite miesiące, zbieramy więc siły, szukamy inspiracji i dopinamy wszystko na ostatni guzik :)

szkolenie

Udało się! Będziemy razem pisać też w 2017 r. :)

opublikowano: 2017-02-28 19:58:34

Musieli Państwo naprawdę mocno trzymać za nas kciuki :)

Eksperci z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej ocenili nasz wniosek na 196 punktów, więc koktajlem jarmużowo-pietruszkowo-szpinakowym wznosimy toast za piątą edycję projektu PISZEMY+. I za wiosnę oczywiście :)

toast

Trzymajcie kciuki za PISZEMY+ (po raz piąty)!

opublikowano: 2016-12-28 15:29:53

Wiadomość dla wszystkich, którzy pytają o ciąg dalszy :)

Dziś złożyliśmy wniosek o dofinansowanie następnej edycji warsztatów pisarskich dla osób 60+. Kiedy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zdecyduje, czy kolejny raz ma chęć zainwestować w nasz pomysł, od razu damy Państwu znać :)

wniosek

Wesołych Świąt!

opublikowano: 2016-12-24 12:32:42

zyczenia

Najlepszy pomysł na prezent

opublikowano: 2016-12-23 12:40:15

A gdyby tak w tym roku dać komuś w prezencie gwiazdkowym własną opowieść? To może być historia jednej fotografii albo przedmiotu, list, bajka. Jeśli nie wiecie, jak się za to zabrać, podpowiedzi poszukajcie w zakładce jak pisać (nasza strona czynna jest całodobowo nie tylko od święta :) )

Fot. Jacek Łagowski

img_6653

Finał w Olsztynie

opublikowano: 2016-12-21 20:48:00

Czujemy się dziś bardzo świątecznie :) Za nami ostatnie w tym sezonie warsztaty pisarskie w Olsztynie i spotkanie finałowe. Było sporo wzruszeń, gwiazdkowe prezenty i bardzo emocjonująca dyskusja o języku, językoznawcach i słownikach :)

Wszystkim uczestnikom dziękujemy za niezapomniane opowieści, a za gościnę dziękujemy Olsztyńskiemu Centrum Organizacji Pozarządowych.

olsz1 olsz2 olsz3 olsz4

Spotkanie integracyjne w Poznaniu

opublikowano: 2016-12-20 20:54:58

A tak było dziś na spotkaniu finałowym w Poznańskim Centrum Wspierania Organizacji Pozarządowych i Wolontariatu przy ul. Bukowskiej. Dziękujemy za wszystkie serdeczne słowa, za słodkie upominki i za opowieści, których na pewno nie zapomnimy!

pzn_final cis1

Ostatnie warsztaty w Poznaniu

opublikowano: 2016-12-20 14:01:42

Za nami ostatnie w tym roku warsztaty pisarskie w Centrum Inicjatyw Senioralnych w Poznaniu. Odwiedziła nas dziś nawet telewizja, której opowiedzieliśmy o projekcie :)

Dziękujemy wszystkim uczestnikom zajęć i obiecujemy, że w przyszłym roku znów sobie razem popiszemy!

cis2 cis3

Historia jednej fotografii

opublikowano: 2016-12-19 21:12:26

Na dzisiejszych warsztatach w Centrum Inicjatyw Senioralnych w Poznaniu przyglądaliśmy się zdjęciom z domowych archiwów, pisaliśmy o najważniejszych dla nas osobach, o błysku, czułości i migawkach. Zastanawialiśmy się, czy życie jest jak rejs, salto czy popiół (i diament). Dziękujemy za spotkanie!

ciss1 ciss2 ciss3

Warszawskie pożegnanie

opublikowano: 2016-12-18 22:16:46

Dziś w Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej spotkaliśmy się z uczestnikami warszawskich warsztatów pisarskich. Była gorąca herbata, choinka, prezenty, uściski, czekoladowe mikołaje, a nawet harcerska piosenka. Jesteśmy wzruszeni i oszołomieni. Zresztą sami zobaczcie, nam brakuje słów :)

Fot. Jacek Łagowski

scek1 scek2 scek3 scek4 scek5 scek6 scek7 scek8 scek9 scek10 scek11 scek12 scek13 scek14 scek15 scek16 scek17 scek18 scek19 scek20 scek21 scek22 scek23

Ostatnie spotkanie w Służewskim Domu Kultury

opublikowano: 2016-12-17 13:24:59

Nie przypuszczaliśmy, że w sobotę przed 9 rano, w pochmurny, zimny dzień, komuś będzie się chciało wyjść spod koca. Tymczasem frekwencja na zajęciach w Służewskim Domu Kultury jak zawsze 120-procentowa, a do tego wszyscy odrobili pracę domową :) Tym razem oddaliśmy głos ważnym przedmiotom, które opowiedziały swoje (i nie tylko swoje) historie. Dziękujemy!

s1 s3 s5 s6 sl8 sl9

Trzecia grupa poznańska zaczyna pisać :)

opublikowano: 2016-12-16 20:48:31

Niektórzy skończyli pracę, inni dopiero zaczynają :) Za nami pierwsze warsztaty pisarskie w Centrum Inicjatyw Senioralnych w Poznaniu, kolejne w poniedziałek i wtorek.

p1 p2

Finał w Łodzi

opublikowano: 2016-12-15 18:54:05

Wracamy właśnie pociągiem z Łodzi po świątecznym spotkaniu z uczestnikami naszych warsztatów pisarskich w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Tak byliśmy zaaferowani, że gdy tylko na horyzoncie pojawili się pierwsi goście, zapomnieliśmy o robieniu zdjęć :) Dziękujemy za wszystkie opowieści, miłe słowa i złożone obietnice. Klub czytelniczy to świetny pomysł. Zaiste ;)

ldz_final1 ldz_final2 ldz_final3

Piszą o nas :)

opublikowano: 2016-12-15 13:57:34

Znajdziecie nas w najnowszej "Angorze" :)

angora

Pakujemy prezenty!

opublikowano: 2016-12-14 14:04:23

W tym roku dla każdego uczestnika naszych warsztatów pisarskich będziemy mieć książkowy prezent. Dzień mija nam więc na otwieraniu paczek dostarczanych przez kurierów, sprawdzaniu, czy na pewno jest w nich to, co miało być i na jedzeniu czekoladowych mikołajów. Umberto Eco miał rację - kto czyta, żyje podwójnie :)

pakujemy

O warsztatach na stronie Ministerstwa :)

opublikowano: 2016-12-12 15:12:52

Jeśli jesteście ciekawi, jakie jeszcze inicjatywy są finansowane w ramach programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020, zajrzyjcie koniecznie na stronę Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. O nas tam też przeczytacie: http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/seniorzy/art,8450,trwa-konkurs-asos-2017.html :)

My oczywiście w konkursie ASOS 2017 zamierzamy startować, mamy sporo nowych pomysłów ;)

Fot. Jacek Łagowski

piszemy4

Drugie warsztaty w Olsztynie

opublikowano: 2016-12-12 14:07:00

Za nami drugie spotkanie w Olsztyńskim Centrum Organizacji Pozarządowych​. Pisaliśmy dziś o fotografiach odnalezionych w domowych archiwach, o czułości, migawkach i błysku. Rozmawialiśmy o tym, czy życie to salto, tango, rejs, demakijaż czy może zdjęcia próbne :) Odwiedził nas też dziennikarz z Polskiego Radia Olsztyn.

olsz1 olsz3

Poznań po raz trzeci, Służew po raz drugi

opublikowano: 2016-12-11 20:10:39

Dziś rano po raz drugi spotkaliśmy się z seniorami w Służewskim Domu Kultury (frekwencja 120 proc. :) ). A popołudnie spędzamy przy dyni w occie i czekoladowych dzwonkach, które dostaliśmy w prezencie na piątkowych warsztatach pisarskich w Poznaniu. Trudno uwierzyć, że już za 16 godzin będziemy w Olsztynie!

s1 s2 sl3 pn1 pn2 pn3 pn4

Warsztaty w Poznaniu. Ostatnie wolne miejsca!

opublikowano: 2016-12-09 15:28:16

W Warszawie, Łodzi i Olsztynie wszystkie miejsca na warsztatach zajęte, część grup skończyła już nawet pracę.

Tylko dla mieszkańców Poznania mamy dobrą wiadomość - można się jeszcze zapisać na zajęcia, które organizujemy w Centrum Inicjatyw Senioralnych 16.12, 19.12 i 20.12. Zapraszamy!

Fot. Jacek Łagowski

bezplatne-warsztaty-pisarskie

W drodze

opublikowano: 2016-12-08 14:19:55

Cały czas jesteśmy w drodze :) W tym tygodniu spotkaliśmy się już z seniorami w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi, w Stacji Muranów i w Bibliotece na Redutowej w Warszawie oraz w Olsztyńskim Centrum Organizacji Pozarządowych. Poznań na horyzoncie. Dla tych, którzy chcieliby jeszcze w tym roku coś z nami napisać, dobra wiadomość - są wolne miejsca w Centrum Inicjatyw Senioralnych w Poznaniu, można też dołączyć do grupy w Służewskim Domu Kultury w Warszawie albo w Olsztyńskim Centrum Organizacji Pozarządowych. Zapraszamy serdecznie!

ol1_1 ol2_1 waw3_1 waw3_2 ed3_1 ed3_2

Warszawa, Olsztyn, Poznań - jeszcze w tym roku, można coś z nami napisać :)

opublikowano: 2016-12-08 11:02:51

To już naprawdę ostatnia szansa, by jeszcze w tym roku wziąć udział w naszych bezpłatnych warsztatach pisarskich. Mamy wolne miejsca w trzech grupach:

POZNAŃ
GDZIE - Centrum Inicjatyw Senioralnych, ul. Mielżyńskiego 24
KIEDY - 16 grudnia, 19 grudnia, 20 grudnia, godz. 10.00-13.15 + indywidualne konsultacje do godz. 14.00
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 61 842 35 09 lub warsztaty.pisarskie@gmail.com

OLSZTYN
GDZIE - Olsztyńskie Centrum Organizacji Pozarządowych, ul. Tarasa Szewczenki 1
KIEDY - 6 grudnia, 12 grudnia i 21 grudnia, godz.10.00-13.15
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 667 430 669 lub 691 937 428, warsztaty.pisarskie@gmail.com
DO TEJ GRUPY MOŻNA DOŁĄCZYĆ 12 GRUDNIA!

WARSZAWA
GDZIE - Służewski Dom Kultury w Dzielnicy Mokotów m. st. Warszawy, ul. Bacha 15
KIEDY - 4 grudnia, 11 grudnia, 17 grudnia, godz. 09.00-12.15 + indywidualne konsultacje do godz. 13.00
INFORMACJE I ZAPISY - warsztaty.pisarskie@gmail.com, tel. 22 843 91 01 lub 667 430 669
DO TEJ GRUPY MOŻNA DOŁĄCZYĆ 11 GRUDNIA!

Warszawa - Poznań - Warszawa - Łódź

opublikowano: 2016-12-04 21:27:26

Dziś spotkaliśmy się z seniorami w Służewskim Domu Kultury. Mieliśmy nawet gości specjalnych, którzy trochę nas podsłuchiwali i podglądali :). W piątek byliśmy w Poznaniu, w środę w Bibliotece przy ul. Redutowej w Warszawie i w Stacji Muranów, a we wtorek i poniedziałek pracowaliśmy z seniorami z Łodzi. Teraz szybko przepakowujemy walizki, bo jutro o 5.53 znów wsiadamy w pociąg :)

sl1 sl2 sl3 pn1 pn2 pn3 pn4 mur1 re1 re2

Weekendowe warsztaty w Warszawie

opublikowano: 2016-12-02 15:37:28

Mamy ostatnie wolne miejsca dla osób, które najbardziej lubią pisać w soboty i niedziele :)

sluzew

Warszawa, Olsztyn, Poznań. Ostatnie wolne miejsca na warsztatach!

opublikowano: 2016-11-29 08:55:47

W najbliższych dniach zaczynają się spotykać trzy nowe grupy pisarskie - we wszystkich są jeszcze wolne miejsca. To już ostatnia szansa, by w tym roku wziąć udział w naszych bezpłatnych warsztatach. Zapraszamy osoby 60+, zapewniamy przyjazną atmosferę, kawę, ciasto, profesjonalnych wykładowców, mnóstwo inspiracji i prezenty książkowe ;)

WARSZAWA
GDZIE - Służewski Dom Kultury w Dzielnicy Mokotów m. st. Warszawy, ul. Bacha 15
KIEDY - 4 grudnia, 11 grudnia, 17 grudnia, godz. 09.00-12.15 + indywidualne konsultacje do godz. 13.00
INFORMACJE I ZAPISY - warsztaty.pisarskie@gmail.com, tel. 22 843 91 01 lub 667 430 669

OLSZTYN
GDZIE - Olsztyńskie Centrum Organizacji Pozarządowych, ul. Tarasa Szewczenki 1
KIEDY - 6 grudnia, 12 grudnia i 21 grudnia, godz.10.00-13.15
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 667 430 669 lub 691 937 428, warsztaty.pisarskie@gmail.com

POZNAŃ
GDZIE - Centrum Inicjatyw Senioralnych, ul. Mielżyńskiego 24
KIEDY - 16 grudnia, 19 grudnia, 20 grudnia, godz. 10.00-13.15 + indywidualne konsultacje do godz. 14.00
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 61 842 35 09

Można też jeszcze dołączyć do jednej z dwóch grup poznańskich, które zaczęły pracę w ostatni piątek:

POZNAŃ
GDZIE - Akademia 50+, ul. Ratajczaka 20/18a
KIEDY - 25 listopada, 2 grudnia, 9 grudnia, godz. 10.00-13.15 + indywidualne konsultacje do godz. 14.00
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 691 937 428 lub warsztaty.pisarskie@gmail.com

POZNAŃ
GDZIE - Akademia 50+, ul. Ratajczaka 20/18a
KIEDY - 25 listopada, 2 grudnia, 9 grudnia, godz. 14.00-17.15
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 691 937 428 lub warsztaty.pisarskie@gmail.com

Stare fotografie, krówki i wykrzykniki

opublikowano: 2016-11-25 18:34:12

Dziś Poznań, wczoraj Łódź, przedwczoraj Warszawa. Przyglądaliśmy się fotografiom sprzed lat, pisaliśmy o zapachu krówek i popielatej mgle, zastanawialiśmy się, kiedy warto postawić wykrzyknik. Dziękujemy i czekamy na więcej :)

re2 pzn1 pzn2 pzn3 pzn4 u1 u2

Tak wyglądają nasze warsztaty (mnóstwo zdjęć czyli wpis dla wahających się) :)

opublikowano: 2016-11-23 20:10:01

23 listopada na spotkaniu w Stacji Muranów pisaliśmy o tym, co zdarza się tylko raz, o smakach, zapachach i kształtach, szukaliśmy idealnych przymiotników, rozmawialiśmy o zaletach czasu teraźniejszego i szczegółach, które budują opowieść.

Fot. Jacek Łagowski

img_2341 img_2344 piszemy_2016 img_2267 img_2281 img_2286 img_2287 img_2289 img_2291 img_2292 img_2300 img_2310 img_2317 img_2327 img_2333 img_2336 img_2337

Na dobry początek

opublikowano: 2016-11-22 20:41:27

Za nami trzy pierwsze w tym sezonie warsztaty pisarskie dla osób 60+. Szukaliśmy właściwych słów, dyskutowaliśmy o przymiotnikach i czasie teraźniejszym, stawialiśmy kropki i znaki zapytania ;) W Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi było bardzo kameralnie, za to na spotkaniu, które zorganizowaliśmy razem z Zespołem ds. Seniorów Urzędu Miasta Łodzi, ledwo się wszyscy pomieściliśmy przy ogromnym stole. Okazało się też, że to właśnie z okien sali, w której pracujemy, w samo południe jest grany hejnał Łodzi czyli "Prząśniczka" :)

um2 um3 um4 edelman1 edelman2 edelman3 edelman4 edelman5 edelman6

Piszą o naszym pisaniu :)

opublikowano: 2016-11-19 14:56:26

Informacje o naszych warsztatach znajdziecie m.in.:

- w "Gazecie Senior" - w wydaniu krajowym 3/2016, do pobrania stąd: www.gazetasenior.pl/archiwum-wydan (na okładce jest Edyta Geppert)

- na portalu CafeSenior.pl, np. tu: www.cafesenior.pl/warszawa-lodz-poznan-olsztyn-warsztaty-tworczego-pisania/

- w "Głosie Seniora", www.glosseniora.pl

- na portalu www.seniorzy24.pl, np. tu: www.seniorzy24.pl/warsztaty-tworczego-pisania/

Dziękujemy!

Trwają zapisy! Można do nas dzwonić / pisać także w weekend :)

opublikowano: 2016-11-18 18:49:36

Mamy jeszcze wolne miejsca na warsztatach, które startują już w najbliższym tygodniu, zachęcamy do zapisywania się. Pracujemy także w sobotę i niedzielę!

ŁÓDŹ
1. Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi (I grupa), ul. Wojska Polskiego 83
KIEDY - 21 listopada, 28 listopada, 5 grudnia, godz. 10.00-13.15 + indywidualne konsultacje do godz. 14.00
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 667 430 669, warsztaty.pisarskie@gmail.com

2. Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi (II grupa), ul. Wojska Polskiego 83
KIEDY - 21 listopada, 28 listopada, 5 grudnia, godz. 15.00-18.15 + indywidualne konsultacje do godz. 19.00
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 667 430 669, warsztaty.pisarskie@gmail.com

WARSZAWA
1. Wypożyczalnia dla Dorosłych i Młodzieży nr 80, ul. Redutowa 48
KIEDY - 23 listopada, 30 listopada, 7 grudnia, godz. 09.30-12.45 + indywidualne konsultacje do godz. 13.30
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 691 937 428 lub warsztaty.pisarskie@gmail.com

2. Stacja Muranów, ul. Andersa 13
KIEDY - 23 listopada, 30 listopada, 7 grudnia, godz. 14.00-17.15 + indywidualne konsultacje
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 691 937 428 lub warsztaty.pisarskie@gmail.com

POZNAŃ
1. Akademia 50+, ul. Ratajczaka 20/18a
KIEDY - 25 listopada, 2 grudnia, 9 grudnia, godz. 14.00-17.15
INFORMACJE I ZAPISY - tel. 691 937 428 lub warsztaty.pisarskie@gmail.com

www-piszemyplus-pl

Trwają zapisy na warsztaty!

opublikowano: 2016-11-15 06:34:25

Drodzy Państwo, w zakładce WARSZTATY znajdziecie już terminy niemal wszystkich tegorocznych spotkań. W tym roku zajęcia są cykliczne - zapraszamy więc osoby, które mogą przyjść na co najmniej 2 z 3 warsztatów i spotkanie integracyjne albo na 3 warsztaty.

W tym roku patronami medialnymi projektu są:

glos_seniora_logo logo-gazetasenior logo_cafesenior logo-gazetasenior_pl_rewers logo_250x250

Startujemy!

opublikowano: 2016-10-25 14:33:36

Musieliśmy dopiąć wszystkie formalności na ostatni guzik - trochę to trwało, ale już możemy oficjalnie zacząć pisać razem z Państwem i do pisania Państwa namawiać!

Więcej informacji znajdą Państwo w zakładce WARSZTATY (klik) - stopniowo będą się tam pojawiać kolejne daty i miejsca spotkań.

Zachęcamy też do zaglądania na naszą stronę na FACEBOOKU (klik).

Fot. Jacek Łagowski

piszemy4

Poznajcie zespół trenerski ;)

opublikowano: 2016-10-16 16:01:55

Stare fotografie to świetny punkt wyjścia do opowiedzenia ciekawej historii, dlatego postanowiliśmy przeszukać nasze archiwa zdjęciowe i przedstawić się Wam trochę inaczej niż zwykle :)

Oto nasz zespół trenerski - Ola Rzążewska, Anna Błaszkiewicz i Robert Pruszczyński.

piaskownica

Książka o pisaniu

opublikowano: 2016-09-15 15:53:52

Chcemy Wam przypomnieć, że w zakładce jak pisać znajdziecie elektroniczną wersję "Książki o pisaniu", którą wydaliśmy w ubiegłym roku. To bardzo przydatna lektura - znajdziecie w niej wywiady z pisarzami, literaturoznawcami, archiwistami, historykami, psychologami i sporo tekstów poradnikowych.

Fot. Jacek Łagowski

mozaika_na_fb

PISZEMY+ po raz czwarty

opublikowano: 2016-07-23 13:30:50

Mamy dobrą wiadomość! Jesienią 2016 r. znów będziemy razem pisać. Tym razem w Warszawie, Łodzi, Poznaniu i Olsztynie zorganizujemy cykliczne warsztaty i spotkania integracyjne. Będziemy mieć dla Państwa prezenty książkowe i mnóstwo ciekawych ćwiczeń. Wkrótce pierwsze szczegóły!

Dziękujemy!

opublikowano: 2015-12-21 14:54:03

zyczenia

List w zaświaty

opublikowano: 2015-12-21 14:19:26

Pan Mirosław Stafiński z Warszawy dostał jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych w naszym konkursie literackim.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego stwierdziła, że to zaskakujące połączenie liryki i dosadności, tęsknoty za życiem, które przeminęło – uosabianym przez zmarłego brata – i wielkiej żywotności symbolicznie przedstawionej w zabawie chłopczyków.

Prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim uznał, że tekst przykuwa uwagę tak przejmującym charakterem opowieści, jej emocjonalnym tłem (to list do zmarłego brata), jak i osadzonym w humorze złamaniem podniosłego nastroju. Jego zdaniem wypada podkreślić znakomite operowanie przez Autora różnymi perspektywami czasowymi, pozwalające płynnie przechodzić do kolejnych relacjonowanych zdarzeń i wzbudzać zainteresowanie czytelnika.

A Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy, filozoficznie dodaje: Kiedy umiera starszy brat, przed oczyma młodszego stają wszystkie wspólnie spędzone chwile, dobre i złe. Więcej dobrych, bo dobrze mieć starszego brata, który ratuje młodszego tonącego w beczce z wodą. Ciało przemija, rozpada się. List w zaświaty ocala miłość i pamięć.

Zachęcamy do przeczytania tego przejmującego tekstu.

List w zaświaty

Wszystko się jakoś łączy bracie. Nie trzeba być geniuszem, żeby w szpitalnej scenie umierania zmaltretowanego chorobą i operacjami ciała, dostrzec wyraźnie spojenie słupka z poprzeczką. Obaj uwielbialiśmy piłkę nożną i dopóki z entuzjazmem kibicowaliśmy reprezentacji narodowej oraz drużynom klubowym w pucharowych rozgrywkach ani poważne choroby, ani tym bardziej śmierć, nie miały do nas dostępu. Wielkie pieniądze w tej dyscyplinie zdominowały aspekt sportowy. Mnie to zniechęciło. Ty jednak nadal oglądałeś mecze w telewizji. Zdziwiłem się zatem wielce, kiedy Główny Arbiter podyktował rzut karny przeciwko Tobie. Nie miałeś szans. Czterdziestokilogramowy szkielet, z gorejącymi bólem i oszołomieniem oczami, nie mógł sprostać napastnikowi o imieniu Śmierć. Pierwszy strzał mięsakiem nerki odbiłeś, ale dobitka zlepionymi jelitami poszła prosto w okienko. Twoje rudo-siwe wąsiska zafalowały i opadły, kiedy usta zastygły w grymasie litery O, wyrazie najwyższego zdumienia. Jest 28 lipca 2014 r., dzień dwudziestych urodzin Twojego pierwszego wnuka Adriana. Wszystko się jakoś łączy.

Epizody są we wspomnieniach najtrwalsze. Te gwoździe pamięci określają naszą obecność w czasie i przestrzeni oraz interakcje z otaczającym światem. Twardo stoją na straży emocjonalnych klimatów osnuwających mroczną dolinę, po której płynie strumień naszego życia.
Nie muszę nawet zamykać oczu aby przeżyć to jeszcze raz.
Jednym z pierwszych, jakie się pojawiają, jest obrazek zaśnieżonego podwórka. Jest styczeń 1958 r. Wyglądam przez okno, a ty wracasz ze sklepu z bańką mleka. Trzy miesiące temu skończyłeś sześć lat. Dostrzegasz mnie i odstawiasz bańkę, aby ulepić kulę śnieżną, którą chcesz rzucić w okno, za którym stoję. Ciskając, oczywiście przewracasz bańkę i mleko się rozlewa. Rozpacz na twojej twarzy ma kształt litery O.
Igraszki losu.

Sny bywają kolorowe, zabawne lub złowieszcze. Nocą poprzedzającą Twój zgon śni mi się biała ściana, na niej wisi ogromna plansza z wykresem słupkowym. Kolumny kolorowych, pokratkowanych klocków wyrastają w dół z górnego szeregu, długiego prawie na całą planszę. Środkowa część, naprzeciw której jestem, sięga prawie do samego dołu. Po mojej lewej stronie stoi nasza nieżyjąca od trzech lat matka, a po prawej Ty czepiasz się górnej krawędzi wykresu zmieniającego się w coś przypominającego elastyczną miarkę krawiecką. Widać, że z trudem utrzymujesz równowagę, ledwie balansując z końcówką taśmy w dłoni, a kafelek łączący tę wstęgę z wykresem jest wyraźnie naderwany.
- Niech mama coś zrobi, trzeba zerwać tę taśmę bo się zaraz wywali – mówię przez lewe ramię.
- Już mnie gardło boli od krzyku – odpowiada matka.
- Gardło zobaczę później, teraz trzeba mu pomóc – podchodzę, wspinam się na palce i szybkim ruchem zrywam taśmę w miejscu jej naderwania. Scena znika, budzę się. Nie mam złych przeczuć.

Jest lato 1959 r. Bawimy się na podwórku. Stoi tam ogromna blaszana beczka z wodą do podlewania grządek. Czerpiemy z niej wodę do produkcji błota. Nie pamiętam do czego nam błoto.
Beczka jest wielka i ledwie na palcach sięgam jej krawędzi, aby podciągnąć się i stanąć stopami na środkowej otaczającej ją wypukłości. Beczka nie jest pełna. Przechylając się maksymalnie, dosięgam lustra wody i jakimś poobijanym garnkiem zaczerpuję trochę. To za mało. Przechylam się jeszcze bardziej i plum. Wpadam głową w dół. Zielonożółta w promieniach słońca, mętna i ciepła ciecz przesłania mi widok. Zamieram w bezruchu. Zupełnie nie wiem co się stało, gdzie jestem i co robić. Pierwszy oddech, który okazuje się dławiącym haustem wody, wprawia moje ciało w chaotyczny ruch. Panicznie miotam się w tej samej pozycji, a wystarczyłoby tylko obrócić się i stanąć na nogi. Tego nie jestem w stanie wymyślić. W ogóle nie pamiętam jakichkolwiek myśli poza uczuciem bezradności. Wtedy Ty, bracie, sam zbyt mały, aby wyciągnąć mnie czy choćby obrócić, alarmujesz szyjącą coś w domu matkę. Przybiega i mnie ratuje. Zapamiętałem miarkę krawiecką otaczającą jej szyję, powiewającą na boki, kiedy prawie biegiem niosła mnie na rękach do domu.

Kiedyś planowaliśmy sobie, że po przejściu na emeryturę będziemy się spotykać częściej, aby pograć w szachy, bo przy rzadszych wizytach wciąż nie znajdowaliśmy na to czasu. Szachy były jedną z pierwszych gier jakich nauczył nas ojciec, zaraz po oczku i pokerze, w których uczestniczyliśmy, aby mógł poćwiczyć swoje triki.
Już prawie od dwóch lat byłeś na tej emeryturze, a wciąż nie realizowaliśmy tamtych zamierzeń. Ciągle miałeś coś do roboty. Fucha goniła fuchę. Nie wyglądałeś najlepiej, ale nie potrafiłeś nic nie robić. Byliśmy jak dwa bieguny magnesu. Ja przy robocie mogłem spokojnie spać, Ty, zawsze w gotowości. Robota Cię przyciągała, mnie odpychała.

Pamiętam taki epizod z końca lat pięćdziesiątych XX w. Wieczór, jesteśmy w łóżku gotowi do spania, rodziców nie ma w domu. Trochę nudno, nie mamy jeszcze telewizora ani nawet elektryczności. Bawimy się w rzucanie cieni na ścianę przeciwną do tej, na której wiszą dwie lampy naftowe. To spora gimnastyka, aby wyczarować świat naszej wyobraźni. Nagle wpadasz na pomysł: Kto pierwszy pocałuje się w dupę wygrywa.
Mimo wielu prób żadnemu nie udaje się dokonać tego karkołomnego wyczynu. Zziajani i spoceni zalegamy aby odpocząć.
- Samemu nie da rady, ale możemy się pocałować nawzajem – rzucasz autorytatywnie.
- Ale po co? - pytam. Ni cholery nie mogę pojąć idei.
- Żeby zobaczyć, jak to jest być całowanym w dupę.
- Mnie to nie ciekawi – odpowiadam.
- Bo głupi szczyl jesteś - zaznaczasz swoje starszeństwo.
Po wielu namowach i targach kto kogo pierwszy, zgadzam się w końcu i całuję, w zamian otrzymując siarczystego klapsa. Jak ja Cię wtedy nienawidziłem. Kolejny raz dałem się dowcipnisiowi wystrychnąć na dudka. W teatrzyku cieni rozgorzała gwałtowna, acz krótka walka. Ta nauczka w przyszłości zaowocowała. Nie łatwo było mnie wpuścić w maliny i być może dzięki temu uniknąłem gorszych rzeczy.

Wiesz co bracie? Dziś z chęcią pocałowałbym to Twoje stare dupsko, abyśmy mogli zagrać w te pieprzone szachy zgodnie z planem.

Twój brat

Spacer ulicą Małą

opublikowano: 2015-12-20 14:42:26

Pani Teresa Pąk z Warszawy zaprosiła nas na spacer po starej Pradze. Odwiedziliśmy zakład szewski pana Z., budkę pana Kropisza i Lidkę, której tata grał na trąbce. Ta przechadzka tak spodobała się jurorom, że opowiadający o niej list postanowili nagrodzić jedną z sześciu równorzędnych dodatkowych nagród.

Autorce gratulujemy, a Państwa zachęcamy do przeczytania recenzji przygotowanych przez jurorów i oczywiście samego tekstu.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego: Po prostu reporterska opowieść! Niezwykła powojenna Praga, opisana ze szczegółami, które sprawiają, że dla wielu jest to miejsce magiczne. Konopacka, 11 listopada, Inżynierska i… Mała, a na niej warsztaty pana Kropisza i pana Z. Duże poczucie humoru i umiejętność skrótu sprawiają, że czyta się z żalem, że tak mało.

Prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim: Przykuwająca uwagę historia z pierwszych powojennych warszawskich lat, będąca wspomnieniem małej uczennicy. Tym, co szczególnie zasługuje na podkreślenie, jest dar pamięci pozwalający nasycić opowieść szczegółami z tamtych czasów. Otrzymujemy w efekcie cenny, świetnie skonstruowany, niemal fotograficzny, obraz powojennej Pragi.

Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy: Praga pierwszych lat powojennych. Część miasta, która się ostała i kilka wspomnień zapisanych w czułej pamięci dziecka, gdzieś na rogu ulicy Małej. Kamienice i ludzie, którzy je wówczas zamieszkiwali. Nie ma już dziś tych ludzi, ich zakładów rzemieślniczych, ich małych i wielkich tragedii.

A teraz zapraszamy na spacer :)

Izuniu Droga!

Serdeczne dzięki za pamięć i przemiły liścik. Szczególną radość sprawiła mi wiadomość, że interesujesz się wspomnieniami rodzinnymi i chcesz je utrwalić. Twoja koncepcja opracowania wydaje się tyleż ciekawa, co i oryginalna. Z przyjemnością dołączę do tych poszukiwań.

Na początek proponujesz wspomnienia z drogi do szkoły. Natychmiast otworzyły mi się zapomniane obrazy, ale jednocześnie po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że ja tę trasę przechodziłam, a raczej przebiegałam, bo zawsze na „ostatnią chwilę”, niemal przez jedenaście lat! Odejmując czas wakacji i świąt, to daje około trzech tysięcy przejść; i tyleż powinno być powrotów. Z powrotami było trochę gorzej, bo trzeba było odprowadzić przyjaciółkę od serca albo właśnie zmienić plany, żeby ominąć tę do niedawna najlepszą, lub niby niechcący spotkać JEGO! i takie różne dziewczyńskie powody.

Do szkoły zaczęłam chodzić po zakończeniu wojny. Mieszkaliśmy na Pradze, mało zniszczonej dzielnicy prawobrzeżnej Warszawy. Lekcje zaczęły się prawie normalnie, o ile pamiętam, w okolicy 1 września 1945 roku. Moja szkoła przy ul. Konopackiej mieściła się w trzypiętrowej kamienicy, jeszcze przed wojną przystosowanej do zajęć lekcyjnych. Przypominam sobie te wyślizgane drewniane schody, wąskie korytarze i zatłoczone klasy! Dziś każdy inspektor bhp zamknął by ją z miejsca. Na szczęście nikomu nic się nie stało, wyśrubowany poziom nauczania dawał się we znaki wtedy, a procentował w późniejszym życiu. Dziękuję Ci Stara, Nieefektowna Szkoło.

Moja trasa prowadziła ulicami 11 Listopada i Inżynierską. To była ulica eleganckich budynków. Potem skręcałam w jedną z najbarwniejszych uliczek – Małą. Mała wcale nie była taka mała, tylko jakoś dziwnie nierównomiernie się rozwijała. Obok kamienic tzw. czynszówek, nieraz nawet bardzo wystawnych, z oficynami i ciemnymi podwórkami, stały biedne drewniane domki w większości parterowe. Na poddaszach, zwanych mansardami, były dodatkowe mieszkania. Za bramą takiego drewniaka rozciągało się zazwyczaj zielone podwórze. Drzewka, ławeczki na sąsiedzkie pogaduszki, grządki kwiatowe, a jak starczyło miejsca to i zagon kartofli się trafił. Gorzej było z sanitariatami. Przeważnie w kącie podwórza stały rzędem budki z wyciętym serduszkiem, powszechnie zwane sławojkami.

W jednym z takich drewniaków mieszkał i jednocześnie miał warsztat szewc pan Z. Szewców łatających dziury było na Pradze dużo, ale pan Z. był wyjątkowy. Po pierwsze był bardzo garbaty, a nie zrzędliwy i wbrew obiegowemu powiedzeniu miał prostą córkę, moją koleżankę ze starszej klasy. Ale najważniejsze, że można było przynieść do naprawy zabłocone buty, którym to koniecznie należało żabki przybić, a odbierało się zawsze pięknie wyczyszczone do glancu. Zapomniałam, że Ty pewno nie wiesz co to są żabki. Otóż w tamtych czasach wszystko się reperowało, łatało i przerabiało. Buty przechodziły często z dziecka na dziecko. Przetarte zelówki zastępowano nowymi, a żeby zapobiec ścieraniu obcasów, przybijano blaszki zwane właśnie żabkami. Na trotuarze okropnie stukały. Dziewczęta tego nie lubiły, ale chłopcom wydawało się, że idą co najmniej jak bohaterowie na defiladzie.

Najciekawszy był początek ulicy Małej. Pod numerem 1 wielka kamienica, ale trójka to puste podwórze po dawnym składzie opału pana Rago, a pod koniec posesji budka pana Kropisza z szyldem „Zakład Ślusarski”. Przed zakładem coś, co dziś nazwalibyśmy składem złomu, ale to były największe skarby i pan Kropisz zawsze w nich znalazł potrzebną część. Chodziło się tam w sprawach wszelkich napraw mechaniczno-domowych, a najczęściej z dziurawymi garnkami do lutowania. Kto teraz słyszy o reperowaniu garnków, chyba że w pracowniach konserwatorskich.

Stała tam jeszcze maleńka przybudówka do numeru pięć, gdzie mieszkała i urzędowała pani Pik, czyli przemiła pielęgniarka, mama Stasia Brejdyganta, późniejszego aktora i reżysera. Może szkoda, że nic nie wyszło z matrymonialnych planów naszych mam.

Po przeciwnej stronie ulicy, pod czwórką, mieszkała moja koleżanka Lidka Buczek. Znajomość z nią była niezwykle cenna, bo Lidka miała kota, którego pozwalała głaskać i tatę, który miał trąbkę. Grał nam o ile nie był w trasie. No i mamę, która pracowała w sklepie bławatnym, a co za tym idzie, miała dostęp do lepszych materiałów; poza tym Lidka była dobra w matematyce. Ona rozwiązała mi zadanie, ja jej napisałam wypracowanie. Ot, taka wymiana usług.

Ważnym punktem na trasie był sklep ogólnospożywczy pani Szymańskiej na rogu ulicy Małej i Zaokopowej. W sklepie pomagali synowie – Czarek, który miał chyba chroniczny katar, bo chodził z tzw. gilami, oraz Stefan, obiekt moich nieodwzajemnionych westchnień. Ale to już będzie w następnym liście.

Jako miejsce z charakterem, ulica Mała zagrała w „Pianiście”, „Dziewczętach z Nowolipek” i innych filmach. Widzisz Izuniu, jak się rozgadałam, bo też moja trasa do szkoły była wyjątkowo barwna, klimatyczna.

Całuję Twój Pyszczek i obiecuję dopisać dalszy ciąg. O tych miłościach zwłaszcza.

Ciotka Teresa

Oczami dziecka

opublikowano: 2015-12-19 21:46:30

Ten tekst poruszył jurorów, tak jak i nas poruszyła opowieść Pani Wandy Tarki z Krakowa, która już w czasie warsztatów powiedziała, o czym zamierza napisać list.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego podkreśla, że to: Rzetelny opis czasu wojny widzianej oczami dziecka, które nie wszystko rozumie. Zarazem kolejna panorama życia społecznego tamtego czasu. I przede wszystkim krzyczący dowód na to, jak wojenna trauma jest wciąż obecna w życiu najstarszych pokoleń Polaków.

W podobnym tonie o tej pracy wypowiada się prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim: To znakomicie napisana, ujawniająca nie tylko świetną pamięć Autorki, ale i jej talent narracyjny historia, będąca wspomnieniem najmłodszych lat – przedwojennych oraz zwłaszcza tych mrocznych, wojennych. Do czytelnika przemawia prawda poruszających szczegółów, kształtujących życie młodej dziewczynki, a także spójna i dobrze skonstruowana opowieść.

Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy, odwołuje się do konkretnych obrazów, o których nie da się zapomnieć: Garść okupacyjnych wspomnień dziecka. Ich bohaterka już nigdy nie uwolni się od widoku wisielców na placu za wiaduktem, które widziała w ramach „wycieczki” zafundowanej jej klasie przez niemieckiego oficera. „Tak będziemy karać za rozkręcanie torów i wykolejanie pociągów”. Pamiętamy i będziemy pamiętać.

To niełatwa opowieść, ale przeczytajcie ją koniecznie. Pani Wandzie Tarce raz jeszcze dziękujemy, że się nią z nami podzieliła.

Kochani! Moje dzieci, wnuki i prawnuki.
Piszę do Was ten list – kiedyś go przeczytacie i poznacie moje życie.
Jest dzień 04.08.1932 r. Janinie i Janowi rodzi się oczekiwane od czterech lat dziecko. To właśnie ja. Nadają mi imię Wanda. Radość w całej rodzinie, ale w tle zbierają się chmury kryzysu.
I stało się – 24 grudnia 1932 r., zamiast życzeń Ojciec przynosi do domu „czternastkę'' – zwolnienie z pracy z równoczesnym wypowiedzeniem zajmowanego mieszkania w „ domach fabrycznych''.
Przyjmuje nas Matka Ojca. Babcia pracuje i mieszka w szkole przy ul. Saskiej z dwoma dorosłymi córkami i synem. Mieszkanie ma około 40 m2 (widywałam to mieszkanie później, jak oni tam się mieścili?).
Mieszkaliśmy tam kilka miesięcy. Mama wielokrotnie wspominała, że „to była wspaniała rodzina i szczęśliwe mieszkanie”.
Ojciec otrzymuje pracę, wynajmują mieszkanie przy ul. Myśliwskiej i tam dalej toczy się szczęśliwe życie rodzinne.
To, co do tego czasu napisałam, znam z opowiadań rodziców, a co działo się dalej – pamiętam.
Rok 1936, przeprowadzamy się na ul Koszykarską 25. Tam poznaję rówieśników, dwóch chłopców. A nasza przyjaźń, która przetrwała dziesiątki lat, zaczęła się tym, że chłopcy zniszczyli moją ukochaną gipsową lalkę, bo nie chciałam bawić się z nimi. W lecie 1938 r. przeprowadzamy się do większego mieszkania przy ul. Koszykarskiej 7 i w październiku rodzi mi się brat. Moje niezadowolenie szybko się zmieniło w braterską miłość.
Jest lato 1939 r. Pamiętam taki obrazek – maleństwo na rękach Mamusi, ja trzymam się Ojca. Ojciec w wojskowym mundurze, łzy w oczach Mamusi. Ojciec dostał powołanie do wojska. Jest „złota polska jesień”, jestem uśmiechnięta i radosna. Idę do pierwszej klasy. Krakowski strój, korale, wstążki – szkolne podwórko, głośne śmiechy, krzyki dzieci. To 1.09.1939 r. Uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego. Jest dyrektor, nauczyciele, pojawia się szkolny sztandar. Ustawiamy się w pary, pójdziemy do kościoła. Wtem rozlega się dźwięk syren – czy to na rozpoczęcie roku szkolnego? O nie, to ogłoszono alarm lotniczy. Rozpoczęła się wojna. Dzieci mają szybko wracać do swoich domów i ukryć się w piwnicach. Przeleciały samoloty, zrzuciły w oddali bomby i nastała cisza.
Rośnie strach, ludzie uciekają z Krakowa na wschód. To my też – Mamusia z bratem w głębokim wózeczku, a ja przed nimi usuwam kamyki sprzed maleńkich kółek. Przeszliśmy około 10 – 15 km, w miejscowości Rybitwy zastała nas noc, a nocą na drodze pojawiły się kolumny niemieckich wojsk.
Wracamy do domu, czekamy na powrót Ojca. Rozchodzą się wiadomości, że niektórzy sąsiedzi zginęli – ktoś twierdził, że widział nieżywego mojego Ojca. Płaczemy, ale czekamy.
W ciemną zimową, a może już wiosenną noc wraca Ojciec, zarośnięty, w jakichś łachmanach – oddał mundur za przebranie. Uciekł z niewoli niemieckiej.
I znów jesteśmy szczęśliwą rodziną. Ojciec pracuje u swego dawnego kolegi, który miał niemieckie pochodzenie, podpisał tzw. folkslistę i otworzył firmę remontowa w Krakowie, a Ojciec jako instalator wody, gazu i centralnego ogrzewania był mu potrzebny. Poza tym był czasem potrzebny w biurze, by tłumaczyć rachunki na język niemiecki, którego kolega nie znał.
Ale wyszło na jaw, że „Polak w biurze”. Podjechała ciężarówka i Ojca zabrano na „karne roboty”.
Przepracował kilka dni na lotnisku (Czyżyny). Następnie wraz z innymi Polakami i Żydami z obozu Płaszów został zapakowany do zakrytej ciężarówki i wywieziony w nieznane. Strach, że to pewnie Oświęcim.
Na drugi dzień Ojciec wraca i mówi : „Dziwnym zbiegiem okoliczności znaleźliśmy się w „Emalierni Schindlera” na Zabłociu. Jest tam teraz muzeum, które warto zwiedzić. Tam Ojciec pracuje całą okupację, a wynagrodzenie wystarcza na to, by na kartki wykupić chleb i marmoladę.
Mamusia, chcąc zapewnić życie rodzinie, jeździ nocami „na handel” w okolice Tarnowa. Przywozi masło, ser, jajka i mięso przykryte nabiałem.
Jednej nocy Niemcy w Tarnowie wyciągają „handlarzy” z wagonu wraz z towarem. Ustawiają pod murem – to koniec – za mięso kara śmierci. Ale podjechał samochód, załadowano towar, a roztrzęsione kobiety wracają wolne.
Czas płynie. Ojciec pracuje, Mamusia handluje, a ja chodzę do szkoły, prowadząc brata za rękę – siedzi ze mną w klasie.
Jestem w trzeciej lub czwartej klasie. Oficer niemiecki zabiera grupę dzieci ze szkoły, mówiąc, że coś nam pokaże. To ma być wycieczka. Przechodzimy długim ciemnym mostem, pod torami kolejowymi stacji Kraków – Płaszów (dziś nad torami jest estakada).
Wychodzimy na słoneczny plac, a oczom ukazuje się potworny widok – na wysokości nasypu kolejowego szubienica, a na niej kilku wiszących mężczyzn. Musieliśmy długo stać, a „przewodnik” wyjaśniał, że „tak karać będziemy za rozkręcanie torów i wyklejanie pociągów”. „Przewodnik” znika, a my, wystraszeni, sami wracamy ciemnym mostem.
Minął ciężki czas, jest styczeń 1945 r. Niemcy uciekli, zaminowane mosty toną w zamarzniętej Wiśle, pojawiają się biało-czerwone flagi. Jeszcze rok podstawówki, szkoła średnia, praca, małżeństwo, córka, syn, rodzice pomagają, uzupełniam wykształcenie. 43 lata pracy jako księgowa i emerytura. Dzieci mają swoje rodziny, dorastają wnuki, rodzą się prawnuki.
A ja mieszkam sama – korzystam z Domu Dziennego Pobytu i jak wiecie śpiewam w chórze, maluję obrazy, piszę wiersze.
Będziecie mieć pamiątki.
A teraz Was wszystkich mocno całuję, Mama, Babcia i Prababcia

Jak łatwo być szczęśliwą!

opublikowano: 2015-12-19 12:11:21

Za sprawą pani Krystyny Kucharczyk z Radomia przenieśliśmy się w czasy PRL-u. Jurorzy postanowili napisany przez nią tekst nagrodzić jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych.

Jak uzasadnili swoją decyzję?

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego: Jak łatwo było być szczęśliwą! Za literacką umiejętność wydobycia tej konkluzji z prostych sytuacji lat stanu wojennego – duże brawa! I za kolorowe sceny radości życia, kiedy „ważna” dyrektorka biblioteki, mama trojga dzieci, po prostu mierzy buty – których i tak nie kupi, bo nie ma talonu – i czuje się jak modelka.

Prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim: Znakomicie, wartko i z humorem opowiedziana historia kupowania damskich butów w PRL-u. Zarówno świetny przyczynek do dziejów minionej epoki, jak i odsłaniająca dar obserwacji szczegółów oraz opowiadania narracja.

Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy: Ta praca jest o szczęściu. Zwyczajnym, takim które przychodzi niespodziewanie i w odpychającym otoczeniu. Na przykład w peerelowskim sklepie obuwniczym. To tu właśnie bohaterka poczuła się jak księżniczka i modelka. A wszystko za sprawą pary butów.

Zapraszamy do lektury!

Witaj Droga Koleżanko,

dziękuję Ci za ostatni list i za interesujący wykaz lektur, będę wiedziała czego szukać w bibliotece. Piszesz, że bardzo ucieszył Cię ostatni zakup super wygodnych butów. To mi przypomniało moje przygody z butami z minionej, na szczęście, epoki. Pozwól, że Ci opowiem.

Jest jesień 1980 r. W sklepach pustki, żeby kupić cokolwiek trzeba mieć szczęście. I mnie się takie szczęście przytrafia. Jadę z Białobrzegów po zakupy do Radomia, miasta wojewódzkiego. W pierwszej kolejności kieruję się na ul. Niedziałkowskiego do firmowego sklepu Radoskóru. Szczęśliwie trafiam na dostawę towaru. Przed sklepem tłum, po otwarciu drzwi ten tłum mnie po prostu wpycha do środka. Ekspedientki podają po jednym bucie do przymierzenia ponad głowami ludzi. Udaje mi się kupić piękne czarne kozaczki na zgrabnym obcasie, mięciutka skórka, superbuty. Jestem szczęśliwa, do dziś pamiętam tę radość.
W domu nie chowam nowych butów do szafki, tylko stawiam na półce w przedpokoju, żeby móc się nimi cieszyć do woli. I to mój błąd.
Po kilku dniach mój 3-letni synek przychodzi do mnie i z dumą radośnie oznajmia: „Mamusia, zobacz jak ładnie wyczyściłem ci buty”. O zgrozo! Oba moje piękne buty dokładnie od obcasa po czubek są porysowane pumeksem. Z błyszczącej czerni została grafika z siwych bruzd.

Rok później, już w stanie wojennym, znów miałam przygodę z butami, ale już z dobrym zakończeniem. W sklepach oczywiście dalej pustki, nawet większe. A tu, ku mojemu zaskoczeniu, widzę na wystawie sklepu obuwniczego przy ul. Sportowej w Białobrzegach bogaty asortyment, w tym modne wtedy zimowe kalosze typu „Podhale”. Zdziwiło mnie, że w sklepie nie ma ludzi i już się cieszę na nowy zakup. Tymczasem ekspedientka pyta czy mam talon.
- Jaki talon?
- Buty są tylko na talony, żeby kupić trzeba mieć talon.
- Skąd?
- Nie wiem.
- Proszę pani, nie mam talonu, więc nie kupię, ale czy mogę przymierzyć i trochę pochodzić?
- Proszę bardzo.
Wyobraź sobie, ja - dorosła kobieta, matka trójki dzieci, dyrektorka biblioteki - chodzę w kółko po sklepie w przymierzanych butach, jak modelka na wybiegu. Pokaz trwa krótko, buty trzeba zwrócić. Wielka szkoda. Na szczęście w życiu są miłe niespodzianki.
Za parę dni nasza biblioteka dostaje z urzędu gminy 2 talony na buty, słownie dwa, dla dziesięciu pracownic. Losujemy. Jeden z nich przypada mi. Taki fart! Natychmiast biegnę do sklepu i kupuję niedawno oddane z żalem śliczne brązowe botki.
Popatrz, jak łatwo było w tamtych trudnych czasach być szczęśliwą, czy to nie paradoks?
Dzisiaj młodzi nie są w stanie wyobrazić sobie takiej sytuacji, a my starzy też zapomnieliśmy już chyba z jakim trudem zdobywało się rzeczy, których zakup jest dziś taki łatwy.

Tymczasem pozdrawiam Cię serdecznie i niezmiennie czekam na Twoje listy.
Może i Ty przypomnisz sobie jakąś zabawną historię z tamtych lat? Opowiem ją moim wnukom.
Całuję - Krystyna

Piłkarsko-piwowarska przeplatanka lwowska

opublikowano: 2015-12-18 13:50:52

Jedna z nagród dodatkowych powędrowała w tym roku do pana Leszka Mozera z Kielc. Jurorzy długo o tym tekście dyskutowali i oglądali dołączone do niego fotografie.

Zapytaliśmy ich o to, co zadecydowało o nagrodzeniu autora tej pracy.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego powiedziała: Jeśli nawet nie do końca najlepiej napisana, to bardzo ciekawa przeplatanka lwowska: piłkarsko-piwowarska. Pochwała za wyczucie tego, co jest atrakcyjne: autor nie zagubił się w szczegółach i do lwowskiej drużyny swego dziadka dorzucił „tylko” Kazimierza Górskiego. Za ciekawostkę o powojennych browarach, które przed wojną należały do lwowskiej kompanii i umiały zachować pewną ciągłość – brawo!

A prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim dodał: Tym, co stanowi szczególny walor tekstu, jest może nie tyle sposób napisania, ile dokumentalny charakter przedstawionej opowieści, wymiar anegdoty, która łączy historię związaną z pracą w browarze (przed wojną, na Kresach oraz po wojnie) z historią drużyny piłki nożnej. Tekst wzbogacają ponadto interesujące zdjęcia z epoki.

Zapraszamy do lektury!

Kochany Piotrusiu!

Chciałbym Ci opowiedzieć pewne wydarzenia związane z naszą rodziną, które nie są opisane i mogą zniknąć wraz z moim odejściem z tego świata.
W rodzinnych zbiorach fotografii jest kilkanaście przedwojennych zdjęć, które zostały zabrane jak uciekaliśmy ze Lwowa przed Armią Radziecką w 1944 r. Wiele tych zdjęć przedstawia sportowców – piłkarzy, a wśród nich jest Twój pradziadek Kazimierz. Fotografie te są w większości opisane na odwrocie i można dowiedzieć się, kto tam występuje i z czym są związane.
Pradziadek Twój – Kazimierz Mozer – przed wojną grał w piłkę nożną w klubie Biały Orzeł Lwów. Taki jest podpis na zbiorowym zdjęciu zrobionym w czasie poświęcenia boiska na Kleparowie. Jest również kilka fotografii przedstawiających piłkarzy przed meczami.
W tym samym klubie co pradziadek, grał jako junior nasz późniejszy trener kadry narodowej Kazimierz Górski, urodzony w 1921 r. Kazimierz Mozer urodził się w 1908, a zmarł w 1977 r. W opowiadaniach mojego Ojca była również wzmianka o tym, że grał w reprezentacji Lwowa, gdzie było więcej klubów – w Kijowie, ale nie wiem, w którym roku (w 1940? 1941?).
Po wojnie, jako uczeń szkoły podstawowej w Łodzi, chodziłem z Ojcem na mecze ŁKS-u i mam zdjęcia na drewnianych trybunach stadionu piłkarskiego obok dworca Łódź Kaliska.
Pradziadek Kazimierz w latach 1930-31 był w czasie kampanii słodowniczej w Słodowni Jędrzejów (własność spółki akcyjnej Browary Lwowskie) i odbywał praktykę na piwowara. Na meczu miejscowych drużyn zagrał jedną połowę z jedną drużyną, a drugą – z przeciwną. W obydwu połówkach popisał się hattrickiem (3 bramki u jednych i drugich).
Koło życia znowu skierowało Kazimierza do Jędrzejowa w latach 1958-63 – pracowali tam jeszcze robotnicy pamiętający go z dawnych czasów i hattricku piłkarskiego. W latach 60. XX wieku przenosi się do słodowni w Kutnie. Przychodzi na mecze i treningi miejscowej drużyny piłkarskiej Stal Kutno – podpowiada w sprawach treningowych i chcą go zatrudnić jako trenera, ale nie podejmuje się tego zadania.
Do końca życia, czyli do 9 lipca 1977 r., pracował w słodowni, wysyłając słód nawet do Japonii.
Podaję Ci pewne zdarzenia z życia pradziadka Kazimierza Mozera. Powinieneś rozmawiać z Babcią Lidią, Marysią, dziadkiem Kazimierzem Piwonim o czasie przeszłym w sprawach rodzinnych, bo tego nigdzie nie zapisują i jak żyją, to można dowiedzieć się, pytając o różne sprawy.
Miałem taką rozmowę z siostrą mojej Mamy Haliną Zawadzką (z d. Hałkowska) w Gdyni na początku lat 90. i była to ostatnia nasza rozmowa. Dowiedziałem się o pewnych sprawach, a teraz mam jeszcze pytanie, ale już za późno.

Lata bardzo szybko mijają i ludzie odchodzą w wieczność.

Dziadek Leszek

Pamiętnik pradziadka

opublikowano: 2015-12-18 11:22:34

Jedną z sześciu dodatkowych nagród jurorzy postanowili przyznać panu Mieczysławowi Morusowi z Krakowa, doceniając szczególny walor dokumentacyjny jego krótkiej opowieści i to, że cofnął się w niej aż do 1863 r.

Poprosiliśmy ich o przygotowanie uzasadnienia tej decyzji, byście i Państwo mogli się z nią zapoznać :)

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego napisała, że to: Przepyszna, choć niedokończona, historia rodzinna i narodowa zarazem: opisany pradziadek jest księdzem greckokatolickim, co wzbudza furię carskiego urzędnika. Nagle otwiera się przed czytelnikiem wojna krymska, powstanie styczniowe i wielki kawał polskiego losu. Chciałoby się więcej.

Prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim uznał, że: Szczególną wartością tego tekstu w mniejszym stopniu jest jego kształt literacki, w większym natomiast walor dokumentalny przedstawionej historii. Sięga ona bowiem czasów powstania styczniowego i bez wątpienia stanowi ten wymiar historii rodzinnej, splecionej z historią kraju, który jest wart ocalenia od zapomnienia.

A Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy podsumował: Pradziadek autora był unickim księdzem. O polskich unitach wciąż pisze i mówi się za mało, a historia tu przywołana skrzy się humorem i pokazuje prawdziwie gogolowski charakter Imperium Carów.

A więc i Państwa zapraszamy do lektury tekstu pana Mieczysława Morusa. Może kogoś zainspiruje do odszukania w domowych archiwach zapisków najstarszych członków rodziny?

Droga Kuzynko Krysiu wraz z synem Tomkiem!

Jak się czujesz? Czy jesteś zdrowa? Jak się pracuje Tomkowi?
Wiem, że interesujesz się i pilnie studiujesz losy naszego pradziadka ks. Emiliana Deszpot Sieniewicza, powstańca styczniowego z 1863 roku, który napisał, a właściwie podyktował najstarszej córce cały swój życiorys.
Ja również jeszcze raz przeczytałem pamiętnik pradziadka.
Największe zrobiły na mnie wrażenie następujące fakty. Po pierwsze, pamiętnik pradziadka czyta się jak „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza. Różnice zasadnicze są takie, że Adam Mickiewicz napisał swój poemat wierszem i jest to fabuła wymyślona przez autora. Pradziadek przedstawił swoje życie faktycznie jakie było i oczywiście pamiętnik został napisany prozą.
Następna rzecz, która zwróciła moją uwagę, to fakt, że brał udział w powstaniu w 1863 roku. Namawiał do udziału w powstaniu, przewoził brać i rozkazy do najważniejszych dowódców powstania, ale nigdy nie strzelał do ludzi.
Dwukrotnie groziło mu zesłanie w głąb Rosji – raz, gdy był młody i nie chciał wstąpić do seminarium prawosławnego, a wstąpił do seminarium greckokatolickiego (unickiego), za co groziło mu zesłanie na Krym, na wojnę sewastopolską, drugi raz – za udział w powstaniu w 1863 roku. Został wtedy aresztowany i groził mu wywóz na Sybir, ale dzięki działaniu żony, zamieniono wywóz na wygnanie do zaboru austriackiego, gdzie też musiał się ukrywać pod przybranym nazwiskiem. Ileż to musiał się poniewierać zagranicą poza rodzinnymi miejscami (Królestwo Kongresowe) ze swoją liczną rodziną. Miał sześcioro dzieci. Najmłodsza Jadwiga był moją babcią.
Były też momenty zabawniejsze, chociaż nie do końca, np. jak carski urzędnik z Siedlec wezwał pradziadka do siebie. Pradziadek się ogolił i przyszykował, żeby dobrze wyglądać, a ów urzędnik miał pretensję i bardzo się rozzłościł, że pradziadek nie przyszedł z brodą (bo popi prawosławni chodzili z brodami, a pradziadek nie był popem, tylko księdzem greckokatolickim). Pradziadek powiedział urzędnikowi, że gdyby wiedział, że tak zależy mu na brodzie, to by się nie ogolił, co tak rozzłościło urzędnika carskiego, że kazał go zaaresztować.
To na dzisiaj wszystko. Całuję Cię mocno,
Mieczysław

Światła

opublikowano: 2015-12-17 15:26:54

Jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych w tegorocznym konkursie otrzymał pan Józef Niedźwiedź z Krakowa.

Ta poruszająca, niezwykle barwna opowieść o ludzkich losach, niezwykle spodobała się jurorom.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego napisała o niej: Lista grobów, na których autor zapaliłby znicz w Zaduszki, staje się pretekstem do zwartej w formie i bogatej w treści historii ludzi i czasów, które minęły. Autor ma duży zmysł obserwacyjny i narracyjny, w rezultacie mamy panoramę życia społecznego ostatniego osiemdziesięciolecia. Wielkie uznanie za lapidarne ujęcia, które barwne i dramatyczne historie – przyjaźń mamy autora i Żydówki Goldy lub śmierć nieznanej studentki – pozwoliły zamieścić w obfitości.

Pracę docenił także prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim: Interesujący tekst umiejętnie łączący aspekt fabularny (wywoływanie z pamięci związane z poleceniami zapalenia zniczy na cmentarzu), rodzinne wspomnienia, z próbą skonstruowania pedagogicznego przekazu, mądrości odziedziczonej po rodzicach i podawanej dalej, kolejnym pokoleniom. Wyraźny splot historii rodzinnej z historią kraju, przy tym sprawnie przedstawiony.

Do ich opinii przychylił się także Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy: Zatrzymujemy się nad grobami bliskich, zatrzymajmy się także nad tymi, którzy nie byli naszymi krewnymi, ale zaznaczyli się w pamięci. Módlmy się za studentkę, która powiesiła się na dębie i za Goldę, która prowadzona przez Niemców na stracenie krzyczała: „Puśćcie nas! My katolicy, my Przewoźniki! Ludzie ratujcie nas!”. Autor ratuje pamięć o niej i o wielu innych, zapomnianych. „Boże nie sądź, lecz przebaczaj!”.

Zatrzymajcie się więc i Państwo na chwilę, by przeczytać tekst pana Józefa Niedźwiedzia.

Kochana Siostro,

nie mogę być z Wami na cmentarzach, przy grobach bliskich, przyjaciół, znanych i nieznanych. Razem z wnuczką Anią odwiedzicie ich, zapalicie światełka, wspomnicie momenty ich życia. Samochodem wszędzie blisko. Ania winna poznać pewne dzieje. Opowiadaj o dziadkach, rodzicach, o wszystkich, których przywróci Twoja i moja pamięć.

Rodzice przekazali nam swoją pracowitość, umiejętność wybierania między dobrem i złem, wrażliwość na świat ludzi, zwierząt i roślin. Ich życie było dla nas przykładem i wzorem. Po nich odziedziczyliśmy radość życia, różnorodne zainteresowania. Wtłaczali nam do głów, że należy tak działać, jak gdyby się było nieśmiertelnym. Uczyć się i pracować przez całe życie. Nauczyli nas szacunku i kochania dobrych ludzi. Bez względu na ich majętność, kolor skóry, narodowość i religię. Zawsze wspomagali biedniejszych i mniej zaradnych. W czasie drugiej wojny światowej przyjmowali pod dach wszystkich przesiedleńców. Nie pytali ich kiedy i dokąd pójdą. Brakowało żywności, panowała wszawica, świerzb i różne choroby skóry. Mama z Ojcem nie odizolowali się od będących w potrzebie.

Przy grobie ciotki opowiedz Ani, jak mała Kasia pomyliła Wiedeń z Bieczem. Było to na lekcji wizytowanej przez inspektora z powiatu. Na pytanie: „Dzieci, kto z was wie gdzie Jaśnie Pan Cesarz Austrii i Węgier mieszka?'' Kasia wypaliła: „Ja wiem, w Bieczu proszę pana”. Inspektor i dzieci śmiali się niesamowicie. Pan nauczyciel zesztywniał, przybrał groźną minę. Po wyjściu inspektora skoczył z pięściami do Kasi krzycząc: „Ty chamska mordo! Ty świński ryju! Wybiję ci ze łba twój parszywy Biecz!”. Wypchnął ją z klasy i skopał na korytarzu. Kasia musiała przerwać naukę w 2. klasie szkoły powszechnej. Do końca 96-letniego życia umiała się tylko podpisać. Bardzo dużo czytała, szczególnie Kraszewskiego i Sienkiewicza. Wujek Kuba nigdy nie powiedział „w Bieczu”, tylko: „Tam Kaśka, gdzie twój cesarz mieszkał”.

Dziadek Józef Furman był na włoskim froncie i 2 razy po 4 lata w Ameryce. Zarabiał dolary w hucie stali. Kupił w Błażkowej 10 mórg dobrej ziemi ornej i 8 hektarów lasu. Babka Agata szastała otrzymywanymi pieniędzmi. Słynęła z nadmiernej hojności. Była zapraszana na matkę chrzestną i starościnę weselną w całej okolicy. Wyróżniała się pięknymi i drogimi strojami. Ufundowała statuę Matki Boskiej Niepokalanej w parafialnym kościele. Z bratem Antonim często biesiadowali w karczmach.

Z brzyskiego cmentarza macie blisko na Liwocz. Zapalcie światełko nieznanej studentce, która 59 lat temu powiesiła się na dębie. Zamiast pożegnalnego listu znaleziono tomik liryków poprzetykany zasuszonymi dębowymi listkami. Leśniczy wspominał, że przed świtem widywał później w pobliżu tego miejsca sarnę z resztkami rybackiej sieci na grzbiecie. Przypięta była do sierści dębowymi gałązkami. Nocami natomiast rozlegało się żałosne beczenie jelenia. Dąb ścięto, a na jodle zawieszono drewnianą kapliczkę z napisem: „Boże nie sądź, lecz przebaczaj”.

W Błażkowej zapal światło pod krzyżem męczennikowi PRL-u. Rolnikowi, który odbył karę więzienia za niewywiązanie się z obowiązkowych dostaw płodów rolnych. Za więzienną bramą panowała bardzo mroźna zima. Parkosz miał na sobie tylko letnie ubranie. Przeszedł z Sanoka do domu 90 km. Na skutek odmrożeń zmarł w domu po kilku tygodniach w straszliwych mękach. Nie przyjęto go do szpitala.

Pojedź także do Jodłowej. Zapal 2 znicze i jedną okazałą świecę pod figurą Jezuska Frasobliwego. Wspomnij Barbarę Kostrzewską, primadonnę opery i operetki oraz Zbyszka Cyganiewicza – wielokrotnego mistrza świata w zapasach. Świeca niech płonie dla Agnieszki Osieckiej. Przecież w Jodłowej tańczyliśmy całą noc – na Twojej studniówce – przy jej przebojach. Agnieszka była z nami na wielu zabawach, weselach, imieninach i prywatkach. Niech żyje pamięć o Niej.

Ostatnim etapem tej refleksyjnej wędrówki niech będzie kirkut w lesie na Wisowej. Tam spoczywają Żydzi z całej jodłowskiej gminy. Przypomnij sobie opowieści Mamy o ich życiu. Mama kupowała wszystko w sklepie Goldy. Z okazji żydowskich świąt, Golda otrzymywała od nas jaja, ser i masło. Na nasze święta Golda rewanżowała się bakaliami, pomarańczami, herbatą i prawdziwą kawą. Na przednówku wciskała Mamie plecione chałki. Nie przyjmowała pieniędzy. Mówiła: „Zofia, przyniesiesz mi chleb razowy z nowego ziarna. Masz to od serca, nie wstyd brać, dzieci się ucieszą. Gdybym miała dużą piekarnię, rozdałabym połowę pieczywa. Pan Bóg kazał się chlebem dzielić”.
W grupie Żydów pędzonych przez wieś do dołów śmierci była też Golda z rodziną. Krzyczała jak obłąkana: „Puśćcie nas! My katolicy, my Przewoźniki! Ludzie ratujcie nas!”. Eskortujący oprawca hitlerowski uciszył ją na zawsze karabinową kolbą.

Prośmy wszystkich świętych o wstawiennictwo za nas do Pana Boga. Niech wszystkie zapalone światła będą symbolami wdzięczności zmarłym za ich dobro.

Do zobaczenia i usłyszenia, ściskam, Józef.

List na pewien wigilijny ranek

opublikowano: 2015-12-17 14:50:28

Praca pani Marianny Pieńczewskiej z Katowic tak bardzo spodobała się jurorom, że jej autorce przyznali jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych w naszym konkursie literackim.

Zacznijmy od krótkich recenzji, które dla pani Marianny przygotowali jurorzy.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego: Powściągliwy, ale literacko wypieszczony – pozbawiony zbędnych opisów i nadmiernej ekspresji – zapis przeżyć dziecka postawionego w sytuacji bez wyjścia. Zachwyca literackość ujęcia: dziewczynka (11 lat zaledwie) wie, że musi odejść z domu i pilnować dziadka i wie, że chce to zapamiętać. A jeszcze umie zachwycić się przyrodą.

Prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim: Tekst o niezwykłych walorach narracyjnych, a zarazem znakomicie nasycony bezpretensjonalnymi emocjami małej dziewczynki stającej u progu dorosłości. Prostota i autentyczność, a zarazem pewna aura tajemnicy, niedopowiedzenia okrywającego przedstawioną historię – oto walory warsztatu pisarskiego Autorki.

Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy: Opowiadanie wigilijne o tęsknocie i stracie. Opis samotności 11-letniej dziewczynki wysłanej przez rodziców do domu dziadka. Rozmokła droga na stację kolejową i lęk dziecka o przyszłość. Jak to się skończy? Świąteczny dzień, a przecież tak smutny jak poranna droga do pociągu.

Czy i Państwa urzeknie i wzruszy ta opowieść? Zapraszamy do lektury.

List na pewien wigilijny ranek.
Prezent, upominek, gdy wydaje się coś nazbyt trudne – co czas pokaże?
Bo było tak:
jak wygnanie.

Szła za ojcem ścieżką przy wąwozie i po cichu, aby on nie zauważył, ocierała łzy. Powstrzymywała je jak mogła ale bez skutku.
Było chłodno, ale bezśnieżnie, trzewiki z lekka zapadały się w półgrząską, piaszczystą ziemię. Wigilia. Smutek przepełniał jej małe serce. Czuła się jak wygnaniec, niechciana, porzucona.
Chociaż ojciec szedł przed nią nie odzywając się, ale to i dobrze, przynajmniej nie widział jej pochlipywania.
Czuła, że wszystko, co drogie zostawia za sobą.
Miała odtąd prowadzić gospodarstwo dziadkowi i starszemu bratu.
Matka wybrała ten dzień, żeby dziadek wigilijny wieczór spędził przy nakrytym stole, z wigilijnymi daniami przygotowanymi przez wnuczkę.
Miała już ponad 11 lat i świetnie nadawała się do tej roli, którą miała pełnić. Przez dotychczasowe lata wykazała się i pracowitością, i posłuszeństwem, i odpowiedzialnością. Tylko ona mogła spełnić wymagania dziadka, a jakie były wysokie wiedziała i jego jedynaczka Hela, i okolica.
Powtarzała więc w myślach przepisy na pierogi ze śliwkami, kapustę z grochem, grzyby, aha jeszcze grzyby... Według zwyczaju miało być 12 tych potraw i chociaż pomagała matce przy sporządzaniu wigilijnych wieczerzy, obawiała się, że może czegoś nie dopatrzyć.
Mamunia powiedziała: „Żeby dziadek był zadowolony!”.
Wiedziała, że to było duże wyzwanie, ale jak zwykle wiedziała też, że za wszelką cenę musi mu podołać.
Brat był prawie jak obcy, matka oddała go do dziadków przed rozpoczęciem szkoły podstawowej, aby był do pomocy, w dużym przecież gospodarstwie będącym wzorem dla okolicznych wieśniaków, głównie uwłaszczonych przez reformę rolną. Nawet bała się go, bo skoro młodszy Rysiek rzucał się na nią, obgryzając do kości chociaż palce, bo wyżej nie mógł dosięgnąć?
Te obawy, jak i ciemne postrzępione przez jesienne opady liście i krzewiny, o które potykali się przechodząc przez wąwóz, współgrały z szarością jej duszy.
W ten wigilijny ranek, gdy tak szła za ojcem na przystanek kolejowy, i ukrywając padające łzy myślała o wymaganiach dziadka, to już zaczynała zmagać się z żalem i pochłaniającą ją z wolna tęsknotą.
Ogarniała jeszcze z peronu wzrokiem chatę, szukając czy nie zobaczy gdzieś matki. Wyjdź mamuniu, wyjdź, jeśli ci choć trochę na mnie zależy! – wołało każdą molekułą jej drobne ciało, bo na głośną skargę nie mogła sobie pozwolić.
Pozostała w domu matka z trójką dzieci nie miała jednak czasu, żeby pomachać córce ręką na pożegnanie, wszakże i ona musiała zabierać się do przygotowania 12-daniowej wigilijnej kolacji. Nie widziała więc ani Mamuni, ani nawet rodzeństwo nie pokazywało się na podwórzu – pewnie było zaaferowane wigilijnymi przysmakami.
Ściągnęła mocniej świąteczną chustkę na głowie, wcisnęła do kieszeni zgrabiałe mimo braku mrozu, spracowane już piąstki. Małe zawiniątko z jakąś sukienką na co dzień i takąż chusteczką nie ciążyło. Ciążyło tylko bijące w rytmie smutku serce.
Już słychać było z oddala stukot kół, a chuda i drobna, o wiele drobniejsza niżby wskazywał wiek, dziewczynka dalej wypatrywała przez mgłę łez najukochańszej postaci, Mamuni. Na próżno.
Wagon był pusty, bo i kto podróżowałby w taki dzień. Ojciec usiadł i za chwilę drzemał albo udawał, że drzemie.
Przycisnęła jeszcze silniej policzek do szyby. Mijali chatę, pusty i szary o tej porze sad, klin (jak nazywali pole, na którym byli pobudowani, od kształtu klina), za chwilę i dachy, i klin zostały za horyzontem. Dalej tkwiła przy oknie...
Była jak to pacholę wyprawione w świat na służbę, z wiersza Marii Konopnickiej, tyle, że jej Mamunia nie miała czasu popłakać mało wiele...

Kawałek chleba

opublikowano: 2015-12-16 15:02:02

Tekst pani Ireny Komorowskiej z Radomia poruszył jurorów najbardziej. Więc bez zbędnych wstępów to im oddajemy głos.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego: "Są przeżycia, których żaden czas nie wymaże z pamięci" – napisała autorka i chwała jej za to, że zdołała te przeżycia „spisać z pamięci” nic nie dodając. Obrazek z getta widziany oczami dziewczynki „zza muru” wstrząsa nie tylko treścią – troska o szczegół, koszyk na chleb z zamykanym otworem – ale i formą: bez egzaltacji, bez odniesień do współczesnych odczuć, bez ocen. Zasługuje na miejsce w jakiejś antologii świadectw o getcie warszawskim.

Prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim: Uwagę zwraca niezwykły walor dokumentalny poruszającej do dzisiaj historii kawałka chleba i kradnącego go żydowskiego chłopca. Tekst znakomicie przypomina o przerażającej przeszłości, a zarazem uświadamia jej trwanie w pamięci. Historia została opowiedziana w sposób prosty i zarazem przejmujący.

Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy: Historia kawałka chleba przechowywanego przez handlarkę w zadrutowanym koszyku. Dlaczego musiał być zadrutowany? Jeszcze jedna wstrząsająca relacja z warszawskiego getta, która nakazuje nam nigdy nie wyrzucać chleba. Nawet jednej kromki.

Chyba dłużej do przeczytania tekstu pani Ireny Komorowskiej zachęcać Państwa nie musimy.

Droga Mario,

Do listu dołączam osobno wspomnienia przeżyte w czasie okupacji niemieckiej. Wiem, że ten okres szczególnie Cię interesuje. Prosisz o ich przesyłanie. Tym razem nie będę pisać o sabotażach, akcjach i konspiracji. Będzie to historia kawałka chleba. W latach 1942-1944 pracowałam w zakładzie krawieckim na ul. Chmielnej w Warszawie. Poza szyciem zwykłych ubrań pracownia miała przydział na naprawę niemieckich płaszczy i mundurów. Przywożono czyste, wyprane w pralni, która znajdowała się na terenie getta. Jakieś niedopatrzenie w dostawie wymagało natychmiastowego wyjaśnienia. Niemcy byli dokładni i bezwzględni. Żadna pomyłka czy spóźnienie było niemożliwe. Tego dnia nie było pracownika odpowiedzialnego za transport. Wysłano mnie z odpowiednimi papierami i przepustką. Nie będę pisać, co zobaczyłam w getcie. Żadne słowa nie wyrażą ogromu nędzy, głodu i śmierci. Przechodziłam przez targowisko, gdzie sprzedawano różne rzeczy. Stała tam handlarka z koszykiem chleba, który był pokrojony na małe kawałki. Koszyk był zakratowany siatką z drutu. W środku było małe „okienko” zamykane na haczyk. Zdziwiona zatrzymałam się. Ktoś podszedł do kobiety, zapewne chciał kupić chleb. Handlarka wzięła pieniądze, schowała i otworzyła „okienko”. Wyjęła małą ćwiartkę chleba i nie zdążyła jej podać w wyciągniętą rękę. Przeraźliwie chudy, wysoki chłopak podbiegł i wyrwał chleb. Przyciskając go do ust zaczął uciekać. Powstał krzyk handlarki i ludzi z jej otoczenia. Kilka osób rzuciło się za uciekającym. Dopadli go. Chłopak przewrócił się, upadł. Kopali go, bili. Wyrwali z zaciśniętych rąk to, co mogło być dla niego zbawieniem na dzień, może dwa? Chłopak leżał zwinięty w kłębek. Strzęp człowieka, szkielet w łachmanach wstrząsany nieludzkim płaczem. To było skamlenie, wycie i szloch. Nikt nie podszedł, nie pochylił się nad biedakiem. Leżał w kurzu i brudzie coraz ciszej szlochając. Ludzie rozeszli się, może takie sceny były codziennością. Handlarka stała, kurczowo trzymając swój koszyk. Zrozumiałam dlaczego chleb musi być zamknięty. Wszędzie było tyle rąk głodujących ludzi. Odeszłam i ja, ale zabrałam ze sobą obraz, który do tej pory jest żywy w mojej pamięci. Widziałam i przeżyłam wiele tragedii. Palące się getto, tłum Żydów pędzonych do bydlęcych wagonów na ostatnią podróż. Tragedię mojej kochanej Warszawy, dni rozpaczy i grozy.
Z czasem niektóre zdarzenia zbladły, zatarła się ich ostrość. Ale są przeżycia, których nawet czas nie wymaże z pamięci. Ten kawałek chleba wydarty umierającemu do takich należy.
Droga Mario, do następnego listu dołączę pogodniejsze wspomnienie. Będzie to coś na pograniczu „czarnej komedii”, nie pozbawionej dreszczyku emocji i strachu.
Irena

Pożegnanie z Brunhildą

opublikowano: 2015-12-16 14:43:19

Jurorzy postanowili jedną z sześciu równorzędnych głównych nagród przyznać pani Beacie Kurek z Warszawy.

Pisarza Wojciecha Chmielewskiego najbardziej w tym tekście ujęło wzruszające połączenie historii poszukiwania grobu dawnej szkolnej koleżanki, Brunhildy, która zmarła jako młoda dziewczyna, z losem Mazurów, społeczności przez stulecia trwającej przy polskości, którą dopiero komunistyczna władza doprowadziła do niebytu.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego napisała w recenzji tej pracy: Kim była Bruni? I co się z nią stało? Historia z pogranicza, tu rodziny mazurskiej, jakich wciąż za mało, abyśmy mogli powiedzieć, że naprawdę wiemy skąd przychodzimy. Dobrze rozłożone akcenty historyczne i współczesne.

A prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim uznał, że to: Przekonująca prawdą emocji historia, w której znakomicie splata się wątek wspomnień ze studenckiej młodości z wątkiem poszukiwań grobu koleżanki z tamtych czasów. Historia jest dobrze opowiedziana, przykuwa uwagę czytelnika.

Zresztą sprawdźcie Państwo sami, zachęcamy do przeczytania tekstu!

Droga Gabi,

czy pamiętasz akademik w Kortowie, gdzie w pięcioosobowym pokoju mieszkało dziewięć dziewczyn? Jedną z „waletowiczek” była Bruni – jej pełne imię to Brunhilda. Jej rodzice mieszkali w okolicach Biskupca. Prowadzili duże gospodarstwo rolne i byli autochtonami. Bruni była miłą, uśmiechniętą i dobrze wychowaną osobą, typem gospodyni domowej.
Na drugim roku studiów mieliśmy trudną sesję egzaminacyjną i osiem egzaminów. Kto by się tym jednak przejął, kiedy dowiedzieliśmy się o organizacji tygodniowego rajdu po Warmii i Mazurach.
Kilka dni przed wymarszem Bruni dostała skierowanie do szpitala. Z trudem wykroiłyśmy parę godzin na odwiedziny. Na sali leżało sześć kobiet, jedna z nich wróżyła z kart. Zupełnie nie pamiętam swojej przepowiedni, wydaje mi się, że trafnie określiła mój charakter. Nie chciała wróżyć naszej chorej koleżance, która następnego dnia miała być operowana.
Rajd przebiegł w atmosferze zabawy, śpiewu i radości. Po powrocie usłyszałyśmy hiobową wiadomość o śmierci i pogrzebie Bruni, który odbył się w jej rodzinnej wsi. Bruni była jedynym dzieckiem swoich rodziców. Dla nas ta tragedia była wielkim wstrząsem. Ostatnie stadium raka trzustki odebrało życie w pełnym rozkwicie. Życie toczyło się dalej, trzeba było pozbierać się i intensywnie uczyć. W latach sześćdziesiątych nie było pobłażania dla studentów. Klasa robotniczo-chłopska miała za złe, że chłopcy studiują, chcąc uniknąć poboru do wojska, a „baby”' szukają męża lub rozrywki.
Minęło pół wieku. Spotykamy się co kilka lat na zjazdach absolwentów, ostatnio z Hanką dość często i leitmotivem wieczornych rozmów jest potrzeba odnalezienia miejsca pochówku naszej zmarłej koleżanki.
Jednak nie mamy pomysłu od czego zacząć poszukiwania. Internet zawodzi. Wpisujemy jej nazwisko w wyszukiwarce, wyskakuje stolica państwa austriackiego (Wien=Wiedeń).
W czas gorącego lata odwiedzam koleżankę w Olsztynie i raptem wpadam na genialny pomysł. A może spróbować odnaleźć adres zamieszkania Bruni w archiwum uczelni. Następnego dnia odwiedzam z duszą na ramieniu archiwum. Wiadomo, że obowiązują procedury, ochrona danych osobowych, przepisy... Mogą być przeszkodą nie do pokonania, wszystko zależy od życzliwości ludzi. Sympatyczna kierowniczka wysłuchuje mojej prośby. Wysyła pracownika po akta i po napisaniu podania o udostępnienie danych, biorę cienką teczkę z aktami osobowymi Bruni, gdzie znajduje się podanie o przyjęcie na studia, garść informacji o przebiegu studiów z adnotacją o zgonie w maju 1965 r. Najważniejsze, że odnajduję adres zamieszkania i „jestem w domu”.
Najpierw uradowana dzwonię do Hanki, a potem do parafii w Kolnie, gdzie dowiaduję się na podstawie ksiąg parafialnych, że pogrzeb odbył się w rodzinnej wsi Bruni. Za parę tygodni odbywa się spotkanie absolwentów. Organizuję „wypad w teren”' w sobotę rano. Po drodze zachwycamy się nieco melancholijnym krajobrazem warmińskim. Obydwie z Hanką jesteśmy w dziwnym nastroju, mało rozmawiamy. Każda z nas oddaje się wspomnieniom i refleksjom. Dojeżdżamy do celu. Na wzgórzu niewielki kościółek i wiejski cmentarz. Szukamy grobu i znajdujemy go tuż przy murze świątyni. Spoczywają w spokoju rodzice: Bruno i Hilda oraz ich przedwcześnie zmarła córka Brunhilda. Cichą modlitwą żegnamy się z Bruni z nadzieją, że nie zapomnimy jej do końca naszych dni.

Niebawem spotkamy się wszyscy w lepszym świecie, więc do zobaczenia przyjaciele z dawnych lat...

Beata

Nie wszystko takie oczywiste

opublikowano: 2015-12-15 23:55:56

Jurorzy postanowili przyznać jedną z sześciu równorzędnych głównych nagród pani Zofii Bral-Jakowieckiej z Warszawy, która napisała list do wszystkich znanych sobie i nieznanych osób.

Zdaniem Wojciecha Chmielewskiego, pisarza i recenzenta książkowego, ta historia jest przestrogą przed sądzeniem, ocenianiem i pochopnym działaniem, które potem przypomina się przez całe życie.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego uznała, że to napisany lekko, zręcznie i nie bez humoru mały moralitet do czytania, zapamiętania i opowiadania w jakże licznych sytuacjach, kiedy wszystko wydaje się oczywiste, a nic oczywiste nie jest.

A prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim podkreślał, że to znakomicie opowiedziana, przedstawiona w sposób spójny i zaciekawiający historia nieporozumienia związanego z domniemaną kradzieżą pieniędzy. Jego zdaniem rzeczywiście przekonuje, że sprawy nie zawsze są takie, jakie zdają się z pozoru być.

Zachęcamy do lektury. Może i Państwu przypomną się podobne opowieści?

Moi Drodzy!

Opowiem Wam pewną historię, właściwie ku przestrodze. Zatytułowałam ją „Nie wszystko takie oczywiste”.

Koniec lat siedemdziesiątych. Miałam wtedy dwadzieścia kilka lat, dwuletniego synka Tomasza, ukończone studia. Jeszcze nie podjęłam pracy, bo opiekowałam się Tomkiem, ale przejawiałam pewną aktywność – współpracowałam na umowę zlecenie z OBOPiST-em czyli Ośrodkiem Badania Opinii Publicznej i Studiów Programowych TVP. Właśnie w związku z tą współpracą jechałam nocnym pociągiem z Warszawy do Zgorzelca. W przedziale drugiej klasy tylko ja i starsza pani. W każdym razie taka mi się wtedy wydawała. Mogła mieć jakieś pięćdziesiąt lat. Rozmawiałyśmy sobie bardzo sympatycznie, szczerze i otwarcie o sprawach, które czasami tkwią w nas głęboko, ale nie poruszamy ich w kontaktach ze znanymi nam, bliżej lub nawet niekoniecznie, osobami. Często właśnie taka sytuacja, że jesteśmy z kimś, kogo najprawdopodobniej już nigdy nie spotkamy, skłania nas do zupełnie niekontrolowanego, swobodnego otwarcia się. Mogą z tego wyniknąć bardzo ciekawe, odkrywcze reakcje, komentarze otwierające nam oczy na inny odbiór opowiadanych zdarzeń.
Pogawędka z moją towarzyszką podróży toczyła się wartko i była fascynująca, szczególnie dla mnie – młodej i niespecjalnie doświadczonej kobiety. Dzisiaj wiem, że otrzymałam wtedy wspaniały dar: zostałam uwolniona od skłonności do beztroskiego wyciągania wniosków na podstawie niepewnych (a nawet – wydawałoby się – pewnych) przesłanek i do pochopnego oceniania. A wszystko za sprawą opowieści tej pani, którą przytoczę.

„Rzecz działa się w latach pięćdziesiątych. Koniec wakacji. Musiałam pojechać do pobliskiej miejscowości, żeby zrobić zakupy dla moich dzieci na rozpoczęcie roku szkolnego. Jechałam pociągiem, tak jak my teraz, we dwie, z przemiłą młodą kobietą. Rozmawiałyśmy tak, jakbyśmy się znały sto lat. W pewnym momencie wyszłam do toalety. Po powrocie sięgnęłam do torebki po chusteczkę i zauważyłam, że w bocznej kieszonce nie ma pięćsetzłotowego banknotu, który był przeznaczony na planowane zakupy. Poczułam się, jakby strzelił we mnie piorun. Gonitwa myśli i jedyna możliwa wersja przebiegu wydarzeń. Ja wyszłam do toalety, a ta niby przyjazna i życzliwa kobieta rąbnęła moją kasę! Co robić? Zapytać? Zdemaskować? Wezwać konduktora? Póki co, nie daję nic po sobie poznać. Gorączkowo się zastanawiam. Traf chce, że teraz moją towarzyszkę przyparło i wyszła. Pod wpływem silnego impulsu, by samodzielnie rozwiązać problem, z duszą na ramieniu, sięgnęłam po jej torebkę. Na samym wierzchu leżał mój banknot. Rozpoznałam go po tym, że był w taki nietypowy sposób złożony. Niewiele się namyślając, wyjęłam pieniądze i przełożyłam do swojej torebki. Zdenerwowana, ale zadowolona z siebie, że wymierzyłam sprawiedliwość, dotrwałam do końca mojej podróży, jak gdyby nigdy nic. Kupiłam wszystkie niezbędne rzeczy i wróciłam do domu. Tam czekała mnie niespodzianka. Mąż zapytał: „A za co zrobiłaś zakupy, skoro pieniądze zostały na stole?”.
Nogi się pode mną ugięły. Oto, zupełnie niechcący, wbrew moim zasadom, mojej woli, przez niesamowity zbieg okoliczności i pochopną dedukcję, zostałam złodziejką. Myślałam, że się spalę ze wstydu. Oprócz niewątpliwej straty finansowej mojej towarzyszki, przyczyniłam się do tego, że mogła w ogóle zwątpić w uczciwość ludzi. Próbowałam naprawić swój błąd. Poszukiwałam tej kobiety, dając ogłoszenia do gazet, ale bezskutecznie. Nie sądziłam, że życie da mi taką lekcję”.

Ta opowieść zapadła mi głęboko w serce. Pamięć przywołuje ją zawsze, gdy mam zapędy do szybkich, szczególnie negatywnych ocen.
Niech ta opowieść będzie przestrogą dla wszystkich, którzy mają takie skłonności.

Pozdrawiam

Zosia

Biała sukienka i hrabianka Dzidzia

opublikowano: 2015-12-15 21:02:37

Przed Państwem pierwszy z nagrodzonych w naszym konkursie tekstów. Jego autorką jest pani Danuta Raczkiewicz z Bydgoszczy.

Barbara Sułek-Kowalska, dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, tak mówi o tej pracy: To historia, o jakiej dziś już się nawet nie śni, napisana z dystansem do życia i do siebie samej: oto panienka z dworu żąda, aby przyszła do niej dziewczynka z ubogiej wiejskiej chaty. Nic z emocjonalnego kiczu, doskonały – powściągliwy – opis obyczaju sprzed osiemdziesięciu lat.

Prof. dr hab. Michał Kuziak, literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim dodaje: Jest to niezwykła społeczna scenka rodzajowa, wywołana z pamięci przez wątek sukienki, jak Proustowska magdalenka, łączącej współczesność z przeszłością. Ten wgląd w świat przedwojennych relacji łączących/dzielących arystokrację i ludzi prostych przekonuje prawdą szczegółu oraz emocji.

A Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy podsumowuje: Biała sukienka uszyta specjalnie po to, by bohaterka mogła „pokazać się” w pałacu hrabiostwa Mielżyńskich i pobawić z rówieśniczką, hrabianką Dzidzią. Pamięć dziecka przechowała niejednoznaczny splot relacji społecznych właściwych II Rzeczpospolitej.

Zapraszamy do lektury!

Kochana Lufisko!

Właśnie dzisiaj mija dziesięć lat od Twoich narodzin. Zachowałam ten dzień w pamięci, gdyż rzadko otrzymuję listy, a w tamtym listopadowym dniu zauważyłam w skrzynce coś lśniącego i błyszczącego. Szybciutko zlustrowałam jej zawartość i wśród kolorowych ulotek znalazłam przesyłkę od twojej mamy. Z pewnym niedowierzaniem i pożerającą ciekawością rozerwałam kopertę i wtedy zobaczyłam jednodniowe czarne strzępki włosów. Oprawiłam je w ozdobną ramkę i postawiłam na stoliku w moim małym pokoiku, tak aby mieć Cię na oku dniem i nocą. W domu, w którym teraz mieszkam, jest niewiele miejsca na prywatne przedmioty. Album z Twoimi zdjęciami leży wciśnięty w szufladę nocnego stolika. Jest zawsze pod ręką, szczególnie, gdy odwiedzają mnie inni pensjonariusze. Przeglądamy go i gdy Ty się miło uśmiechasz i my się uśmiechamy, gdy patrzysz w dal i my tam spoglądamy, gdy łapiesz słońce na plaży i nam jest ciepło. Ale najczęściej zatrzymuję swoje spojrzenie na jasnej sukience, którą masz na sobie podczas recytacji wiersza. To nieprawdopodobne, ale miałam taką samą. To nie czary i nie bajka, a nawet nie zmyślenia starszej pani. Naprawdę miałam taką sukienkę. Im dłużej wpatruję się w to zdjęcie, tym bardziej jestem tego pewna. Trudno w to uwierzyć, ale prababcie też miały kiedyś 10 lat.
Kiedy? 80 lat temu. Jak dobrze policzysz to rok 1934. Mieszkam wtedy z rodzicami i rodzeństwem w małej wsi Chobienice w woj. wielkopolskim. Nasz dom jak i cała wieś należą do hr. Konstancji Mielżyńskiej. A hrabiowie posiadają piękne pałace, ogrody, oranżerie, konie, psy, a dzieci mnóstwo zabawek i kolorowych ubrań. Cala moja rodzina zajmuje jedno pomieszczenie – izbę – to taki niby pokój z kuchnią w jednym. Śpimy na słomie rozkładanej na podłodze z cegły posypanej piaskiem. Nasz ojciec a Twój prapradziadek pracuje u hr. Mielżyńskiego. Zazdroszczę mu tych codziennych wyjść do pana i ocierania się o ten bajkowy świat. Czasami, aby zaspokoić swoją ciekawość, ukradkiem i po cichu przedzieram się przez gęstwinę krzewów okalających pałac i podpatruję, co też tam się dzieje. Pewnego razu, sama nie wiem jak to się stało, patrzę a przede mną stoi wysoka, szczupła pani w dużym kolorowym kapeluszu i sukni do samej ziemi, a obok niej dziewczynka równa mi wzrostem i wiekiem. Od razu domyślam się, że to Dzidzia (właściwe imię Teresa) ze swoją ciocią Marianną. Hrabia Mielżyński ma dwóch synów i córkę Tereskę, która jest najmłodsza. Hrabina Mielżyńska zmarła przy porodzie Tereski. Od tego czasu nad wychowaniem Dzidzi czuwa pani Marianna. Stoję w bezruchu i w oczekiwaniu na burę, ale ku mojemu zaskoczeniu pierwsza odzywa się Dzidzia: Zobacz ciociu, jakie ta dziewczynka ma piękne loki. Ja też takie chcę mieć.
– A nie widzisz, jaką ma sukienkę? – ironicznie odzywa się ciotka.
– To nic nie szkodzi. Ja chcę się z nią trochę pobawić. Tak mało mam koleżanek.
– Ale ta dziewczynka to nie jest koleżanka dla ciebie – mówi wytrącona z równowagi, szarpie rękę Dzidzi i znikają za zakrętem.
W domu nie wspominam o tym nikomu w obawie przed karą za złamanie zakazu oddalania się od domu. I kiedy prawie już o wszystkim zapomniałam, nagle zjawia się u mojej mamy pokojówka Dzidzi i zaprasza mnie do pałacu. Początkowo rodzice moi świadomi swojego ubóstwa nie godzą się na nic, ale pani tak długo ich przekonuje, że ustępują. No i zaczyna się przygotowawcze szaleństwo. Mama wystawia drewnianą wannę na środek izby, zagrzewa na palenisku kilka wiader wody, bierze wyprodukowane przez ojca mydło i szoruje moje ciało, myje włosy i wyciera starą szmatą. Panie nauczycielki w szkole czyszczą i piłują mi paznokcie, uczą jak wdzięcznie kłaniać się robiąc dyg i całej dworskiej etykiety, a starsza siostra Marysia zabiera się do uszycia sukienki. W tym celu pruje swoją suknię ślubną, przerabia, wplata brokat, doszywa falbanki z koronki, tak, że powstaje z tego prawdziwe arcydzieło. Jest biała z różowymi wypustkami i ciasno marszczona. Nigdy wcześniej nie miałam prawdziwej sukienki i dlatego tak przypadła mi do serca. Wyszykowana, z niecierpliwością czekam na wizytę pokojówki i jej osąd, a ona tylko kiwa głową i mówi: Może być.
Nikt w pałacu, nawet Dzidzia, nie dostrzega jej piękna i jest mi trochę przykro. Czuję się w niej jak księżniczka, a zarazem jak rycerz zakuty w zbroję. Nie umiem w niej ani chodzić, ani siedzieć, ani jeść. Jest tak wyjątkowa, że nie nadaje się do zwykłych czynności, nawet w niezwykłym pałacu.
Kiedyś Dzidzia zapytała: Dlaczego zawsze jesteś w tej samej sukience?
– Bo jest moją ulubioną – odparłam.
Dzidzia na to: Ja mam kilka ulubionych.
Milczałam.
Kochana Lulu. W dniu urodzin przesyłam Tobie 80-letnią sukienkę. Powiesz – przecież jej już nie ma. Odpowiadam – jest, gdyż istnieje w moim sercu i mojej pamięci.

Całuję – prababcia Anielka.

Pakujemy nagrody

opublikowano: 2015-12-15 20:29:27

Drodzy Państwo,

raz jeszcze gratulujemy osobom, których prace zostały w tym roku nagrodzone przez jurorów.

Właśnie pakujemy książki, które pewnie już pojutrze zostaną dostarczone zwycięzcom.

A tych z Państwa, którzy wysłali do nas swoje teksty, a nie otrzymali jeszcze recenzji, prosimy o chwilę cierpliwości. Nie próżnujemy, rozsyłamy je stopniowo. Na pewno odezwiemy się do każdej ze stu osób, które przysłały do nas list lub mejla :)

p2 p4

Są już wyniki konkursu!

opublikowano: 2015-12-14 17:11:33

Drodzy Państwo!

Przyszło do nas dokładnie sto listów, więc jury nie miało łatwego wyboru. Właściwie wciąż o tych tekstach rozmawiamy, bo w każdym znalazło się przynajmniej jedno takie zdanie, którym chcielibyśmy się podzielić z kimś bliskim. Te opowieści, które dzięki Państwu poznaliśmy, zostaną z nami na długo. Są prawdziwe, pełne emocji, bezpretensjonalne. Wasze. A teraz też trochę nasze. I za to chcemy Wam bardzo podziękować.

Jurorów poprosiliśmy nie tylko o wskazanie najlepszych (ich zdaniem) prac, lecz także o kilka słów o każdym z nagrodzonych tekstów. Te krótkie recenzje będziemy publikować razem z pracami konkursowymi w kolejnych dniach.

A teraz już przechodzimy do rzeczy.

W jury zasiedli:
- Barbara Sułek-Kowalska – dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
- Prof. dr hab. Michał Kuziak – literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim
- Wojciech Chmielewski – pisarz, recenzent książkowy

JURY PRZYZNAŁO 6 RÓWNORZĘDNYCH NAGRÓD GŁÓWNYCH (DUŻE ZESTAWY KSIĄŻEK) – NAGRODZONYCH AUTORÓW WYMIENIAMY W KOLEJNOŚCI ALFABETYCZNEJ!
Zofia Bral-Jakowiecka
Irena Komorowska
Beata Kurek
Józef Niedźwiedź
Marianna Pieńczewska
Danuta Raczkiewicz

JURY PRZYZNAŁO RÓWNIEŻ 6 RÓWNORZĘDNYCH NAGRÓD DODATKOWYCH (MNIEJSZE ZESTAWY KSIĄŻEK) – NAGRODZONYCH AUTORÓW RÓWNIEŻ WYMIENIAMY W KOLEJNOŚCI ALFABETYCZNEJ!
Krystyna Kucharczyk
Mieczysław Morus
Leszek Mozer
Teresa Pąk
Mirosław Stafiński
Wanda Tarka

Laureatom serdecznie gratulujemy - zadzwonimy do Państwa w ciągu najbliższych 2 dni i ustalimy szczegóły związane z przekazaniem nagród. A panią Mariannę Pieńczewską bardzo prosimy o telefoniczne skontaktowanie się z nami (tel. 691 937 428).

Wszystkim, którzy zdecydowali się podzielić z nami swoimi opowieściami, serdecznie dziękujemy. Każdej osobie - zgodnie z obietnicą - przekażemy krótką recenzję. W tej sprawie prosimy o chwilę cierpliwości - czekaliśmy na ostateczną decyzję jurorów i teraz, sukcesywnie, zaczniemy wysyłać do Państwa mejle i listy.

Obrady jury

opublikowano: 2015-12-09 23:56:59

Wierzcie lub nie, ale na konkurs przyszło dokładnie 100 prac. Dlatego przed jury wyjątkowo trudne zadanie.
Zresztą sami spójrzcie na zdjęcia, ile tu emocji :)

A wyniki konkursu ogłosimy zgodnie z planem w poniedziałek 14 grudnia.

Fot. Jacek Łagowski

jury1 jury2 jury3 jury4 jury5 jury6 jury7 jury8 jury9 jury10 jury11 jury12

Żoliborz i ostatnie w tym sezonie warsztaty

opublikowano: 2015-12-03 20:53:02

Trudno nam uwierzyć, że za nami już ostatnie spotkanie pisarskie w tym roku! Ale dzisiejsze warsztaty w Żoliborskim Centrum Integracji i Aktywizacji Seniorów zapamiętamy nie tylko dlatego, że były ostatnie :) Pani Wanda napisała w ankiecie: "Zdobyłam się na śmiałość w wypowiedziach. Trzeba wierzyć w siebie". Pani Wanda skończyła 101 lat. Więcej słów nie trzeba. Chapeau bas. I do zobaczenia w następnym sezonie!

żoli1 żoli3 żoli4 żoli5

Kielce po raz drugi

opublikowano: 2015-11-30 20:46:14

Do Domu Pomocy Społecznej przy ul. Jagiellońskiej w Kielcach zawsze przyjeżdżamy z wielką chęcią, bo panuje tam naprawdę domowa atmosfera, m.in. dzięki niezrównanej pani Edycie i niezastąpionej pani Małgosi. Bez problemu udało się więc dziś znaleźć słowa miękkie jak poduszka, zabawne jak chichotanie i ciepłe jak zupa pomidorowa. Prawdziwie wzruszyły nas listy do św. Mikołaja, kartki urodzinowe i rozmowy w cztery oczy. A podróż powrotną przetrwaliśmy dzięki ciasteczkowym grzybkom od pani Reginy. Dziękujemy!

kiel1 kiel2 kiel3 kiel4

Kielce po raz pierwszy

opublikowano: 2015-11-27 23:38:29

Miasto przywitało nas słońcem, a po drodze widzieliśmy pierwszy w tym roku śnieg.

Na dzisiejsze warsztaty zaprosiła nas Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Witolda Gombrowicza w Kielcach i przeczuwamy, że to początek pięknej znajomości ;) Dlaczego? Bo to przyjazne miejsce, w którym wszyscy czują się mile widziani. Nic dziwnego, że na zajęciach frekwencja przekroczyła 120 procent.

Dziękujemy uczestnikom za żywe dyskusje, zaskakujące pytania i opowieści, które na długo zapamiętamy. Widzimy się w następnym sezonie!

kielce1 kielce2 kielce3 kielce4

W Olsztynie

opublikowano: 2015-11-20 19:58:01

Wizyta w Kamienicy Naujackiej przy Dąbrowszczaków i warsztaty organizowane we współpracy z Akademią Trzeciego Wieku przy MOK w Olsztynie to już właściwie tradycja :) I choć zwykle prosimy i napominamy, by nie (nad)używać przymiotników "wyjątkowe", "niezwykłe" i "niezapomniane", to takie właśnie były te zajęcia.

Serdecznie dziękujemy pani Marii Kalinowskiej za dopięcie wszystkiego na ostatni guzik, za historię o tacie, za własnoręcznie zrobione korale i broszkę. A pozostałym uczestnikom dziękujemy za wspólnie spędzony czas, pełen opowieści i prawdziwych emocji.

P.S. Czekoladki pomogły nam przetrwać drogę powrotną :)

olsz1 olsz2 olsz3 olsz4 olsz5 olsz6

Przystanek Ochota

opublikowano: 2015-11-19 18:42:40

Za nami drugie w tym sezonie warsztaty zorganizowane we współpracy z Biblioteką Przystanek Książka i Fundacją Zaczyn. Uczestników nie przestraszyła jesienna burza szalejąca w Warszawie i w komplecie, choć nieco przemoczeni, dotarli na zajęcia. Dużo było pytań, sporo dyskutowaliśmy i razem zastanawialiśmy się nad tym, co, jak, dla kogo i dlaczego pisać. Powstały listy i niekonwencjonalne kartki pocztowe, część z nich pewnie trafi do adresatów.
Bardzo dziękujemy za opowieści o królewnie, strażaku i konduktorskiej torbie, za historie mniej i bardziej ulotne - o remontowym kipiszu, zewie krwi, bąblach i brzoskwiniach :)

www1 www2

Spotkanie w pół drogi

opublikowano: 2015-11-17 16:25:49

Na dzisiejsze warsztaty w Łodzi dotarła grupa seniorów z Wieruszowa. Początkowo zgodnie deklarowali, że pisanie to rzecz raczej nie dla nich, ale pół godziny później czytali na głos swoje pierwsze teksty. A na końcu usłyszeliśmy, że czas minął niepostrzeżenie i musimy koniecznie przyjechać do nich, do Wieruszowa :) Dziękujemy za gościnę Ośrodkowi Kultury Górna przy Siedleckiej, a Wieruszowskiemu Domowi Kultury za zachęcenie seniorów do udziału w naszych zajęciach.

ll1 ll2

Biała Podlaska

opublikowano: 2015-11-16 22:13:49

Na warsztatach w Bialskim Centrum Kultury sporo znajomych twarzy, ale nie zabrakło i debiutantów. Pisaliśmy i dyskutowaliśmy o tym, jak pisać, by złapać czytelnika na haczyk, zastanawialiśmy się, skąd czerpać inspirację i jak dopasować formę do treści. Bardzo dziękujemy za spotkanie :)

bp1 bp2 bp3 bp4

Ostatnie wolne miejsca na warsztatach pisarskich

opublikowano: 2015-11-14 13:25:11

Drodzy Państwo, przed nami już tylko 7 warsztatów w tym cyklu! Mamy jeszcze kilka wolnych miejsc na 3 spotkaniach:

  • Łódź - 17 listopada 2015 r., godz. 09.00-12.15 (plus dodatkowe konsultacje dla chętnych), Dom Kultury Górna, ul. Siedlecka 1
    zapisy: tel. 667 430 669 lub warsztaty.pisarskie@gmail.com

  • Warszawa - 19 listopada 2015 r., godz. 13.00-16.15 (plus dodatkowe konsultacje dla chętnych), Biblioteka Przystanek Książka, ul. Grójecka 42, warsztaty organizowane we współpracy z Fundacją Zaczyn
    zapisy: Biblioteka Przystanek Książka, ul. Grójecka 42, tel. 22 822-38-06 (w godzinach pracy biblioteki) lub przystanek@bpochota.waw.pl

  • Kielce - 27 listopada 2015 r., godz. 11.00-14.15 (plus konsultacje dla chętnych do godz. 15.00), Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. W. Gombrowicza w Kielcach ul. ks. P. Ściegiennego 13
    zapisy: na miejscu w bibliotece lub tel. 41 342 66 77 (w godzinach pracy biblioteki)

  • Zapraszamy serdecznie!

    2

    I znów Olsztyn

    opublikowano: 2015-11-13 23:16:28

    Lubimy przyjeżdżać do zielonej kamienicy przy Warszawskiej 13 w Olsztynie, gdzie swoją siedzibę ma Europejskie Stowarzyszenie Edukacji i Rozwoju "PIONIER". Zawsze dzieje się tam coś niezwykłego :) Tym razem na spotkanie dotarła m.in. grupa seniorek z Iławy - pełnych energii i pomysłów. Dużo kartek wczoraj zapisałyśmy, śmiałyśmy się z autorkami tekstów, ale też wzruszałyśmy opowieściami o tym, co najważniejsze. Bardzo dziękujemy za wspólnie spędzony czas!

    ol1 ol2 ol3 ol4

    Pozdrowienia z Białegostoku

    opublikowano: 2015-11-12 23:03:13

    Do tej pory nie wiedzieliśmy, że tak niewiele osób jest w stanie wygenerować tyle energii :) Każde kolejne ćwiczenie wywoływało burzliwe dyskusje, "emocje aż w nas bulgotały" - jak napisała jedna z uczestniczek w swoim tekście. Były też grupowe zdjęcia, wymiana mejli i obietnice, że wszyscy spotkamy się w następnym sezonie. My na pewno dotrzymamy słowa :)

    Za pomoc w zorganizowaniu spotkania dziękujemy Regionalnemu Ośrodkowi Polityki Społecznej w Białymstoku.

    bia1 bia3

    Toruń po raz drugi

    opublikowano: 2015-11-09 22:58:03

    Dziś spotkanie w kameralnym gronie, w sympatycznym Klubie Melisa i Jazz na toruńskiej starówce. Były opowieści trudne, jak ta o kożuchu dającym ciepło i zimnej atłasowej pościeli albo o zimie 1945 roku, autoironiczne pocztówki z wakacji, historie o mężczyźnie pachnącym "Brutalem" i o przemówieniu na obchodach rocznicy rewolucji październikowej. Dziękujemy za wszystkie wspomnienia, prosimy o więcej, przy okazji przypominając o konkursie przeznaczonym tylko dla uczestników warsztatów. Wystarczy napisać i wysłać do nas list :) Więcej szczegółów można znaleźć w zakładce KONKURS.

    T3 T4 T5 T6

    PISZEMY+ w Łodzi

    opublikowano: 2015-11-06 21:11:25

    W anonimowej ankiecie wypełnionej przez jednego z uczestników dzisiejszych warsztatów przeczytaliśmy: "Długo czekałem na takie warsztaty. Przekonały mnie do pisania". W innej znalazły się słowa: "Zajęcia dodały mi skrzydeł", a w kolejnej: "Będę chodziła na wszystkie spotkania z Wami". Jesteśmy wzruszeni. Nam też warsztaty w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi dodały skrzydeł. Bardzo dziękujemy za wszystkie opowieści i za wiele mądrych pytań.

    ldz2 ldz3 ldz4 ldz5

    Krakowskie pisanie

    opublikowano: 2015-11-05 19:51:45

    Trochę dziś podyskutowaliśmy o lokalnych animozjach, regionalizmach i języku gwarowym, a także o sensie pisania. Szukaliśmy synonimów, wykreślaliśmy przymiotniki i zastanawialiśmy się nad tym, jak złapać czytelnika na haczyk i sprawić, by dotrwał do puenty. Spotkanie w Filii nr 19 Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej w Krakowie było kameralne i niezwykle twórcze. Dziękujemy!

    kr2 kr3

    Jeśli dziś środa, to jesteśmy w Gdańsku ;)

    opublikowano: 2015-11-04 20:27:19

    Rozmawialiśmy dziś o czasie teraźniejszym i przyszłym, nadmiarze przymiotników, zdrobnieniach i zgrubieniach. Zastanawialiśmy się, co można "posiadać", a co lepiej po prostu "mieć". Szukaliśmy słów zabawnych i ponurych, bawiliśmy się formą i opowiadaliśmy historie pełne prawdziwych emocji. Bardzo dziękujemy uczestnikom dzisiejszych warsztatów i Fundacji Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych - FORUM, która pomogła nam zorganizować spotkanie :)

    gd1 gd2 gd3 gd4

    Przystanek książka :)

    opublikowano: 2015-11-03 19:03:12

    Przyglądaliśmy się dziś słowom kłamliwym i tłustym, pisaliśmy listy pełne bulgotania i bąbli, w tekstach atłasowa piżama nagle zmieniała się w latawiec, a miłość przypominała dojrzałą brzoskwinię z importu.

    Dzisiejsze warsztaty pisarskie w Bibliotece Przystanek Książka na Ochocie zorganizowała razem z nami Fundacja Zaczyn. Bardzo dziękujemy za wspaniałą atmosferę i rośliny doniczkowe ;)

    A dla tych, którym nie udało się zapisać na dzisiejsze warsztaty, mamy dobrą wiadomość. W bibliotece przy ul. Grójeckiej 42 będziemy także 19 listopada. Miejsce można sobie zarezerwować telefonicznie: 22 822-38-06 (w godzinach pracy biblioteki) lub mejlowo: przystanek@bpochota.waw.pl. Zapraszamy serdecznie!

    przystanek1 przystanek2 przystanek5 przystanek4

    W Bydgoszczy

    opublikowano: 2015-10-23 18:57:58

    Dziś spotkaliśmy się z seniorami w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Bydgoszczy. Pisanie wyzwoliło mnóstwo emocji. Powstały teksty krótkie, mocne, pełne konkretów i lżejsze, poetyckie, zbudowane na niedopowiedzeniach. To było niezwykle ciekawe - usłyszeć w jednym miejscu tyle opowieści przedstawionych w tak różny sposób.

    Przyrzekliśmy, że w następnym sezonie do Bydgoszczy wrócimy i słowa dotrzymamy :) A uczestnikom spotkania przypominamy - czekamy na Państwa teksty konkursowe i pamiętamy, jakie historie nam Państwo obiecali ;)

    byd1 byd3

    Półmetek. I znów w Krakowie

    opublikowano: 2015-10-20 20:14:28

    Dziś było kameralnie i międzypokoleniowo :) Pisaliśmy listy i pocztówki (prawie wszystkie okazały się rymowane!), dyskutowaliśmy o słowach znikających z języka i tych całkiem nowych, na nowo odkryliśmy "połświatek" i "grzechotkę", zastanawialiśmy się, czy strona czynna jest lepsza od biernej i kto jeszcze czyta książki.

    W zajęciach wzięła też udział jedna z bohaterek naszej "Książki o pisaniu" - Mariola Wójtowicz, autorka bloga www.emerytkawpodrozy.blogspot.com :)

    Warsztaty odbyły się w Klubie Kuźnia Ośrodka Kultury im. C.K. Norwida na osiedlu Złotego Wieku 14 - za pomoc w zorganizowaniu spotkania dziękujemy niezawodnej Joannie Kornas.

    kr1 kr3

    Seniorzy w Łodzi

    opublikowano: 2015-10-19 18:59:32

    To już drugie w tym sezonie warsztaty organizowane we współpracy z Zespołem ds. Seniorów, który działa w Urzędzie Miasta Łodzi. Tym razem pracowaliśmy w Centrum Nauki i Biznesu ŻAK przy ul. Piotrkowskiej. Nie zatrzymała nas poranna mgła i choć trochę zabłądziliśmy po drodze, dotarliśmy na czas.

    A pisaliśmy o atłasie, bąblach, bulgotaniu i dzierlatkach, o samotności, przyjaźni, podróżach i półświatku. Te cztery godziny minęły błyskawicznie :)

    Dziękujemy Kasi Jarosińskiej za zorganizowanie spotkania, a uczestnikom - za opowieści, które zostaną z nami na długo.

    L1 L2 L3 L4

    Z Ochotą :)

    opublikowano: 2015-10-16 18:18:38

    W Domu Dziennego Pobytu "Z Ochotą" przy ul. Grójeckiej w Warszawie na początku nie wszyscy mieli ochotę na pisanie. Ale pierwsze ćwiczenie sprawiło, że posypały się słowa tłuste, zabawne, nieco staromodne i bardzo treściwe :) Pisaliśmy listy do przyjaciół, dzieci, wnuków, a nawet do św. Mikołaja. Bardzo dziękujemy za wspólnie spędzony czas, za opowieści o przeszłości, przyszłości i o tym, co tu i teraz.

    w1 w2

    Krakowskie pisanie

    opublikowano: 2015-10-15 18:28:29

    Mimo ulewnego deszczu, energii nie zabrakło. Pisaliśmy o gładkiej jak aksamit sierści kotów, oswajaniu gołębi, Kaczce Dziwaczce, (nie)spełnionych marzeniach, wyczekiwanych prawnukach i listach sprzed lat. Dostaliśmy ciepły obiad i własnoręcznie zrobionego anioła :)

    Dziękujemy za zaproszenie Miejskiemu Dziennemu Domowi Pomocy Społecznej w Krakowie przy ul. Sudolskiej, a szczególnie Pani Bogusi, która zadbała o każdy szczegół.

    kra1 kra2 kra4 kra5

    PISZEMY+ w Katowicach

    opublikowano: 2015-10-14 15:51:53

    Szukaliśmy dziś słów tłustych i posępnych, dzięki pocztówkom przywołaliśmy wspomnienia sprzed lat, wróciliśmy pamięcią do 18. urodzin i uczuć, które nie wyblakły.

    Za zaproszenie dziękujemy Ewangelickiemu Centrum Diakonijnemu „Słoneczna Kraina” przy ul. Dudy Gracza.

    kato2 kato3

    Złota jesień w Łodzi

    opublikowano: 2015-10-13 11:21:43

    Za oknem pierwszy śnieg, a my do spisywania wspomnień i rodzinnych opowieści zachęcamy seniorów z Domu Dziennego Pobytu "Złota Jesień" przy ul. Ćwiklińskiej w Łodzi. I choć projektor odmawia posłuszeństwa (może dlatego, że dziś 13, jak przekonuje nas Pani Stefania), to pracuje się nam fantastycznie. A najstarsza uczestniczka warsztatów ma 99 lat. To jeszcze tylko zdjęcia i już wracamy do wspólnego szukania słów posępnych, zabawnych i tłustych :)

    ll2 ll1

    Gdynia i ocean wolnego czasu :)

    opublikowano: 2015-10-09 19:35:02

    Sobotni poranek. Słońce. Gdzieś niedaleko szumi morze. A my piszemy. O tym, kim kiedyś chcieliśmy być. O bulgotaniu i atłasie. O ważnych dla nas ludziach i miejscach, do których nigdy nie wrócimy. O wnukach, podróżach i marzeniach.

    Zatrzymujemy czas.

    Dziękujemy Stowarzyszeniu św. Mikołaja Biskupa z Gdyni za zaproszenie. A pani Małgosi Chojnowskiej za dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Już się nie możemy doczekać powrotu nad morze.

    g1 g2 g3 g4 g5 g6

    Jesteśmy w Radomiu

    opublikowano: 2015-10-08 13:26:31

    W Miejskiej Bibliotece Publicznej w Radomiu przy ul. Piłsudskiego jak zawsze świetnie się pisało. Pracowaliśmy w niedużym gronie, za to bardzo intensywnie. Powstały teksty lekkie i zabawne, ale też bardzo przejmujące. Na długo zapamiętamy opowieści, którymi uczestnicy warsztatów zdecydowali się z nami podzielić. Usłyszeliśmy, że nie było łatwo, ale było warto. Dziękujemy.

    r1 r5

    Zapisani w Płocku ;)

    opublikowano: 2015-10-07 19:10:16

    Tak nam się dziś dobrze pracowało, że nawet chwilowy brak prądu nie przeszkodził w spisywaniu wspomnień i rodzinnych historii. Dziękujemy za zaproszenie Miejskiemu Ośrodkowi Pomocy Społecznej w Płocku, a seniorom uczestniczącym w spotkaniu przypominamy o naszym konkursie literackim. Z niecierpliwością czekamy na listy od Państwa :)

    p1 p2

    Spotkanie w Lublinie

    opublikowano: 2015-10-06 19:03:16

    Za nami przemiłe, bardzo twórcze spotkanie. Rozmawialiśmy o spełnionych i niespełnionych marzeniach, szukaliśmy słów zabawnych i posępnych, pisaliśmy pocztówki znad morza i listy motywacyjne :) Warsztaty w Lublinie udało się zorganizować dzięki pomocy Centrum Dziennego Pobytu dla Seniorów nr 4 przy ul. Pozytywistów 16. Dziękujemy!

    l1 l2 l3 l5

    PISZEMY+ w Olsztynie

    opublikowano: 2015-09-30 22:36:37

    Pogoda była dziś tak piękna, że wysoka frekwencja na zajęciach naprawdę nas zaskoczyła ;)

    Tym bardziej dziękujemy seniorom z Olsztyna za kilka godzin wspólnej pracy - za ciekawe opowieści, zabawne anegdoty i inspirujące dyskusje - o książkach, pisaniu pocztówek, zdjęciach sprzed lat, modzie i słowach znikających z języka. Z niecierpliwością czekamy na teksty konkursowe!

    Wielkie podziękowania także dla Europejskiego Stowarzyszenia Edukacji i Rozwoju "PIONIER", które pomogło nam zorganizować spotkanie. Jesteście niezawodni!

    olsztyn1 olsztyn2 olsztyn3 olsztyn4

    Spotkanie pisarskie w Toruniu

    opublikowano: 2015-09-29 19:14:14

    Bibliotekę przy ul. Kościuszki 47 w Toruniu odwiedzamy regularnie, bo to miejsce ma świetną atmosferę. Miło było na warsztatach zobaczyć znajome twarze i usłyszeć, że kilka osób po ubiegłorocznym spotkaniu zaczęło szukać swoich korzeni i spisywać rodzinne opowieści. Trzymamy kciuki za wytrwałość!

    Naszą pisarską inicjatywą zainteresowały się też lokalne media, więc o tym, jak wyglądały zajęcia i co o nich sądzą uczestnicy, będziecie mogli usłyszeć w radiu.

    Dziękujemy Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu za nagłośnienie wydarzenia, a Filii nr 2 przy ul. Kościuszki 47 za gościnę. Już się nie możemy doczekać kolejnej wizyty w Toruniu :)

    torun1 torun2 torun3 torun4 torun5 torun6 torun7 torun8

    Warszawa po raz drugi

    opublikowano: 2015-09-23 21:56:46

    To było wyjątkowo kameralne spotkanie, ale dzięki temu udało nam się zrobić bardzo dużo ćwiczeń pisarskich. Mamy nadzieję, że zmotywowaliśmy do pracy tych, którym trochę brakowało zapału, a innym udowodniliśmy, że potrafią pisać, choć nigdy wcześniej tego nie robili :)
    Dziękujemy Wypożyczalni dla Dorosłych i Młodzieży nr 80 przy ul. Redutowej 48 za wsparcie w zorganizowaniu zajęć.

    WWA1 WWA2

    Warsztaty w Łodzi

    opublikowano: 2015-09-22 23:42:20

    Pierwsza w tym roku wycieczka do Łodzi już za nami. Były inspirujące opowieści, ciekawe pytania, mnóstwo dobrej energii i trochę magii ;)

    Za pomoc w zorganizowaniu warsztatów dziękujemy Katarzynie Jarosińskiej z Zespołu ds. Seniorów Urzędu Miasta Łodzi, a za gościnę - Filii nr 2 dla Dorosłych Miejskiej Biblioteki Publicznej Łódź-Śródmieście im. Andrzeja Struga przy ul. Sienkiewicza 67.

    L1 L2

    Rozkład jazdy na najbliższe dni :)

    opublikowano: 2015-09-21 17:05:01

    Prawie codziennie pojawiają się w naszym kalendarzu nowe terminy i nowe miasta. Zachęcamy więc do regularnego zaglądania do zakładki WARSZTATY.

    Są jeszcze wolne miejsca, można się zapisywać u lokalnych współorganizatorów lub bezpośrednio u nas: stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com i tel. 691 937 428.

    Fot. Jacek Łagowski

    maraton

    Pierwsze warsztaty już za nami

    opublikowano: 2015-09-17 20:23:03

    Choć pogoda nadal letnia, dziś rozpoczęliśmy jesienny sezon warsztatowy. W Stacji Muranów przy Andersa 13 wszystkie stoliki były zajęte. Pisaliśmy listy do samych siebie, szukaliśmy słów tłustych, zabawnych i posępnych, rozmawialiśmy o czytaniu i o sięganiu do gwiazd :)

    Bardzo dziękujemy wszystkim uczestnikom - za otwartość, zaangażowanie i przede wszystkim za opowieści, które udało się Państwu ocalić od zapomnienia.

    Resztę niech opowiedzą zdjęcia Jacka Łagowskiego :)

    A wszystkie osoby 60+, które miałyby chęć wziąć udział w jednym z organizowanych przez nas bezpłatnych spotkań pisarskich, zachęcamy do zaglądania do zakładki "warsztaty". We wrześniu będziemy raz jeszcze pracować w Warszawie, ale też w Łodzi, Toruniu i Olsztynie. A w październiku w kolejnych kilku miastach. Są jeszcze wolne miejsca :)

    Chętnie odpowiemy też na wszystkie pytania związane projektem i zajęciami - można do nas pisać stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com lub dzwonić tel. 691 937 482

    wwa1_18 wwa1_17 wwa1_16 wwa1_15 wwa1_14 wwa1_13 wwa1_12 wwa1_11 wwa1_10 wwa1_9 wwa1_7 wwa1_8 wwa1_6 wwa1_5 wwa1_4 wwa1_3 wwa1_2 wwa1_1

    Pierwsze warsztaty zaplanowane

    opublikowano: 2015-09-07 12:52:50

    To wiadomość, na którą wiele osób czekało. Są już terminy kilku pierwszych warsztatów pisarskich. Można je znaleźć w zakładce warsztaty.

    Sezon rozpoczynamy już 17 września w Stacji Muranów przy ul. Andersa 13 w Warszawie o godz. 9.30. Bardzo serdecznie zapraszamy na to spotkanie - są jeszcze wolne miejsca. Wystarczy do nas napisać: stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com lub zadzwonić: 691 937 428.

    Zapewniamy oczywiście kawę, herbatę, ciasto, książkowe prezenty i mnóstwo ćwiczeń pisarskich. Będziemy namawiać do utrwalania wspomnień i porządkowania domowych archiwów, czekamy i na całkiem początkujących, i na bardziej zaawansowanych. Poćwiczymy wyobraźnię, elastyczność myślenia i umiejętności językowe. To będzie miłe przedpołudnie :)

    muranow

    Książka już jest!

    opublikowano: 2015-09-01 12:41:21

    Pachnące farbą drukarską egzemplarze "Książki o pisaniu" właśnie do nas przyjechały. Już wkrótce będziemy je dawać w prezencie uczestnikom warsztatów pisarskich dla seniorów. Mamy nadzieję, że się Państwu spodobają :)

    k1 k2

    Na ostatniej prostej

    opublikowano: 2015-08-14 13:47:41

    Mamy nową wiadomość dla niecierpliwych! "Książka o pisaniu" jest już prawie gotowa - musi jeszcze tylko przyjechać do nas z drukarni :)

    Teksty do publikacji napisały Anna Błaszkiewicz i Ola Rzążewska - uczestnicy poprzednich edycji projektu poznali autorki osobiście, bo w duecie prowadziły większość warsztatów pisarskich. Zdjęcia zrobił nasz ulubiony fotograf Jacek Łagowski. Książkę pięknie dla nas zaprojektowało Studio Rzeczyobrazkowe.pl - więc jest nowoczesna, ale też trochę retro.

    I co najważniejsze! Każdy uczestnik warsztatów otrzyma od nas na zajęciach bezpłatny egzemplarz. Dla tych, którzy z różnych powodów nie będą się mogli z nami spotkać, będziemy mieć bezpłatną wersję elektroniczną - plik PDF z publikacją już wkrótce pojawi się na tej stronie.

    Na razie tylko pochwalimy się okładką :)

    Piszemy książka okladkaBlank bookcover with clipping path

    Coś do poczytania

    opublikowano: 2015-08-05 09:57:10

    Zachęcamy do regularnego zaglądania na podstronę "jak pisać". Każdego dnia umieszczamy tu kolejne wywiady i teksty poradnikowe, które - mamy nadzieję - będą motywować do pisania, inspirować i podpowiadać, jak ćwiczyć swój warsztat. A terminy pierwszych spotkań już wkrótce, prosimy o chwilę cierpliwości :) Fot. Jacek Łagowski

    ksiazki na fb blogi_fb

    Na 60. urodzinach Pałacu

    opublikowano: 2015-07-18 20:07:24

    Można go lubić albo nie, ale w tym tygodniu skończy 60 lat. Będzie więc w wieku najmłodszych uczestników naszych warsztatów pisarskich dla seniorów. Z tej okazji spojrzeliśmy na rzeczywistość z właściwej perspektywy, czyli z pewnego oddalenia. Bardzo polecamy intymną biografię Pałacu, którą napisała Beata Chomątowska. Wywiad z autorką tej książki już wkrótce znajdziecie w zakładce "jak pisać" i w publikacji, nad którą właśnie pracujemy.

    p11 p8 p7 p3

    Piszemy książkę o pisaniu :)

    opublikowano: 2015-07-16 19:58:33

    Seniorów, którzy już pytają o terminy pierwszych warsztatów pisarskich, prosimy o chwilę cierpliwości. Pracujemy nad książką, która bezpłatnie trafi do wszystkich uczestników naszego projektu. Będą w niej rozmowy z pisarzami, dziennikarzami, psychologami i historykami, spora dawka motywacji, inspiracji i ćwiczeń warsztatowych. Poniżej zdjęcia na dowód tego, że nie próżnujemy. Z Krakowa, Sopotu i naszego warszawskiego biura :)

    sopot krakow ksiazki

    PISZEMY+ po raz trzeci

    opublikowano: 2015-04-07 19:46:01

    Chyba wszyscy trzymali za nas mocno kciuki, bo się udało! Dostaliśmy dotację na projekt "PISZEMY+ po raz trzeci"! Co więcej znaleźliśmy się na 4. miejscu listy rankingowej ogłoszonej dziś przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

    chmurka

    Na co mamie ten talerzyk?

    opublikowano: 2014-12-16 21:00:12

    Jurorzy orzekli, że to nie tylko sprawnie napisana, lecz także bardzo potrzebna historia. Zachęcamy więc do przeczytania tekstu pani Janiny Mickiewicz, która otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych w zorganizowanym przez nas konkursie literackim.

    Na co mamie ten talerzyk?

    Było ich kilka, może sześć. Niewielkie, wykonane z przezroczystego szkła w żółtym kolorze, miały najwyżej piętnaście centymetrów średnicy i spore zagłębienie. Zachował się tylko jeden żółty talerzyk. Patrzę na niego kilka razy dziennie, gdy otwieram kuchenną szafkę. Stoi teraz w towarzystwie dziś używanych innych talerzy, zupełnie do nich niepodobny. Wydaje się zbędny, nie pasuje do niczego, nie należy do kompletu.
    Kiedyś, w trakcie domowych porządków, zapytał mnie mój syn Maciek:
    - Mamo, na co ci ten dziwny talerzyk?
    - Niech sobie będzie – odpowiedziałam krótko.

    W moich wspomnieniach ten talerzyk kojarzy się z powojennymi dziejami mojej rodziny. W czasie wojny mieszkaliśmy w Aleksandrowie Kujawskim. Moi rodzice podczas okupacji hitlerowskiej byli żołnierzami Armii Krajowej. Jesienią 1945 roku mój tata został aresztowany przez UBP. Otrzymał wyrok dziesięciu lat więzienia wydany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy. Karę odbył we Wronkach. Wolność odzyskał w drodze amnestii w 1951 roku.

    Mama pozostała z czwórką dzieci. Brat Leszek miał wówczas 12 lat, siostra Donata – 10, Oleńka – 7, a ja miałam 3 lata. Od wczesnego dzieciństwa nie wstydziłam się faktu, że mój tata przebywał w więzieniu, ale w szkole pytania o ojca milczałam. Mama nam powtarzała: „wasz ojciec jest więźniem politycznym, bo walczył o wolną Polskę”. Podtrzymywała w nas miłość do niego, był on stale obecny w naszych rozmowach.

    Kiedyś, gdy byłam uczennicą drugiej klasy, wybiegłam na przerwie wraz z innymi dziećmi poza ogrodzenie szkoły, czego nie wolno było robić. Zobaczył nas kierownik szkoły. Nakrzyczał, a do mnie, ośmioletniego dziecka, powiedział: „ty, Zalewska, wiesz gdzie jest twój ojciec!”. Płakałam, a dzieci pytały mnie, gdzie on jest.

    W zabawach pomagała mi wyobraźnia. Zwykłe patyki, metalowe obręcze, kamyki i kolorowe szkiełka zastępowały mi zabawki, gdyż ja ich nie miałam, nie licząc dwóch lalek odziedziczonych po starszych siostrach. Znosiłam te rupiecie do korytarza, chowałam za stojącą tam drewnianą skrzynią, żeby mama nie wyrzuciła.

    Jednakże niektóre przedmioty miały dla mnie inne znaczenie. Pod pretekstem zabawy (aby dzieci się nie śmiały), przynosiłam do domu znalezione odpadki drewna, patyki, szyszki, no i mama miała czym rozpalić w piecach.

    A jakie było życie codzienne? Mama wyprzedawała cenniejsze przedmioty. Miała dużo pracy przy naszej czwórce, więc wieczorami i nocą robiła z wełny na drutach rękawice, czapki, szaliki i skarpety, które sprzedawała, by wyżywić naszą rodzinę i co miesiąc zawieźć do Wronek paczkę z żywnością dla taty.
    Ubrania nosiliśmy jedno po drugim. Najgorzej wychodziłam na tym ja, bo byłam trzecią dziewczynką w kolejce.
    Jedliśmy mniej niż skromnie. Pomagało nam wielu życzliwych ludzi. Znali naszych rodziców z czasu okupacji, niektórzy byli ich konspiracyjnymi współpracownikami, którym udało się uniknąć aresztowań. Dostawaliśmy więc niekiedy coś od piekarza, właścicieli olejarni i drogerii, czy sklepiku spożywczego. Pamiętam, że od czasu do czasu jedliśmy chleb posypywany solą i maczany w oleju, bo nie było niczego do chleba. Mama nalewała nam olej na przezroczyste, żółte talerzyki. Myślałam nieraz naiwnie: gdy stłukę talerzyk, może dostanę coś innego do zjedzenia. Ale niczego innego właśnie wtedy nie było. Bardzo nie lubiłam tych talerzyków. A właściwie dlaczego? Przecież nieraz mama kładła na nie upieczone kruche ciasteczka lub „krówki” z cukru smażonego ze śmietaną na patelni.

    Z czasem stopniowo talerzyków ubywało. Ginęły śmiercią tragiczną, co jest często wpisane w los przedmiotów szklanych. W końcu pozostał tylko jeden.

    Nasze życie zaczęło się stopniowo zmieniać, gdy ojciec wrócił. Chociaż nadal był na „cenzurowanym” przez władze PRL-u, otrzymał w końcu pracę w Toruniu.
    W 1960 r. przeprowadziliśmy się do Torunia. Zaczął się nowy etap w życiu naszej rodziny. Tato nareszcie przestał dojeżdżać do pracy, ja podjęłam studia na UMK.
    Przed przeprowadzką, jak to zwykle bywa, pozbywaliśmy się niepotrzebnych rzeczy.
    Kiedy w naszym nowym mieszkaniu zobaczyłam żółty talerzyk, zapytałam mamę, dlaczego go nie wyrzuciła. Mama odpowiedziała:
    - To pamiątkowy talerzyk. Cały komplet dostałam od cioci Stefy, gdy wyszłam za mąż. My młodzi nie mieliśmy niczego, mieliśmy tylko siebie.
    Tak więc dla mojej mamy miał on wartość sentymentalną.

    Tato był bardzo szczęśliwy, gdy powstała Solidarność. Szkoda, że nie dożył czasu niepodległości Polski, co było dane mamusi.

    Po śmierci mamy trzeba było zlikwidować mieszkanie. Żółty talerzyk trafił do mnie.
    Gdy otwieram kuchenną szafkę, nie patrzę na niego z sentymentem, ale widzę przedmiot ważny, który był świadkiem i uczestnikiem tamtego trudnego i siermiężnego okresu życia naszej rodziny.

    Sądzę, że gdy syn przeczyta tę historię, znajdzie odpowiedź na zadane kiedyś pytanie i przejmie po mnie ten dziwny przedmiot. Maciek ma dwie córeczki. Może więc talerzyk jeszcze długo nie podzieli losu swoich żółtych braci „z kompletu”?

    Klepsydra

    opublikowano: 2014-12-15 20:50:10

    Jak zauważył prof. Michał Kuziak, w tej poruszające historii przedmioty stają się medium pamięci, ułatwiającym mówienie i rozmawianie.

    Pani Wanda Kalinowska-Giorgi otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych w naszym konkursie.

    Więcej słów nie trzeba.


    Klepsydra

    - Po tylu latach powinna pozostać co najwyżej mgła, a nie niczym nieskażony obraz - myślał.
    Zawiedziony tą konkluzją, znów zaczął dreptać w poprzek pokoju. A jednak, bał się konfrontacji z przeszłością. Już od dłuższego czasu zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej wszystko spalić. Jeśli chodzi o siebie mógłby, ale nie ma prawa zniszczyć pamięci o najbliższych.
    Ania, która już dawno wyrosła z misia, ale nie ofiarowała go jeszcze swojemu dziecku, czy jest na tyle dorosła, aby przyjąć temat wojny, zinterpretowanej i przeanalizowanej na wszystkie sposoby?
    Powrócił do porozrzucanych na podłodze listów i dokumentów.
    - Aniu! - wprawdzie nie było to zdecydowane zawołanie, ale ostateczne.
    - Już idę, tato - odpowiedziała.
    Stanęła w drzwiach.
    - A niech to! Mam posprzątać ten bałagan ?
    - Nie. Chciałbym ci go przekazać. To są dokumenty z okresu wojny. Do tej pory znałaś tyle prawdy, ile mogłabyś udźwignąć. Teraz sama zdecydujesz, czy chcesz wiedzieć więcej.

    Podniosła zniszczoną blaszkę na pasku z zardzewiałą sprzączką. Nr obozowy 41019.
    Zaskoczona spojrzała na ojca. - Czy ty…?
    - Tak. Byłem w obozie koncentracyjnym. Mauthausen-Ebensee. Po przyjeździe poddali mnie standardowej, zimnej kąpieli, po czym wpisali w moją kartę „pracownik fizyczny" - zawiesił głos. – Chcesz słuchać dalej?
    – Tak, tato.
    Mówił powoli i płynnie, jakby wielokrotnie studiował formę wypowiedzi.
    - Następnego dnia przydzielili mnie do wywożenia trupów z komór gazowych do krematorium. Pierwszego okresu nie jestem w stanie określić, później przestałem być człowiekiem.
    – Co przez to rozumiesz?
    - Myślę, że pozbyłem się wszelkich uczuć, a przede wszystkim reagowania. Po roku, w 1944 i 45, kiedy pracowałem przy budowie nowych bloków obozowych, byłem już tylko głodny.
    - Brzmi to trochę sarkastycznie.
    - Owszem, staram się, aby klimat nie był zbyt ciężki. A poza tym…
    - Poza tym przyniosę herbatę… z duchem – powiedziała z udawanym uśmiechem.

    Kiedy został sam, znów przetoczył się ten sam obraz: ojczulek, Kazik, Edek, Heniek i on, zabierani tam, skąd powrót graniczył z cudem. I matula, która bez jednej łzy, po kolei oddawała synów i męża.

    - Już jesteś. Dobrze nam zrobi herbata.
    Wypił łyk, lubił, kiedy była gorąca.
    - O sobie opowiem ci później. Spójrz na to – podał jej pergaminową kartkę. – Delikatnie! To bardzo ważny dokument.
    Anka kilkakrotnie przeglądała jego treść.
    - Z tego, co jest tu napisane, wynika, że dziadek był porucznikiem mianowanym przez Komendę Główną Rządu Demokratycznej Polski… oficerem Polskiej Armii Powstania?
    Szeptem dodała: - Z upoważnieniem do karania śmiercią…
    - To jest historyczny dokument. W 1943 Niemcy dowiedzieli się o siatce konspiracyjnej, do której poza nami należeli w dużej mierze koledzy ze studiów i Jan Mohn. Jego imieniem została nazwana jedna z toruńskich ulic. Jako więzienny kalefaktor, pomagał aresztowanym nawiązywać kontakty z podziemiem i ich rodzinami. Pierwszego aresztowali Dziadka. W bydgoskim karcerze nie udało się Niemcom go złamać. Przewieźli go więc do Pomiechówka. Tam każdego dnia był katowany, umieszczany w celi, której posadzka była pod kątem 30 stopni. Nie mógł ani leżeć, ani chodzić. Związywano go i podwieszano tak, aby stopy nie dotykały ziemi. W tej pozycji pozostawiano na kilka godzin. Po miesiącu, za wstawiennictwem znajomego jeszcze sprzed wojny niemieckiego oficera, został zwolniony. Zawszony i wygłodniały na kilka dni wrócił do domu. Potem dostał nakaz natychmiastowego wyjazdu na przymusowe roboty do obozu w Bochum. Jak wiesz, dziadek do domu nie wrócił. Zmarł na tyfus w drodze powrotnej ze Stutthofu.
    Chwilę milczał, spośród listów wyjął kawałek zapisanego materiału.
    - Nie jesteś zmęczona? Może na chwilę przerwiemy?
    - Nie tato, mów. Jak skończysz, zaproszę cię do „Zamkowej” na... co będziesz chciał.
    - A, więc… Jak zabierali nas do Bydgoszczy na przesłuchania, raz na dwa tygodnie matula mogła przyjeżdżać, żeby przywieźć czystą bieliznę. W mankiety koszul wszywała dwa kawałki materiału. Na jednym z nich były wiadomości z domu, drugi był czysty. Ten jest, jak widzisz, zapisany. Później go przeczytasz, bo nie skończymy do wieczora. Najmniej, jako nastolatek ucierpiał wujek Heniek. Po wojnie opowiadał, że kładli go na stole, brzuchem w dół, nogi przywiązywali do nóg stołu i dostawał w dupę. „Nie bili mnie tak, jak Edwarda czy Witka, ale pumpy potem były za ciasne".
    Wziął do ręki dwa listy. - To są późniejsze wiadomości od Henia, z obozów w Essen i Stutthofie.
    Odłożył je na bok i zgarnął do kolan Anki pozostałe kartki.
    - Edek… - powiedział powoli z zastanowieniem.
    - Wujek Edek i Kazik są w Anglii - powiedziała, jakby chciała usunąć niepewność brzmiącą w głosie ojca.
    - Owszem, ale nie jestem pewien dlaczego. Edek, jak inni, działał w podziemiu. Był zaprzysiężony przez dziadka. Nikt nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć, ale prawdopodobnie współpracował z wywiadem angielskim. W Bydgoszczy był najbardziej torturowany z nas wszystkich. Stamtąd wysłał list do ojca, w którym prosi o ampułkę z trucizną. W drewnianych pudełeczkach leżały na szafie w kuchni. Po jednej dla każdego. Edka zgarnęli z ulicy, więc jej nie miał, natomiast znaleźli przy nim filmy i pieczątki.
    Anka spojrzała na ojca z niedowierzaniem. Wiedziała, że tak było, ale żeby jej ojciec… jej rodzina…
    - Tutaj jest drugi list, odpowiedź dziadka. Napisał dwa. Jeden, list-rozkaz, do członków podziemia, aby przekazali go Edkowi – ten zaginął, drugi – do babci. Przeczytam tylko najważniejszy fragment, bo jak widzisz list ma trzy strony: „Rozkazuję mu umierać, jako żołnierzowi. Przypomnij co obiecał w razie... przecież nosiliśmy to przy sobie. Wanduśka, czyś ty przygotowana na to, że oni w twojej obecności będą go torturowali? Zaklinam was na miłosierdzie Boskie, bądźcie silni i dumni". Wujka Edka z wyrokiem kary śmierci wysłano do obozu w Mauthausen-Gusen. Tam z kolei obozowe podziemie zniszczyło jego dokumenty. Temu zawdzięcza życie.
    Długą chwilę milczeli. Anka nie patrzyła na ojca, nie mogła.
    - A wujek Kazik? - niepewnie zapytała.
    - Tak jak pozostali. Najpierw Bydgoszcz, potem Oświęcim, a na końcu Mauthausen-Gusen. Był tam obozowym lekarzem. Dzięki niemu przeżyłem obóz, bo w dniach wyzwolenia umierałem na tyfus plamisty. Po prawej stronie masz karteczki, na których są jego wiersze. Na przeczytanie ich i całego „bałaganu” będziesz miała dużo czasu.
    - Dziękuję tato.

    Poczuł się tak, jakby ktoś odwrócił jego klepsydrę i wreszcie zaczął osuwać się piasek.

    Taca

    opublikowano: 2014-12-15 20:43:03

    Barbara Sułek-Kowalska uznała, że to opowieść "lekka i poniekąd radosna". Prof. Michał Kuziak podkreślił, że w tej zgrabnie napisanej historii rodzinnej "na szczególną uwagę zasługuje chwyt oddania głosu przedmiotowi" i "fortunne operowanie czasem teraźniejszym". A zdaniem Wojciecha Chmielewskiego tytułowa taca "to dowód, że w pożodze, która dotknęła nasz kraj, nie wszystko udało się zniszczyć".

    Pora więc poznać bohaterkę opowieści pani Jadwigi Szczęsnowicz, która otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych w naszym konkursie.


    Rok 1905, a może już 1907 – to moje „narodziny”. Jestem dziś stara, pamięć mnie zawodzi, więc te dwa lata w mym ponad stuletnim egzystowaniu w mej „postaci” nie robią na mnie wrażenia. Zakład produkujący sztućce, cukiernice, ozdoby ze srebra oraz stopów metali wyprodukował też mnie, tacę.
    Jestem ciężka, ważę 2,7 kg, moje wymiary to 65 x 48 cm. Mam kształt owalu, na podwyższonym obramowaniu są wyrzeźbione listki. Masywne uchwyty po moich bokach zakończone są orlimi dziobami. Wykonana jestem ze stopu do złudzenia przypominającego pozłacane srebro. Kupuje mnie małżeństwo, kiedy urządza swoje mieszkanie. Wiodę u nich dobre życie, poznaję nowych ludzi, ich przyzwyczajenia, troski i radości. Jest też dziecko. Mijają spokojne lata. Ale cóż to? W mieszkańców wstępuje wyjątkowe zdenerwowanie. Pakują przedmioty w kosze, wynoszą, mówią, że chowają przed Niemcami. Ach, to przecież 1939 rok. Niepokój coraz większy, słyszę, że z tego pięknego mieszkania przy Piotrkowskiej rodzina moja będzie wysiedlona – to nie jest już miejsce dla Polaków. Wkrótce okazuje się, że dużych przedmiotów nie można wynieść. Słyszę zgrzyty, stukanie, to chyba podłoga w kuchni, tylko tam można wyjąć deski. Ktoś mnie owija w tkaninę i w towarzystwie innych wartościowych przedmiotów ląduję pod podłogą. Jest ciemno i zimno. Podłoga zostaje zamaskowana.
    Przebywam tam 5 długich lat. Niemcy nie orientują się, że mieszkają nad skrytką. Nagle co to! To nie ciężkie żołnierskie buciory, tylko lekkie znajome kroki mieszkańców sprzed wojny. Wrócili, to moje uwolnienie, znów jest widno i ciepło. Poza starymi znajomymi widzę też nowe osoby - małe dzieci, a jedno jeszcze w poduszce. Rodzina rozmawia o bliskich. Czy ktoś nie widział, nie wie, w jakim obozie, gdzie wywieźli, czy jest szansa na powrót z okupacyjnej poniewierki?
    Mijają lata, dzieci rosną. Dorośli pilnują, żeby za bardzo nie dokazywały, żeby bezmyślnie nie niszczyły książek, zeszytów, ubrań, a zwłaszcza pamiątkowych przedmiotów. Mnie też to dotyczy, nikt po mnie nie rysuje, nie gra na mnie jak na bębnie. Dni mijają szczęśliwie. Uczestniczę w miłych spotkaniach, już i młodzież tańczy ze starszymi w niedzielne popołudnia.
    Nagle i ta najmłodsza dziewczyna dumnie podaje gościom podczas przyjęcia herbatę i kawę, oczywiście na mnie. Jestem niezbędna przy wszystkich uroczystych okazjach, jak: imieniny, zaręczyny, urodziny, chrzciny, święta. Niestety, są i smutne okazje, jak spotkania po pożegnaniu na zawsze bliskich z rodziny.
    I oto znów następne pokolenie „moich” właścicieli dorasta do ślubu i narodzin dzieci. Jestem potrzebna nie tylko w Łodzi, jadę do Kowar, aby swoją obecnością uświetnić przyjęcie po chrzcie następnej maleńkiej istotki. A to już piąte pokolenie, które poznaję. Wracam jednak do Łodzi, gdyż córka mojej właścicielki uważa, że pamiątki po przodkach mają swoje stałe miejsce : w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej na I piętrze od frontu i powinny z nią pozostać do końca jej dni. Nadmieniam, że moja właścicielka jest właśnie tą dziewczyną, która po zakończeniu wojny była przyniesiona w poduszce i ona też po kilkunastu latach dumnie podawała gościom herbatę. Jesteśmy ze sobą bardzo zżyte!

    Fotografia

    opublikowano: 2014-12-15 17:18:35

    Prof. Michał Kuziak zwrócił uwagę na niejasność tej opowieści, która budzi zaciekawienie oraz na fragmentaryzację oddającą porządek wywoływania przeszłości z pamięci. Niezwykłe jest też towarzyszące tekstowi zdjęcie.

    Pani Joanna Kanicka otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych w naszym konkursie.


    kalisz

    Fotografia z nieistniejącym fragmentem Kalisza

    Przed Anną dylemat. Które wspomnienie jest dla niej najważniejsze, a które przyśpiesza rytm pamięci serca. Nie radzi sobie z odpowiedzią na tak postawione pytanie. Każde przeżycie ma inną historię, inną puentę. Wspólną nicią łączącą wiele wątków, są wydarzenia, które miały miejsce w dwóch z trzech domów z fotografii z około 1930 roku. Były one dla niej miejscem pierwszych kroków, pierwszych wypowiedzianych i napisanych słów i dalszych losów, których skutki towarzyszą jej do dziś. Ta zwykła fotografia ma niezwykłą moc, która wpływa na emocje Anny. Przywodzi tajemnicę, przed nią zakrywaną, chociaż jest tajemnicą poliszynela.

    Ojciec Anny, Marian Unisławski (1893-1937), był przystojnym mężczyzną. Na fotografii z domami, stoi przed swoim sklepem wędliniarskim, w białym kitlu, w towarzystwie czeladnika Józia. Zdjęcie z domami jest dla niej wyjątkowe. Budzi wiele emocji, być może dlatego, że domy pamięta, a ojca nie.

    Ten, który marzył o potomstwie, tak podobno mawiał, niestety, niespodziewanie dla nikogo, zmarł na "galopujące suchoty". Chodzi o ostre zapalenie płuc. Nie było ratunku. Przeżył 44 lata. Zmarł w ciągu kilku dni. Na zdjęciach z pogrzebu kondukt można by porównać do pospolitego ruszenia. Na szerokiej ulicy Górnośląskiej, od Zegara na Rogatce, do cmentarza, przez całą szerokość jezdni, łącznie z chodnikami, nieprzeliczone tłumy. Ojciec był znanym w Kaliszu filantropem i wytwórcą bezkonkurencyjnych wędlin.

    Anna zna ojca tylko z fotografii, zwłaszcza w trumnie, gdzie jej poważna dwuletnia buzia patrzy na niego jak w obraz (1937 r.).

    Pamięta, jak często, jako mała dziewczynka, z tak zwaną Marysią – szeptano, że z jej prawdziwą matką – odwiedzały reprezentacyjny Grobowiec Rodziny Unisławskich, usytuowany w centralnej części Cmentarza Miejskiego, który jest jedną z najstarszych nekropolii, nie tylko w Kaliszu, ale także w Polsce – 1807 rok założenia. Jest pomnikiem tzw. sztuki sepulkralnej, przejawiającej się charakterystycznymi zdobieniami miejsc pochówku i rozwiązaniami przestrzennymi.

    Fragment ulicy Lipowej w Kaliszu widoczny na powyższym zdjęciu, już nie istnieje wraz z jego ogrodami. Był on dla Anny całym światem dziecięctwa i wczesnej młodości (1935-1953).

    Skromne, parterowe, kryte papą, o spadzistych dachach, scalone bokami domy, kryły piękne, zadbane ogrody. Jej był pełen gości i tajemniczych zakamarków z ziemianką – schronem włącznie. Ogród sąsiadów Andrzejewskich, przylegający do ogrodu Unisławskich, był jeszcze piękniejszy. Dzieliła je tylko siatka, więc w czas kwitnienia drzew i krzewów był to raj dla płuc i skołatanych wojną ludzi; była to cudowna oaza przetrwania. Ogród Unisławskich miał, poza częścią warzywną, drzewa zimowych jabłoni, orzech włoski o pięknej koronie, wiele krzewów porzeczek, agrestów i malin, pod którymi, z dziećmi z sąsiedztwa z trzypiętrowej kamienicy i oficyny z małym podwórkiem-studnią, i z kuzynami (Bińczykami Z.M i A), dla których naprawdę była ciocią, szukała w Święta Wielkanocne brązowych od łupinek z cebuli jajek – prezentów od "zajęczej mamy". Były to niezapomniane harce, powodujące ogromny apetyt i radość na wyjątkowym świątecznym śniadaniu w licznym gronie dzieci z sąsiedztwa.

    Gdy Anna miała 4 lata, na początku wojny 1939 roku, pod jej oknami zgromadziła się duża grupa ludzi, w oczekiwaniu wiadomości radiowych albo raczej komunikatów na temat wybuchu wojny.
    Zdarzenie to jest pierwszym zapamiętanym faktem z jej wczesnego dzieciństwa. W tym czasie radioodbiorniki posiadało jeszcze niewiele rodzin.

    Następnego dnia z tobołkami wyruszyła z ciocią Antoniną Mikszakową i chorą (zawansowany artretyzm) metryczną mamą, Marianną Unisławską, żoną jej ojca, którą przedstawiano, jako jej matkę. Wędrowały do Rajska – wsi koło Kalisza, gdzie mieszkała rodzina Dobrowolskich – właścicieli wspomnianej kamienicy (jej bok i fragment oficyny widać na zdjęciu), z którą do czasu śmierci ojca Unisławscy utrzymywali towarzyskie kontakty.

    Ciekawostką jest spotkanie po pięćdziesięciu latach, ponieważ w 1954 roku Anna wyjechała na stałe z Kalisza. W 2004 roku przyjechała na zjazd koleżeński dawnego Liceum im. Anny Jagiellonki. Przy okazji wstąpiła do kamienicy w poszukiwaniu Gieni K. Nowa lokatorka skierowała Annę do właścicielki. Zastała ją w domu. Na dźwięk nazwiska Unisławska, okrzyki radosnych powitań mile ją zaskoczyły. Po blisko siedemdziesięciu latach (67), nazwisko Ojca w zaprzyjaźnionej kamienicy wciąż żyje.

    Serwis do kawy

    opublikowano: 2014-12-14 18:52:16

    I znów oddajemy głos jurorce, Barbarze Sułek-Kowalskiej: "Autorce udała się duża rzecz: opowiadanie o pięknych filiżankach z przedwojennego ślubnego prezentu napisane jest bardzo powściągliwie, ale mówi o wielkich emocjach. Są tu: ślub „amerykański”, wojna, straszna choroba matki, łajdactwo lekarza. Efektowna pointa zawiera też czytelne przesłanie: nie wolno zgadzać się na zło.

    Pani Maria Kalinowska otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych w naszym konkursie i bardzo zachęcamy do przeczytania jej tekstu. A jego główny bohater, serwis do kawy, nadal prezentuje się znakomicie, proszę tylko spojrzeć!

    serwis

    W moim starym wiejskim kredensie stoi porcelanowy serwis kawowy. Sześć maleńkich filiżaneczek (na dwa łyki kawy), sześć takowych spodeczków, dzbanek o pojemności najwyżej dwóch szklanek, mała pękata cukierniczka i dzbanuszek do mleka oraz taca, na której te prześliczne elementy się mieszczą.
    Serwis wykonany w chińskim stylu z bardzo cienkiej porcelany, wielobarwny, ale kolory nieco przygaszone, ozdobiony postaciami mandarynów chińskich. To, co najbardziej charakterystyczne dla tego dziełka sztuki ceramicznej, to duża ilość złoceń. Złoto wypełnia wnętrza filiżanek i inkrustuje powierzchnie zewnętrzne. Dziś już nieco wytarte przez częsty ceremoniał parzenia i picia kawy. Cudo!

    Serwis ten był świadkiem naszej historii rodzinnej, tej chwalebnej i tej bolesnej.

    Był rok 1933, dzień 5 lutego. Śliczna Zochna Sieczkowska, córka kamienicznika, wychodzi za mąż (w aurze sensacji) za bogatego Amerykanina polskiego pochodzenia.

    Ach, co to był zaślub!!
    Choć deszcz lał nietypowo jak na tę porę roku (wróżąc nieprzychylność losu nowożeńcom), tłum złożony z członków rodziny, przyjaciół i znajomych uczestniczył w tej ceremonii, składając życzenia i prezenty ślubne. Wśród nich znalazł się bohater mojej opowieści – secesyjnie piękny, filigranowy serwis do kawy.

    W 1939 roku, tuż po wybuchu wojny, rodzina moja zaczęła pakować i chować droższe lub mające dużą wartość sentymentalną przedmioty. Pakowano je starannie w drewniane skrzynki i zakopywano w piwnicy i ogrodzie. Tam też znalazł schronienie ślubny serwis mojej mamy.

    Tę część historii znam tylko z opowiadań mamy, która często, chętnie i ze szczegółami dzieliła się z nami swoimi wspomnieniami, zmieniając je i koloryzując. Lubiliśmy to wszakże ogromnie.

    Moje autopsyjne pierwsze spotkanie z tym serwisem kawowym, które od czasów dziecięcych noszę w pamięci, to powojenne odkopywanie ukrytych rodzinnych skarbów. Wyjmowane z zabrudzonej ziemią skrzyni, odwijane z papierów i tkanin, porcelanowe cudeńka zostały przeniesione na blat bufetu. A były to pozostałości po dębowym kredensie, którego nadbudowa została poświęcona (w dosłownym tego słowa znaczeniu) na utrzymanie ogniska domowego.

    Po niedługim czasie serwis ten staje się jedynym świadkiem minionego statusu naszej rodziny, bowiem inne przedmioty są po kolei wyprzedawane.
    - Przecież z czegoś musimy żyć i wychować dzieci - usprawiedliwiała swoje handlowe przedsięwzięcia mama.

    Innym razem zapewniała: - Ale serwisu na pewno nie sprzedam, dostanie go moja córka w prezencie ślubnym.

    W latach pięćdziesiątych mama zachorowała na stwardnienie rozsiane. Ta pełna życia i wigoru młoda jeszcze kobieta - znieruchomiała. Przestała pracować, nie opuszczała domu. Otrzymała rentę chorobową, z której nas utrzymywała poniżej granicy ubóstwa. Renta ta była co pewien czas weryfikowana komisyjnie. Ponieważ mama nie była w stanie opuścić mieszkania, to „komisja” przychodziła do nas. Przybył młody, dobrze ubrany pan doktor, rozejrzał się po naszym skromnym mieszkaniu i oczywiście wzrok jego zawisł na serwisie.
    - O, jaki piękny serwis! Ja jestem wrażliwy na takie piękne przedmioty.
    Mama podziękowała za komplement.
    - Za taki piękny serwis jestem gotowy wydać pani bardzo korzystne orzeczenie lekarskie, które spowoduje, że pani renta ulegnie znacznej podwyżce - stwierdził „wrażliwy na piękno” młody przedstawiciel ówczesnej inteligencji.
    - Niech pan doktór napisze, co panu wiedza i sumienie wskazuje. Serwis jest przeznaczony dla mojej córki - odpowiedziała moja niezłomna mama.
    Renta jej pozostała w niezmienionej wysokości.
    - Dlaczego mamo nie zgodziłaś się na jego propozycję. Przecież wiesz, jak jest nam ciężko - próbowałam się buntować.
    - Bo tak się nie robi, po prostu… - zakończyła mama dyskusję.
    A ja otrzymałam od mamy serwis i przesłanie na całe moje życie: nie wolno godzić się na zło, nawet jeśliby to bolało.
    A zazwyczaj boli…

    Zdechły kot i tekturowa walizka

    opublikowano: 2014-12-14 18:32:27

    Jak napisała Barbara Sułek-Kowalska: "zaskakujące zestawienie w tytule nie prowadzi nas w świat groteski. Wręcz przeciwnie, autorka zręcznie buduje napięcie, aby w końcu pokazać czytelnikowi zawartość walizki. Stare listy i fotografie sprawią, że ożyje dom, który uważała za bezbarwny, bezduszny i ponury. Bardzo zręcznie ukryty morał".

    Zachęcamy więc do przeczytania tekstu pani Barbary Filipowicz-Zarębskiej, która otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych w naszym konkursie!


    Zdechły kot i tekturowa walizka

    W sennej uliczce kółka walizki głośnym terkotem ogłaszają powrót Lucyny do domu.

    W niskiej zabudowie przedwojennych willi, otoczonych z rzadka tylko pielęgnowanymi ogrodami, sen przychodził tuż po zmroku. Większość mieszkańców to ludzie w podeszłym wieku, którym monotonne dni uporczywie odmierza głośne tykanie zegarów.

    Kiedy przed laty sprowadziła się tu, do mieszkania męża, była nieco przygnębiona miejscem, gdzie mieli odtąd wieść wspólne życie. Lubiła jasne, przestronne wnętrza, wszelkie zbędne przedmioty rozdawała lub wyrzucała. Uważała, że czas teraźniejszy ma tyle do zaoferowania, że nie warto zajmować się zakurzoną, nadgryzioną przez mole przeszłością.

    Lucyna cicho otworzyła drzwi. Od progu powitał ją mdlący, trudny do zniesienia zapach. Obudziła męża, którego zmysł powonienia od dawna przeszedł na emeryturę, natomiast ją wiele zapachów przyprawiało o migrenę.

    Dom, w którym mieszkali, wybudowany został tuż przed wojną przez dziadka Eustachego. Wewnątrz był wielokrotnie przebudowywany i dzielony na mniejsze mieszkania. Kiedy dzieci wyprowadziły się na swoje, wyremontowali dwa duże pokoje i tam urządzili sobie przytulną przestrzeń.

    Reszta domu, szczególnie suterena, pełna była zakamarków, drzwi, za którymi niespodziewanie wyrastał ceglany mur, starych szaf – zbyt ciężkich i dużych, aby dało się je wynieść wąskimi schodami. Rzadko zaglądali więc do tego królestwa kurzu i pajęczyn.

    Niestety, brzydki zapach wydobywał się właśnie stamtąd. Uzbrojeni w latarkę i czujny nos Lucyny zaczęli przeszukiwać pomieszczenia w nieużywanej części domu. Za wielką starą szafą znaleźli właściciela tego upojnego aromatu. Był to zmumifikowany kot, który prawdopodobnie po zjedzeniu trutki na szczury, schował się w ciemnym kącie, by dokończyć żywota. Aby go wydostać, musieli odsunąć ciężki mebel. Nie udało się tego zrobić bez wyjęcia jego zawartości. Wśród pudeł i rupieci natknęli się na zniszczoną tekturową walizkę. Uszkodzony zamek odskoczył z trzaskiem i jej zawartość rozsypała się na podłogę.

    Następnego dnia Lucyna postanowiła uporządkować fotografie, kartki pocztowe i przewiązane tasiemkami paczki listów, które przeleżały wiele lat we wnętrzu tekturowej walizki. Bezwiednie zaczęła przeglądać zdjęcia, odczytywać pozdrowienia z wakacyjnych widokówek. Równym i ładnym charakterem pisma Hanki zaczęły napływać wydarzenia i ludzie żyjący niegdyś w tym domu.

    Świt rozproszył światło nocnej lampki, przy której Lucyna ze łzami w oczach czytała wojenne wspomnienia młodziutkiej Hanki – o tułaczce i ciężkiej pracy na terenie Niemiec, o tym, z jaką determinacją walczyła, aby nie rozdzielono jej z chorym ojcem. Wreszcie o nocy, kiedy seria w okna z karabinu maszynowego postawiła na nogi cały dom. Wśród odłamków potłuczonego szkła leżał na podłodze, w samej tylko bieliźnie, jej ukochany brat. Z rozbitej głowy sączyła się krew. Tak jak stał, został zabrany z domu i brutalnie wepchnięty do samochodu Gestapo.

    Hanka, wtulona w ciepłą jeszcze pościel na łóżku brata, szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w rozgwieżdżone zimowe niebo, które obojętnie trwało w swoim majestacie. Nigdy więcej nie zobaczyła swojego brata bliźniaka, Wiesławka, zwanego w domu Sławkiem.

    Wśród listów Lucyna odkryła też zabawne historie, chociażby taką: Hanka wraz z małymi wtedy jeszcze synkami spędza wakacje w Sopocie. Na plaży zauważa młodą, wilkowatą sunię, która całymi dniami biega wśród plażowiczów, pije słoną morską wodę i wyjada resztki z koszy na śmiecie. Przygarnia ją i przez miesiąc ukrywa jej istnienie przed mężem. Zobowiązuje dzieci do utrzymania tajemnicy. One aż drżą z dumy i radości, że będą miały własnego pieska. Topsi była ukochanym psem całej rodziny, panoszyła się w warszawskim ogrodzie i wiernie strzegła domostwa.

    Lucyna poczuła, jak jej dom ożył. Ze zdumieniem przeglądała stare fotografie, rozpoznając ludzi z opowiadań Hanki, którzy - tak jak lubiła ona - wystawiali na tarasie, jej tarasie, twarze do wiosennego słońca. Ogród na przedwojennych fotografiach był wielkim trawnikiem z kilkoma małymi drzewkami. Duży taras domu dziś osłania potężna korona starej moreli, która raczy co jakiś czas najsłodszymi owocami na świecie.

    Lucyna nigdy nie poznała osobiście Hanki – matki swojego męża - ale zdechły kot i tekturowa walizka pozwoliły jej poczuć się częścią czegoś większego, połączyć przeszłość z teraźniejszością.

    Krasnalek na choince

    opublikowano: 2014-12-14 17:40:34

    "Zauroczyła mnie ta historia poniekąd smutna, ale tak pełna miłości, że nie mogłam się z nią rozstać. Jak większość nagrodzonych prac, bardzo powściągliwa w opisie uczuć, pełna za to niewidocznych na pierwszy rzut oka treści. Może dzięki konkursowej publikacji tytułowy krasnalek, o którym autorka pamięta od 75. lat, zostanie wreszcie zidentyfikowany?". Tak o tekście pani Jadwigi Małkowskiej napisała nasza jurorka, Barbara Sułek-Kowalska. Okazało się, że pozostali jurorzy mieli podobne wrażenia i postanowili autorce tej przejmującej, bardzo prostej opowieści, przyznać nagrodę dodatkową, którą sami ufundowali.

    Jurorom dziękujemy, pani Jadwidze Małkowskiej gratulujemy, a wszystkich Państwa zapraszamy do lektury!


    Są sprawy, których się nie zapomina. Przykładem tego będzie krótki fragment mojego dzieciństwa, życiorysu, dotyczący pięknego wiersza „Krasnalek na choince”.

    Przez pięć lat wychowywałam się w sierocińcu prowadzonym przez Zakon Sióstr Szarytek przy ul. Sierocej 15 w Lublinie.
    Trafiłam tam ze szpitala przy ul. Biernackiego, gdzie zaprzyjaźniłam się z pielęgniarką. Była siostrą zakonną, nazywała się Helena Bzura.

    Z mojego domu nikt mnie nie odwiedzał w szpitalu.
    To Ona po przebytej chorobie odwiozła mnie do domu przy ul. Leśnej 19.
    Zobaczywszy ekstremalne warunki mieszkaniowe i materialne, w jakich przyjdzie mi żyć, nie chciała zostawiać dziecka w ciemnej i wilgotnej suterenie z małym okienkiem, przez które widziało się nogi przechodzących ulicą ludzi, a do oświetlenia służyła lampa naftowa.
    Siostra Helena zobaczyła również czworo starszego ode mnie rodzeństwa.
    Kurczowo trzymałam moją opiekunkę, nie chcąc się z Nią rozstawać.
    Zostałam więc umieszczona w sierocińcu.
    Siostra Helena bywała tam częstym gościem. Oprócz świadczeń medycznych bawiła się z dziećmi. Pomagała też organizować różne imprezy.
    Pamiętam Jasełka wystawione na scenie w 1936 r., miałam wówczas trzy lata i grałam zaszczytną rolę Dzieciątka Jezus. Był to eksperyment, bo dziecko, a nie lalka, zajęło miejsce w żłóbku.

    Przed rozpoczęciem wojny hitlerowskiej Siostra Helena została służbowo przeniesiona do pracy w województwie warszawskim, a krótko po tym, w 1939 r. matka zabrała mnie do domu.
    W czasie mojego pobytu w sierocińcu powiększyła się rodzina. Urodziły się jeszcze dwie siostry i matka ciągle chorowała, byłam jej potrzebna do pomocy. Miałam już 8 lat! A starsze rodzeństwo zostało wysłane do pracy na wieś.
    Zaczął się nowy rozdział w moim życiu.

    Siostra Helena Bzura, przed wyjazdem do Warszawy, nauczyła mnie pięknego wierszyka „Krasnalek na choince”. Traktowałam to jako prezent pożegnalny. Utrwalałam wiersz w pamięci w domu, deklamowałam dziesiątki razy przy różnych okazjach w szkole, w przedszkolach.
    Nie wiem, kto był autorem wiersza, może sama Siostra Helena?
    Będę wdzięczna za każdą informację.
    W 2004 r. po raz pierwszy przelałam ten wiersz na papier. Pragnęłam, aby bohater wiersza żył nadal tu, na Ziemi, kiedy ja udam się w podróż, z której już się nie wraca.
    Postanowiłam bezinteresownie rozpropagować mój ukochany wiersz z okazji Świąt Bożego Narodzenia.

    P.S. Z Siostrą Heleną Bzurą po jej wyjeździe do Warszawy nigdy się już nie spotkałam. Korespondencję od Niej oraz inne pamiątki przechowuję jak relikwie do dnia dzisiejszego. Ostatni list otrzymałam z Góry Kalwarii koło Warszawy, wysłany 14.IV.1944.

    Usiadł w gęstych igiełkach
    Światełkach, świecidełkach
    Tuż tuż przy korze
    O wieczornej porze
    Cichutki skrzatek
    Przyjaciel dziatek
    Powiernik lalek
    Krasnalek!
    [fragment wiersza]

    Lalka Selma

    opublikowano: 2014-12-13 19:54:54

    Pani Agnieszka Weyssenhoff otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych w naszym konkursie literackim. Zdaniem prof. Michała Kuziaka, jednego z jurorów, na uwagę zasługuje zdolność obserwacji, wydobycia szczegółu, a także wartka konstrukcja opowieści.

    A my, dzięki autorce, możemy spojrzeć na wojenny Kraków oczami bystrej dziewczynki i poznać tajemniczą Krysię Wesołowską, która raz ma krótkie, jasne włosy, raz długie, ciemne, a raz rude, obcięte na jeżyka.

    Zachęcamy do przeczytania opowieści, w której celuloidowa lalka Selma pojawia się i znika na zawsze.


    Czuję, że będę pisała chaotycznie, tak jak mi się nasuwają różne myśli sprzed wielu lat; i raczej fonetycznie dla tych, którzy będą to teraz czytali, to nie aleja Focha, tylko Fosza.
    Urodziłam się tuż przed wojną w Krakowie, ale żadnych okropności wojennych nie pamiętam, bo w samym Krakowie nie było poważnych działań wojennych. Mieszkaliśmy wzdłuż słynnych Błoń Krakowskich na Alei Fosza nr 5. Była to bogata dzielnica willowa, więc Niemcy zaraz zarekwirowali tam mieszkania dla siebie, a na Błoniach było lotnisko dla małych samolotów.
    Widzę, że nie będę dużo pisać o mojej rodzinie, bo bym się zanadto rozgadała tylko o dobrych Niemcach i małych Żydóweczkach.
    U nas stacjonował taki wysoki urzędnik Generalnej Guberni w dzisiejszej Akademii Górniczo-Hutniczej na Alejach Mickiewicza. Nazywał się Johan Fiszer. Sam Ojciec mówił o nim „Fiszunio”, bo zawsze powiadamiał, kiedy go nie będzie, żeby tatuś mógł na jego radiu nasłuchiwać stacji zagranicznych, za co i jednemu, i drugiemu groziłaby kulka w łeb! A ja mówiłam do Mamy: „ja wiem, że my nie lubimy Niemców, ale kochamy pana Fiszera, prawda?”.
    Kiedyś skłamał mojej Mamie, że była jakaś pani i zostawiła dla niej dwie butle oliwy. Pamiętam jak kiedyś Mama całą noc pakowała do wielkiego kufra wszystkie nasze kołdry, ubrania, garnki itp., bo gdzieś nas wysiedlali, ale pan Fiszer wstrzymał tę wywózkę, bo orzekł, że u nas świetnie się stacjonuje…
    Jak byłam u Pierwszej Komunii Świętej bardzo się wzruszył, że ma taką córeczkę w Berlinie, ucałował i dał mi pomarańczkę! To było wówczas nieosiągalne dla nas. Podzieliłyśmy z Mamą po jednej cząstce na wszystkie dzieci.
    Jak byłyśmy małe, zbierałyśmy na Błoniach tzw. „psie pieczarki”. Mama gotowała z nich taką papę a kartoflami i z oliwą, czasem nawet bez soli, ale to było wspaniałe! Kiedyś potem poprosiłam, żeby jeszcze ugotowała, ale powiedziała, że to było wstrętne: „jadłaś, bo byłaś głodna”.
    Od najmłodszych lat pamiętam ten marsz hitlerowców i śpiew: „Haj li, Haj lo, Haj lo, lo, lo…”. To dziwne, ale moja starsza siostra tego nie pamięta. Ja natomiast jej zazdrościłam, że tak się NAŻYŁA przed wojną, bo miała 5 lat i pamiętała banany…
    W naszym domu w suterenie mieszkała Austryjaczka – moja kochana pani Tarłowska (Tarłosia), która miała męża Żyda. Ukrywała go za szafą ustawioną na róg w tej kuchni. Naturalnie świetnie mówiła po niemiecku i wspaniale gotowała. Niemcy przynosili jej swoje produkty i przychodzili do niej na wyżerki. Mnie też zapraszała np. na pyszne kulki z margaryny i owsianego kakao.
    Widziałam buty pod szafą, a nawet słyszałam szepty: „chcę już nogi rozprostować, już bym coś zjadł”. Ja wiedziałam, że tam siedzi Tarłoś. Ale Mama była przerażona, że 4-letnie dziecko tak umie dochować tajemnicy!
    Moja starsza o dwa lata siostra urodziła się w Wilnie, gdzie mój Ojciec był profesorem USB – Uniwersytetu Stefana Batorego – a moje wścibskie koleżanki posądzały mnie, że pracował w Urzędzie Bezpieczeństwa za komuny, a przecież nigdy nie należał do partii PZPR.
    Przez wiele lat moja siostra była „podejrzana klasowo”, bo urodziła się z ZSRR, dopiero po upadku komuny mogła zmienić metrykę: „urodzona w Wilnie”.
    Tatuś zaraz zajął się tajnym nauczaniem. Koło kuchni była tzw. „służbówka” – pomieszczenie dla służącej, nieogrzewane, może dwa metry na trzy, łóżko i mała szafka – bo co tak służąca mogła wymagać od „jaśnie państwa”. Już wtedy jako dziecko czułam tę niesprawiedliwość! Ten pokoik był zawsze zamknięty na klucz. Raz nam, dzieciom, pozwolono tam zajrzeć: bardzo wysokie stare budownictwo, aż po sufit zawieszone tablicami, papierami, przyrządami geometrycznymi. Ojciec i doktoryzował, i habilitował z prawdziwymi pieczęciami Uniwersytetu Jagiellońskiego – czasem nawet ze czterech panów tam się z nim zamykało na klucz.
    Ale nie wiem, czy Mama nie działała w jeszcze ważniejszej sprawie, bo ratowała ŻYCIE małym Żydóweczkom! Początkowo nie zdawałam sobie sprawy o co chodzi. Miałam trzy, cztery, pięć lat.
    Wiele strasznych rzeczy Mama powiedziała nam dopiero po latach, jak byłyśmy dorosłe.
    Byłam zazdrosna, że muszę spać sama w zimnym, twardym łóżeczku z drabinkami, a jakaś obca dziewczynka śpi z moją Mamą w wielkim, ciepłym łóżku. Mama mi tłumaczyła, że ona jest bardzo biedna, nie ma ani mamusi, ani tatusia.
    Moja siostra zapytała raz przy obcych podejrzanych ludziach i volksdojczach: „dlaczego każda dziewczynka, która do nas przychodzi mieszkać, nazywa się Krysia Wesołowska?”. Na szczęście pomyśleli, że dziecko coś bredzi. Po prostu Mama miała możność dostawania polskiej metryki tylko na 5-letnią Krysię Wesołowską. Była u nas chyba około tygodnia. Uczyło się ją pacierza, nowego imienia i nazwiska, i gdzieś szła dalej w obce ręce…
    Byłam bardziej spostrzegawcza, niż moja starsza siostra. Nikomu nie mówiłam, ale dziwiłam się, dlaczego ta każda Krysia raz ma krótkie jasne włosy, raz długie ciemne, a raz rude, obcięte na jeżyka.
    Kolejarze krakowscy odczepiali po jednym wagonie z tymi dziećmi z Zamojszczyzny, które Niemcy gwałtem odrywali od rodziców i wieźli na zniemczenie do Niemiec. Jakąś pocztą pantoflową dowiadywały się rodziny krakowskie, żeby natychmiast pędzić na dworzec. Podobno dużo dzieci uratowano w ten sposób.
    Raz pamiętam, jak moja Mama wzięła moje ciepłe ubranka, buty, czapkę, że przywiezie nam biedne dziecko, które może nic nie mieć. Ogromnie cieszyłyśmy się z siostrą i dołożyłyśmy jeszcze zabawki! Potem Mama wróciła, że niestety dziecka nie było… Dopiero po 20 latach powiedziała nam, że przyjechały zamarznięte w jedną wielką bryłę. Kolejarze odstawili wagon, aż gdzieś na łąkę, aż do wiosny… a potem urządzono z narażeniem życia wielki, zbiorowy pogrzeb niewinnych dzieci.
    A ja chwilami piszę o Dobrym Niemcu, którego wzruszyło małe dziecko, jakim byłam!
    Czy dziękować Dobremu Bogu? Chyba dużo w życiu przeżyłam, ale nie akurat w czasie wojny… Taki mój los!
    Kiedyś ten pan Fiszer załadował ciężarówkę swoimi niemieckimi dziećmi, chciał je wieźć – nie wiem – chyba – do Berlina? Ale myśmy z siostrą też tam wsiadły. Mama szukała nas przez 12 godzin! A potem przyprowadził nas za rękę do niej.
    A po jednej małej Żydóweczce została celuloidowa lalka, która nazywała się Selma. Była cała z mocnego, twardego, zimnego celuloidu. Wtedy nie było jeszcze lalek z włosami, ale poruszała rączkami i nóżkami. Jeszcze długo potem bawiłyśmy się tą Selmą razem z siostrą, a potem odziedziczyła ją moja mała brataniczka w Krakowie. „Mała” Marysia ma już 28 lat! Prosiłam, żeby dobrze przeszukała swoje rzeczy, po licznych przeprowadzkach, ale już jej nie znalazła.
    I jeszcze jedna rzecz na koniec mi się przypomniała, chyba to napiszę. Wielu profesorów w Krakowie ukrywało przez całą wojnę profesora Wertensztejna, chyba był fizykiem teoretycznym. I jak wybuchła wolność, wybiegł radośnie z kryjówki na most Dębnicki i tam go dopadła jakaś zabłąkana kula czy raca i wpadł do wody! Do Wisły…

    Chociaż nożyce...

    opublikowano: 2014-12-13 18:05:06

    "Wartko i dramatycznie", "świetnie skonstruowana historia", "efektowne zakończenie", "zręczny zabieg" - jurorzy w czasie obrad prześcigali się w komplementowaniu tekstu pani Bożeny Leonarcik, której postanowili przyznać jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych. Autorce dziękujemy za tę opowieść i jesteśmy pod wrażeniem lekkości pióra.

    Zachęcamy do lektury!


    Chociaż nożyce…

    - A mój dziadek to jest bohaterem! Jest bohaterem i koniec! – woła Staś.
    - A do mojego dziadka strzelali! Wiesz? Uciekał – mała Martynka unosi palec do góry jakby w ten sposób miała udowodnić, że jej dziadek jest ważniejszy.
    - Uciekał? Kto go gonił? Twój dziadek był złodziejem? – śmieje się Staś.
    - Dziadku, dziadku, a Staś to przezywa cię. Powiedz mu coś! – krzyczy Martynka.
    - Leon! – woła prababcia Martynki, Jadzia. – Leon, chodź tu, co tam robisz, wołam cię i wołam, co tak wolno chodzisz, o Matko Boska!
    - Słyszę, co to za krzyki? – pradziadek Martynki chętnie opowie wnuczce i jej koledze o strzelaniu, ucieczce i o nożycach (są zwyczajne – krawieckie, a przecież jak ważne).
    - Tak było - zaczyna opowieść pradziadek Leon. – Strzelali. To było na granicy polsko-radzieckiej, zaraz po wojnie. No. Marzec 1946 roku. Stacja kolejowa. Prowadzę konia pani Trubejkowej, trzymam go za uzdę, wyrywa się, ale zaraz wciągnę go do wagonu. Pod pachą ściskam nożyce i tobołek z chlebem i słoniną. Halina dźwiga pierzynę, jej matka taszczy wypełniony prowiantem kosz, Józia popłakuje ścicha. Są to znajomi z sąsiedniej wsi, Trubejkowie: moja koleżanka, Halina, jej matka i służąca. Zgodzili się przypisać mnie do rodziny, abym mógł z nimi wyjechać do Polski. Jak to skąd wyjechać? Z Polski – ale po wojnie to już był ZSRR. No to mamy jechać. Trzeba dostać się do pociągu. Jest noc, pociąg stoi w polu. Ludzie wciągają do wagonów bydło, wozy, kosze… Nagle, co jest? Krzyki, ludzie uciekają…
    - Ot, wy! Job wasza mać! Wy biełyje mordy! Ja was wsiech wystrielaju!
    I już strzały! Tupot ciężkich butów… To pijane ruskie żołnierze: wściekłe, śniade twarze, skośne oczy, rozpięte płaszcze i te karabiny w nas wymierzone. Piff…! Puff…! Wiijuu…!
    Uciekać! Uciekać! – myśli biegną szybciej. Lecę. Inni też. Schować się! Gdzie? Puste pole i pociąg. Szybko do wagonu! Szyyybko! Jeszcze kilka susów. Krzyki, przekleństwa nie ustają: - Ot, Poliaczki! Job wasza mać! Kuda wy? Stop, wy duraki! Nielzja! Polskije pany! My wam mordy obijem, ubijem was, Poliaki.
    Jest. Jest wagon. Wskakuję. Strzały. Wrzaski: O Jezu! Ratunku! Strzelają! Pociąg rusza. Ktoś - chłopak - chwyta się ramy. Wyciągnięte ręce. Upadnie? Nie. Mężczyźni wciągają go do środka.
    Jedziemy. Rozglądam się za swoimi. Są. I koń też. Jedziemy, już dobrze. Jedziemy. Opieram się o ścianę. Myślami powracam do wydarzeń z ostatnich tygodni.
    Zima 1946 r. Mojego tatkę wezwali towarzysze (to tacy ludzie, którzy nie modlili się do Boga, ale do Stalina; jego portrety, duże, wisiały w urzędach). Tatko posłusznie stawił się w obwodzie. Urzędnik dał mu paszport, w którym stało (czyli było napisane): „Czeglik Kazimierz Kazimirowicz, Rosjanin”. Tatko nie przyjął dokumentu: - Ja Polak – powiedział. Za trzy tygodnie znowu musiał iść po paszport: „Czeglik Kazimierz Kazimirowicz, Biełorus”. A tatko swoje: - Ja Polak, to nie jest mój dowód.
    Tak… Polak… Ja, moja mateńka i tatko oraz rodzeństwo mieszkaliśmy w Polsce, w Jędziliszkach koło Wilna. Tam urodziłem się 20 lutego 1924 roku. Po wojnie okazało się, że mieszkam w ZSRR, chociaż z Polski – z Jędziliszek – nie wyjeżdżałem. Teraz jadę. W kieszeni kurtki mam zdjęcie mojej chaty. Łąka, sad, stodoła, a za nią rzeka. Łowiłem tam raki… sam, albo z chłopakami od sąsiadów… Jarzębina przy płocie… ładna. „Jarzębino czerwona, któremu serce mam dać. Jarzębino czerwona biednemu sercu radź”. Piosenka też ładna… No i z tego domu przyszło mi uciekać… Ech…
    Sługusi Stalina zabierali młodych Polaków do ruskiego wojska. Jak kto poszedł, to i przepadł.
    Raz przychodzą i po mnie. Tatko mówi im: - Ni ma synoka doma.
    - Jemu nada postupat w sołdaty. Budiem żdat jewo w obwodie - i poszli.
    Został strach.
    Za trzy dni są. Przychodzą znowu. Tym razem w nocy. Śpimy, a tu łomotanie do drzwi: - Otwiraj! Uże bystro! Tatko woła: - Otwieram, idę, idę…
    A ja jednym susem już jestem w piwnicy za ścianą! Tylko słyszę przesunięcie koszyka z ziemniakami – to mateczka tak ukrywa właz. Łomot otwieranych drzwi; przepychanie, krzyk żołnierzy „gawari, gdie Leon, gawari…”, szarpanie tatki, rozrzucanie sprzętów, stłumiony szloch mamy, wyrzucanie posłania z zapiecka… Wreszcie zatrzaśnięcie drzwi, wychodzą. Słyszę, jak mateńka pospiesznie odsuwa koszyk… Już, już, synku… Tatko syczy: - Nie, nie! Zostaw to! Połóż się spać, Zosia, przykryj się. Sam włazi na zapiecek. Tatko wie, co robić!
    Rzeczywiście niezadługo żołnierze wracają, skradają się. Na próżno. Rodzina „śpi”. Ja tej nocy czuwam. Siedzę w mojej kryjówce do świtu. A ciepło nie było – luty!
    Co robić dalej? W domu już nie nocuję, ale trudno o kryjówkę, bo w całej wsi są rewizje.
    Znowu przychodzą, szukają mnie. Tym razem śpię w stodole, zakrywszy się snopami. Skrzypią wrota. Trzech? Czterech? Usta przyciskam dłońmi. Nie oddychać. Niech serce nie bije. Serce wali. Bagnety wbijają się w snopy: szast, szast… Po kolei miejsce przy miejscu, coraz bliżej. Tu. Już po mnie… znajdzie mnie. Już po mnie. Czuję bagnet: ostrze trafiło na opór mojego rękawa…! …? Krzyk? Nie. Bezruch. Cisza…??? A po chwili: Zdjes nikawo niet. Uchadim – co słyszę? Nie wydał mnie?!? Żołnierze wychodzą, ja zostaję pod snopami. Nie wiem co począć ze sobą. Mija dzień cały. Wychodzę z kryjówki o zmroku. W domu mateńka, tatko. Ona siwą swą głowę obejmuje dłońmi.
    – Muszę wyjechać – mówię.
    – Dokąd, synku, na poniewierkę pójdziesz?
    – Ucieknę za granicę, do Polski.
    A tatko na to: - Nie jedź – i odwraca twarz. I już nic nie mówi. Następują przygotowania: fałszywe dane w paszporcie, umowa z panią Trubejkową i najważniejsze: pożegnanie z rodziną. Czy kiedyś zobaczymy się jeszcze? Nie rozmawiamy na ten temat. Mateńka ukradkiem ociera łzy.
    – Wezmę maszynę do szycia, zarobię na życie krawiectwem, kożuch też przyda się.
    – Loniuś, w drodze potracisz. Nie bierz – przestrzega tatko.
    - To chociaż nożyce krawieckie zabiorę.
    Dwa tygodnie trwa podróż do Polski. I rzeka, i jarzębina, i tatko, i mateńka – tam, za granicą.
    Potem życie, wspomnienia i ciągle te same NOŻYCE. „Z domu wynosi się albo srebra, albo dobre wychowanie”, a ja mam nożyce - świadka tułaczki.
    - Koniec już tej opowieści! Wystarczy – tu babcia Jadzia przerywa dziadkowi. – Gadasz i gadasz. Nie lubię tego. Przynieś mi słoik z komórki. Mnie nogi bolą, a Ty jesteś zdrowy.
    – No i co, Stasiu, teraz wiesz, jak to było. Dziadek uciekł i już – podsumowała Martynka i zamyśliła się. Może chciałaby poznać dalsze losy pradziadka? Czy zdąży?

    Piłka

    opublikowano: 2014-12-13 18:01:24

    Pani Lucyna Drelinkiewicz, autorka tekstu o piłce, otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych w naszym konkursie literackim. To wartka opowieść z pewną dozą humoru, ale też poruszające opowiadanie o dziecięcej traumie, jak podkreślali jurorzy.

    Zachęcamy do lektury!


    Piłka

    Zdziwiłam się, gdy w bramie cmentarnej wpadłam na Marka. Ten zdziwaczały, trochę odrzucany przez resztę rodziny czterdziestoletni stary kawaler przecież nigdy nie chodzi na grób rodziców!
    - Cześć kuzynie, byłeś na cmentarzu?!
    - Pożegnałem się z piłką – odparł i umknął.
    Dopiero po kilku dniach zdecydował się ze mną porozmawiać. Marek miał chyba osiem lat – tak mu się dziś wydaje – gdy w liście poprosił świętego Mikołaja o piłkę. Na podwórku z chłopakami grali „w nogę”. Piłkę miał tylko Krzysiek. Prawdziwą, skórzaną, zszytą z brązowych prostokątów. Gdy Krzysiek był chory, albo mama za karę nie pozwoliła mu wyjść na podwórko, pozostawała gra w klasy albo włóczenie się po osiedlu.
    Nic dziwnego, że wszyscy chłopcy, bez wyjątku, marzyli o prawdziwej, skórzanej piłce. Marek napisał więc list, wcześniej niż trzeba było, wcześniej niż w poprzednich latach, zaraz po Wszystkich Świętych. Z taką ważną sprawą nie mógł przecież czekać na ostatnią chwilę. Wstawił list pomiędzy podwójne okno w pokoju.
    Każdego ranka po obudzeniu sprawdzał, czy aniołek zdążył już zabrać list. W końcu, gdzieś po tygodniu, list zniknął, Marek odetchnął z ulgą. Teraz pozostawało już tylko liczyć dni do szóstego grudnia. Liczył dni i czekał. Coraz bardziej niecierpliwie. Pod koniec listopada spadł śnieg. Marek zastanawiał się, czy śnieg zniknie do grudnia. Lepiej oczywiście, żeby stopniał jak najprędzej, bo źle się kopie piłkę na mokrym boisku, a co dopiero grać na śniegu! Nawet zaczął żałować, że w liście nie dodał, że prosi też o to, by zima zaczęła się dopiero w Boże Narodzenie albo nawet w lutym, żeby zdążyć nacieszyć się piłką. Liczył dni i czekał z coraz większą radością. Dwa, a może nawet trzy dni przed Mikołajem, po śniegu nie było już śladu. Teraz wyobrażał sobie już bardzo dokładnie, jak z nową, skórzaną piłką wyjdzie na podwórko. Wybiegnie, bo niemożliwe, żeby z piłką tak po prosu iść spokojnie po schodach dwa piętra. Wybiegnie, ale tak trochę później niż zwykle, tak żeby wszyscy byli już na podwórku. I jeszcze w bramie kopnie z całej siły, żeby piłka z góry spadła w sam środek gromady chłopaków. Już słyszał ich wrzask: ze zdziwienia, skąd Marek ma prawdziwą piłkę, z radości, że nie będą teraz zdani na Krzyśka, a najbardziej pewnie z zazdrości!
    Nadszedł wreszcie mikołajowy wieczór. Marek udawał, że odrabia lekcje, choć o lekcjach i szkole nie myślał wcale. Całą uwagę i wszystkie myśli pochłaniało oczekiwanie na paczkę. Siedział w swoim pokoju nad rozłożoną książką, dziś nie pamięta jaką, gdy z przedpokoju dobiegło wołanie mamy: szybko dzieci, szybko chodźcie, był święty Mikołaj, ooo! Zobaczcie, zostawił prezenty!
    W ciągu sekundy dwie młodsze siostry i Marek byli w przedpokoju. W następnej sekundzie przy pomocy mamy ustalili, która paczka dla którego z dzieci jest przeznaczona. Nie było czasu na rozwiązywanie kokardek, wstążeczek, odwijanie kolorowych bibułek. Marek użył całej siły ośmiolatka, by rozerwać wstążeczkę, bibułkę i kartonowe pudełko. Nie wierzył własnym uszom, gdy usłyszał brzęk metalu uderzającego o podłogę w przedpokoju. Nie wierzył własnym oczom, gdy zobaczył metalowy brzeszczot piłki do cięcia drewna, złowrogo szczerzący zęby! Przełykał łzy, bo nie chciał pokazać swego rozczarowania.
    Powlókł się do siebie. Teraz już łzy lały się ciurkiem po policzkach. Następnego dnia zapakował piłkę w papier i schował na dno swojej szuflady. Bał się ojca, nie mógł wyrzucić jej do śmieci. Nigdy więcej o niej nie rozmawiał z rodzicami. Zresztą u nich w domu raczej mało się rozmawiało. Rodzice zajęci byli sobą, swoimi kłótniami, pracą. Marek skończył szkołę, potem studia, jako lekarz nieźle zarabiał. Przeprowadzając się do swojego mieszkania, zabrał zawiniątko z szuflady. Przez te lata nie umiał zapomnieć o piłce. Nigdy jej nie rozpakowywał, ale ciągle miał w oczach ten zimny metalowy brzeszczot i lśniący drewniany uchwyt. Czuł, że piła przecięła coś, co w jego dziecięcej wyobraźni było między nim a rodzicami. Stała się symbolem tego dojmującego braku. Czy kocha się kogoś, jeśli nie wie się, o czym ten ktoś marzy?
    Po śmierci rodziców nie chodził na cmentarz. Nie potrafił im wybaczyć. Przed rokiem poznał Ewę. Jej pierwszej pokazał nieszczęsny prezent. To Ewa namówiła go, by rozstał się z przeszłością.
    - Zaniosłem piłkę na cmentarz, położyłem koło nagrobka, wiem, to głupie, ale czułem, że oddałem ją rodzicom. Teraz jesteśmy kwita. Tyle lat minęło, czas zapomnieć o dawnych urazach. Za miesiąc zaczynam nowe życie – z Ewą! A piłkę niech sobie ktoś zabierze...

    Krzyżyk

    opublikowano: 2014-12-12 17:24:07

    Miłość, zdrada, potępienie. Wielkie uczucia, kłamstwa zmieniające na zawsze życie rodziny, wyrzeczenie i wola walki. Jurorzy docenili i samą historię, i sposób, w jaki została opowiedziana.

    Pani Joli Jaśkiewicz gratulujemy jednej z sześciu równorzędnych nagród głównych w naszym konkursie literackim, a Państwa zapraszamy do lektury!


    Krzyżyk. Mały, srebrny wysadzany skrawkami diamentów. Poruszony w słońcu, rozsyła kolorowe iskierki. Nie ma takiej osoby, która choć przez chwilę nie zatraciłaby się w jego cekinowych kolorach.
    Klejnot rodzinny. Pamiątka po babci Marysi, mamie mojej mamy. Ze złamanym uszkiem leży sobie w pudełeczku wyłożonym watą. Nikt po niego nie sięga. No bo po co? Nieraz chciałyśmy z moją mamą dać go do naprawy, ale zawsze coś nam innego wypadało. Teraz z kolei, jak twierdzą fachowcy, jego naprawa się nie opłaca. Więc niech sobie leży ten nasz rodzinny klejnot, ten skarb babciny. Może kiedyś zawiśnie na szyi jakiejś mojej pra, prawnuczki?
    Ostatnio wnuczek mój, Kuba, do pudełeczka dołożył zdjęcie babci Marysi z 1930 r. Miała wówczas 30 lat.
    – Niech śpią w pokoju – wycedził cynicznie.
    – Niech śpią – zgodziłam się z czułością w głosie.
    Położyłam zdjęcie na dnie pudełka i starałam się krzyżyk ułożyć na szyi babci. Był większy od tego na zdjęciu.
    Spojrzałam na babcię, wytrzyma ten ciężar pokoleniowy? Wytrzymała, oczy jej nadal błyszczały.
    Nawet miałam takie wrażenie, że jest zadowolona, iż oddałam jej krzyżyk i to nasączony naszymi rodzinnymi przeżyciami.
    – Będzie miał co Ci opowiadać – uśmiechnęłam się do niej i pogłaskałam zdjęcie. Pożółkłe, przybrało kolor czekoladowej sepii. – Co za piękna, ponadczasowa uroda – pomyślałam patrząc na babcię. Okrągła twarz. Czarne, wielkie oczy. Krótko przystrzyżone brązowe włosy przygniatało małe kepi z ząbkiem na czoło. Wysoko postawiony kołnierz z lisa nadawał jej pikanterii. Spod odchylonego płaszcza wystawała koronkowa sukienka z karo dekoltem. Na szyi krzyżyk oddzielał sznur pereł.
    – Babciu – nie wytrzymał wnuczek – ona jest podobna do Catheriny Zeta-Jones z filmu Chicago.
    – Ehe – stwierdziłam. Rzeczywiście miał rację, babcia Marysia była piękną kobietą. – Kubusiu, w latach 30. panie nosiły płaszcze właśnie z takim – jak babcia – kołnierzem z lisa, wysoko wywiniętym aż po uszy, paliły papierosy w długiej lufce, tańczyły charlestona. Czy ty wiesz, że nasza babcia nawet umiała pływać i miała wielu adoratorów?
    – Ale wyszła za dziadka Leona – skwitował moje uniesienia. – Babciu, a dlaczego go wybrała, jak tylu na nią leciało? – spytał sarkastycznie.
    Zamilkłam. Czy to już czas, abym mogła mu opowiedzieć historię babci? Czy on ją zrozumie?
    – No, mów, dlaczego? – poganiał mnie. Wzięłam babci fotografię do ręki. Czułam, że pomoże mi przedrzeć się przez koleje swojego życia.
    – Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa – snułam opowieść – Niemcy wywieźli babcię do Prus. Miała wtedy 14 lat. Wywieźli ją na wieś do rodziny niemieckiej, za Kalisz. Była tam aż do 1918 r. Rodzina tamta bardzo polubiła babcię, ponieważ była osobą schludną, pomagała im w prowadzeniu gospodarstwa.
    A gdy mąż gospodyni, Karol, został powołany do wojska niemieckiego na front, wieczorami babcia z Hildą, żoną Karola, wspólnie modliły się za jego szczęśliwy powrót. Gdy Karol wrócił po wojnie, tereny te stały się częścią odrodzonej Polski. Małżonkowie Karol i Hilda nie wyemigrowali jednak do Niemiec tylko pozostali na miejscu w swoim gospodarstwie, tym razem w Polsce, jako mniejszość niemiecka. Zaproponowali babci, aby została z nimi, lecz babcia chciała wrócić do Łodzi. Tutaj zostawiła przecież swoją rodzinę – mamę Wiktorię i troje rodzeństwa: Mietka, Zygmunta i Helę. Hela, najmłodsza z dzieci, zachorowała w dzieciństwie na nieuleczalną chorobę zwaną angielską. Po prostu nie rosła. Była malutka, ale proporcjonalna. Mówiła nam babcia, że wyglądała jak laleczka. Matka ich, Wikta, sama, gdyż w 1911 r. zmarł ojciec babci Marysi, Tomasz, opiekowała się czworgiem dzieci. Nie załamała się jednak, założyła firmę przewozową i skład węgla w Łodzi. Zatrudniała kilku pracowników, miała kilka zaprzęgów i dorobiła się pięknego mieszkania w centrum Łodzi przy ul. Piotrkowskiej. W tym czasie Łódź rozwijała się przemysłowo w zawrotnym tempie. Wielcy potentaci, królowie bawełny: Scheibler, Poznański, Gajer, Grohman otwierali tutaj fabryki, budowali swoje rezydencje.
    Gdy babcia Marysia wróciła do domu, dano jej pod opiekę siostrę Helę, gdyż bracia pomagali mamie prowadzić interes. Mimo tego, mama, nie mogąc ogarnąć rozwijającej się firmy, wyszła za mąż za swojego pracownika Tomasza Poradę
    – Zgadnij Kubusiu – przerwałam opowieść – jaka była między nimi różnica lat?
    – Był 5 lat starszy od niej – stwierdził definitywnie.
    – Nie – zaśmiałam się. – Był młodszy od babci Wikty o 20 lat.
    – Ale musiała mieć dużo kasiory, skoro poleciał na taka starą – nie omieszkał dodać z przekąsem.
    – Wprost przeciwnie. Mówiły mi ciotki, że zakochał się w Wikcie. Długo się opierała, zanim zgodziła się zostać jego żoną. Miała wtedy 40 lat.
    – No, to w rodzinie mieliśmy bizneswoman – skwitował krótko.
    – Chyba tak, ale wracajmy do krzyżyka. Babcia Marysia codziennie wyjeżdżała z Helą na spacer do Parku Śledzia, tam zapoznała Stasia. Zakochali się w sobie. Dowodem ich miłości był ten krzyżyk i ciąża babci.
    Babcia strasznie bała się powiedzieć swojej mamie, która bywała na salonach, że przytrafiło jej się coś takiego. W tych czasach panna z dzieckiem była wstydem i hańbą dla rodziny. To rodziny tworzyły mariaże. Swaci proponowali małżonków, uwzględniając stan majątkowy, kulturowy ich rodzin. Wybranek babci Marysi był biedny, ale chciał się z nią ożenić. Bali się jednak Wikty, nie wiedzieli, jak jej o tym powiedzieć. Na mediatora poprosili koleżankę babci, Helenę. Ta podkochiwała się w Stanisławie i tak zamanipulowała nimi, że skłóciła młodych. Zerwali ze sobą. Babcia Marysia musiała więc sama się przyznać matce, w jakim jest stanie. Rezultat był straszny. Matka się jej wyrzekła i kazała iść precz.
    – Babciu, a w naszej szkole Julita urodziła synka i dalej chodzi do szkoły – był co najmniej zdziwiony.
    – Wtedy było inaczej, inne kanony etyczne obowiązywały, ale słuchaj dalej. A więc babcia w ciąży, porzucona, wygnana z domu, znalazła się sama na ulicy. Błąkała się, podejmowała jakąkolwiek pracę, aby przeżyć. Jedyną jej podporą był brat Mietek. Wujo po kryjomu wynosił jej z domu jedzenie. Opowiadał, co słychać w rodzinie i powiedział jej to, czego nigdy nie chciałaby usłyszeć. Staszek zaręczył się z Helenką.
    Miał żal do babci o coś. Wujo Mietek sam dobrze nie wiedział o co, bo tamten nie chciał z nim o babci rozmawiać. Pozbawiona wszelkiej nadziei, wiedziała jedno – musi żyć, aby mogło żyć jej dziecko. Codziennie modliła się do krzyżyka, żeby mogła spotkać się ze Stasiem i zapytać: „dlaczego?”. Spała na klatkach schodowych, aż ulitowała się nad nią pani Płachcina, która mieszkała w domu dla robotników włókienniczych na Widzewie przy ul Rokicińskiej. Dom ten stoi do dzisiaj, obok Szpitala Korczaka. Wyłożyła jej siennik na korytarzu i tam babcia powiła córeczkę. Nie chcąc być ciężarem dla pani Płachciny, wywiozła małą do zaprzyjaźnionych gospodarzy za Kaliszem. Zatrudniła się w fabryce Scheiblera, w przędzalni, pracowała na trzy zmiany. W niedzielę, skoro świt, jechała do małej. Któregoś razu, jak wyszła z fabryki, czekał na nią Stasiu. Dowiedział się, że urodziła dziecko i chciał wiedzieć, czy ono jest jego. Helena co prawda powiedziała mu, że babcia była z kimś innym w ciąży, ale on woli się upewnić. Przyszedł, gdyż ważą się jego losy – albo ożeni się z Heleną, albo z babcią, ale musi znać prawdę.
    – Powiedz, dzieciak jest mój? – zapytał.
    – Nie. Nie jest twój – powiedziała ze łzami w oczach.
    Więcej się nie zobaczyli. Pytałam babcię, dlaczego tak postąpiła. Długo milczała, aż w końcu odpowiedziała mi: – Ja już zapłaciłam największą karę, jaką może zapłacić matka. Nie męcz mnie.
    – To babcia Stenia ma siostrę? – spytał Kuba.
    – Miała. Bogumiłę. Niestety, gdy miała 6 lat, umarła na szkarlatynę.
    – A co z tym krzyżykiem? – spytał.
    – Babcia złamała mu uszko, aby ją więcej nie kusiło założyć go na szyję.

    Księżniczka Singer

    opublikowano: 2014-12-11 21:26:15

    Zachęcamy do przeczytania tekstu p. Barbary Baklińskiej, która otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych w naszym konkursie literackim.

    Księżniczka Singer

    Zamieszkała w naszym domu, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. Stała pod oknem obok stołu. Musiała mieć dużo światła i powietrza aby żyć. Swoim wyglądem budziła respekt. Szanowaliśmy ją szczególnie. Choć miejsca na książki i zeszyty nie było dużo. Nie wolno nam było na jej małym wystającym stoliczku niczego stawiać.

    Mieszkanie, a właściwie domek, składał się z dwóch izb. Dużej kuchni i pokoju. Było nas sześcioro plus rodzice. Nie było łatwo, ale nie skarżyliśmy się. Nikt z nas nie wiedział, że może być inaczej. Tuż po wojnie ciężko było wszystkim. Tym, którzy mieli dużo dzieci, było bardzo ciężko.

    Ojciec pracował w cementowni oddalonej o dziewięć kilometrów. Mama zajmowała się domem, nami i gospodarstwem. Jak udało się jej znaleźć chwilę czasu, rozkładała materiały i kreśliła dziwaczne linie używając resztek mydła, ale najczęściej był to biały kredowy kamyk, który często ginął, a sprawcami byliśmy my. Przecież kamyki są tylko do zabawy.

    Nazywaliśmy ją po prostu maszyną, czasem księżniczką, czasem królewną. Nazwa „Singer” była nam obca. Na jej główce, jak nazywała ją mama, był złoty rysunek kobiety ze skrzydłami. Była piękna i zagadkowa. Będąc małym dzieckiem, nie mogłam zrozumieć, dlaczego ta kobieta ma skrzydła.
    Uważałam, że to pewnie anioł. Długo tak myślałam. Bacznie obserwowałam wszystko, co robiła mama. Jak artystycznie składała tkaniny, zaznaczała coś, czego nie było widać, a potem cięła nożyczkami. Na pytanie: „skąd wiesz mamo, jak ciąć, aby było dobrze?” zawsze odpowiadała: „mam to w głowie”. A kiedy zasiadała do maszyny, igła zaczynała swój rytmiczny taniec, przemierzała z niewiarygodną szybkością centymetry i metry, aż pojawił się rozpoznawalny ubiór; koszula, bluzka, rękaw, nogawka;

    Bywało, że mama skarżyła się na ból nóg. Kiedyś położyłam się na podłodze i odkryłam zależność mamy nóg i maszyny. To była praca nie tylko rąk, nogi były siłą napędową. Nasza podlubelska wieś długo czekała na elektryfikację. Zajaśniało w 1967 roku.

    Czasem zjawiała się sąsiadka z prośbą o uszycie czegoś. Jednak przede wszystkim mama ubierała nas, na więcej nie było czasu. Jacy byliśmy dumni, że jedna z dwóch maszyn we wsi, to nasza maszyna.

    Kiedy nie pracowała, była przykryta piękną pokrywą w kształcie tunelu i dodatkowo haftowanym obrusem z frędzelkami. Była najcenniejszym przedmiotem w naszym domu. Zawsze intrygowała nas szufladka, w której były różne skarby. Małe szpuleczki z kolorowymi nitkami, zapasowy bębenek, który był małym cudeńkiem odpowiedzialnym za szycie, małe śrubokręciki, stopki i zawsze nożyczki.

    Po kolacji, która była dość wcześnie, mama zasiadała do niej, a my do odrabiania lekcji. Lampa naftowa stała na stole blisko jej stoliczka. Jasny krąg nie był wielki, dzieliliśmy się nim z mamą. Oczy szybko się męczyły, staraliśmy się wykorzystać czas maksymalnie.

    Najważniejsze, że obok była mama, czasem tata, jeśli nie pracował na drugą zmianę. Pomagali nam, jak potrafili, lecz nie zawsze mogli nam pomóc.

    Po urodzeniu siostry, mama ciężko zachorowała. Miałam wówczas tylko dziewięć lat. Usłyszałam takie słowa wypowiedziane przez mamę: „dziecko, tylko niech ojciec nie sprzedaje maszyny, niech zostanie dla was”. Nie mogłam pojąć, co mama mówi, przecież maszyna jest mamy. Za chwilę zrozumiałam coś, co mnie sparaliżowało. Mój świat i rodzeństwa zawalił się. Czyżby mama mogła umrzeć? To był bardzo trudny czas dla naszej rodziny. Nie mogliśmy jeść, spać, uczyć się. Ojciec był przerażony i smutny. Stał się cud, mama wyzdrowiała. Jeszcze słaba i blada, a szyła już małej siostrze kaftaniki. Często, jeśli nie gotowałam, pomagałam wyjmując fastrygi, podszywając. Dzięki naszej księżniczce nie czuliliśmy się biedni.

    Jej rytmiczny stukot w nocy był swoistą muzyką, czułam się bezpiecznie. Rano mama już przyszywała guziki do uszytej bluzki.

    Tego samego roku w czasie wakacji we wsi wybuchł pożar. Chłopcy bawiąc się, rozpalili ognisko w stodole pełnej zboża. Dramat dotknął czterech gospodarstw, nasz dom był około pół kilometra od centrum pożaru. Zdyszana i przerażona przybiegłam do domu, rodzice już pakowali na wóz maszynę i inne rzeczy. Szczęśliwie pożar nie szalał dalej.

    Doświadczenie jakie zdobyłam w przyjaźni z maszyną, bardzo się przydało w moim życiu. Pierwszym zakupem po ślubie była maszyna firmy Łucznik, na której szyłam wszystko swoim córkom, sobie, mężowi, teściowej. Czułam się z tym świetnie. Kiedy przyszło mi zarządzać placówką dziecięcą, w której była maszyna do szycia, wykorzystałam to, i tak powstawały piękne kolorowe sale dziecięce: różowa, kremowa, seledynowa. Można było uszyć kolorowe firany, zasłony do każdej sali inaczej zaprojektowane.

    Przyszedł czas, że powoli zaczęliśmy wyfruwać z gniazda, królewna miała mniej pracy. Odwiedzając rodziców, wielokrotnie rozmawiałam z mamą o trudzie, jaki trzeba było podjąć, aby nas szóstkę wykarmić, ubrać, wychować i wykształcić. Zawsze słyszałam: „lekko nie było, ale też nie było to straszne, maszyna nam pomagała”. To był mój posag. Dostałam go od ojca, jak miałam szesnaście lat i przez całe moje życie procentował.

    Mamo, dalej procentuje w emocjach i wspomnieniach, a dla nas to najważniejsze. Odwiedzając w tym roku grób rodziców, zamieszkałam u siostry, u której stoi nasza maszyna. Przywitałam się z nią. Przed oczyma przesunęło mi się kilkanaście lat mojego dzieciństwa. Z czułością posiedziałam przy niej, dotykając jej konturów już nadszarpniętych czasem.

    Cóż, jesteś na emeryturze przyjaciółko, tak jak i my, cała nasza szóstka. Możemy odpoczywać, wspominać. Chcę ci powiedzieć, ze zamierzam o Tobie napisać, jak ważna byłaś dla naszej rodziny.
    Dostojnie wyglądasz, masz piękny haftowany płaszczyk. Choć przybyło ci kilkadziesiąt lat, dalej jesteś piękna. Rozmawiamy o Tobie na naszych rodzinnych zjazdach, dzieląc się wspomnieniami i radością życia. Czasie, przyjacielu, który o nic nie pytasz, bądź łaskawy.

    To dziwna i obca szuflada

    opublikowano: 2014-12-10 19:52:15

    Za liryczną historię zegarka na łańcuszku, która „odwija się” w czasie (to słowa Barbary Sułek-Kowalskiej, jurorki) Pani Maria Adamczyk otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych w naszym konkursie literackim.

    Zapraszamy do lektury!


    To dziwna i obca szuflada. Po prawej stronie komody, u góry. Maria rzadko ją otwiera, nie lubi wspomnień. Myśli, że gdy w tej małej skrzynce szuflady zamknie przeszłość, ona nigdy nie powróci, nie zaboli.
    Maria zdejmuje zawieszony na krześle jedwabny szal, otula nim szyję, zgarnia do szuflady leżące na biurku długopisy. Chwilę stoi, jakby coś jeszcze chciała poukładać, ustawić na swoim miejscu.
    Odruchowo, prawą ręką odgarnia włosy za ucho. Podchodzi do komody, otwiera szufladę…
    Pożółkłe papiery, zdjęcia ludzi, których twarzy często nie zna, dwie czarno-białe pocztówki z Karkonoszy, łańcuszek z urwanym zapięciem, pusty album do zdjęć w drewnianej oprawie z wizerunkiem Piłsudskiego.
    Maria bierze do rąk kilka zdjęć. Na odwrocie jakieś daty… 1935, 1952, 1939, 1923.
    Spod sterty fotografii wyjmuje złoty kieszonkowy zegarek. Należał do jej ojca. Maria siada na brzegu sofy, zamyka w dłoniach okrągły, chłodny przedmiot…

    *
    2 maja 1958 roku
    Małe, niebieskie pudełko w ciemnogranatowe paski, przewiązane czerwoną kokardką. To urodzinowy prezent dla Taty. Leży na stole. Na środku szklany wazon pełen żółtych i czerwonych tulipanów.
    Marysia ma zaledwie cztery lata. To śliczne pudełeczko dostanie później, gdy już będzie puste, do zabawy. Takie mięciutkie, z aksamitną poduszeczką w środku…
    Teraz widzi, jak Tata trzyma w dłoniach to błyszczące cudeńko na łańcuszku, wyjęte przed chwilą z kolorowego kartonika, a potem wkłada do kieszonki kamizelki.
    W pokoju jest tak jasno…

    *
    Maria otwiera dłonie. Koperta zegarka wciąż piękna, z regularnym wzorem przypominającym maleńkie rybie łuski. Już tak nie błyszczy, ale przez to wydaje się może nawet ładniejsza. W kolorze gryczanego miodu. U dołu, tuż przy zapięciu, otoczone ornamentem, pięknie wygrawerowane inicjały Z.W.
    Maria trochę się mocuje chcąc otworzyć wieczko, które nagle odskakuje. W środku powierzchnia gładka i jaśniejsza. Widać wygrawerowany napis „Zbyszkowi – Marta”, pod nim data 2 maja 1958 r. Z drugiej strony, po otwarciu koperty, zegarek Omega. Arabskie cyfry, brak dużej wskazówki. U dołu mały, okrągły sekundnik. Mechanizm zegarka zepsuty. Na wewnętrznej kopercie jakieś cyferki, litery. U góry coś na kształt herbu, po prawej korona i półksiężyc, niżej litera H wpisana w trójkąt. Jeszcze jakieś grawerowane symbole. Za małe, by odczytać bez lupy.

    *
    14 października 1962 roku
    Poziom leukocytów jest już zbyt wysoki, śledziona przestaje pracować…
    Wyjątkowo złośliwa białaczka.
    Lekarz kładzie rękę na ramieniu mężczyzny siedzącego przy łóżku młodej kobiety. Wychodzi z sali.
    Mężczyzna siedzi nieruchomo. Po chwili z kieszonki kamizelki wyjmuje zegarek. Jest 6.14. Potem otwiera kopertę z drugiej strony i gładzi palcem napis Zbyszkowi – Marta. Jeszcze przez chwilę trzyma przedmiot w dłoniach a potem powoli odpina łańcuszek i chowa zegarek w bocznej kieszonce skórzanej teczki.
    Czas się zatrzymał.
    Jak powiedzieć małej dziewczynce, że Mama odeszła?

    Maria wstaje z sofy, szybko wyciera łzy, prostuje zesztywniałe plecy. Siedziała na brzegu naprawdę długą chwilę. Podchodzi do komody, zerka jeszcze na album…
    Może tego lata wreszcie pojedzie do Regensburga. Tam wciąż mieszka jej ciocia Sabina, młodsza siostra Mamy.
    Tyle pytań…
    Zabierze ze sobą Annę. Gdyby tylko córka miała czas. Mieszka teraz w Uppsali, ale w lipcu ma przecież wakacje. Może nie ma jeszcze żadnych planów. Mogłyby przylecieć do Monachium, a stamtąd już razem pojechać do Regensburga…
    Maria chciałaby w końcu opowiedzieć jej historię pożółkłych fotografii, dwóch pocztówek z Karkonoszy, łańcuszka z urwanym zapięciem, zegarka, który należał do jej dziadka. Nigdy go nie poznała. Odszedł bardzo wcześnie, 12 lat po śmierci jej babci Marty.
    Może album z tej dziwnej i obcej szuflady zapełnią razem zdjęciami…
    Maria zamyka szufladę. Zegarek, który wciąż trzyma w dłoni, odkłada na brzeg komody.

    *
    12 września 2014 roku
    Maria była wczoraj u zegarmistrza. Stary zakład pana Zygmunta na Strumykowej. Obejrzał kopertę i zepsuty mechanizm zegarka. Zniknął na kilka minut na zapleczu. Potem jeszcze chwilę rozmawiali. Naprawi. Będzie gotowy na początku grudnia. Zadzwoni. Zapięcie łańcuszka i drobny uszkodzony element trzeba dorobić u złotnika.

    *
    Maria już postanowiła. Zegarek nie wróci do szuflady. Zawiesi go na łańcuszku pod jedynym wspólnym zdjęciem rodziców, które wisi w salonie. Czarno-biała fotografia, jezioro, kajaki…
    Gdyby wyjąć fotografię z ramki, można by zobaczyć datę 14.VI.1950.
    Zbyszek i Marta. Są tacy młodzi i radośni. Chyba zakochani…

    Konkurs rozstrzygnięty!

    opublikowano: 2014-12-07 13:52:21

    Po bardzo burzliwych i długich naradach, jurorzy wydali werdykt :)

    Ale po kolei. W konkursie mogli wziąć uczestnicy tegorocznych bezpłatnych warsztatów pisarskich, które organizowaliśmy w całej Polsce. Na przesłanie do nas swoich prac zdecydowało się aż 87 osób w wieku 60+. We wspomnieniach i rodzinnych opowieściach musiał pojawić się jakiś ważny przedmiot - poznaliśmy więc historie kilku walizek, albumów ze zdjęciami, zegarków, stołów, zeszytów, obrazów, luster czy talerzyków. Ale pojawiły się też: rewolwer, gorset, muszla, spinki do mankietów, brzytwa, a nawet słoiczek z glonami :) Wszystkie teksty - bez wyjątku - były ciekawe, poruszające, warte przeczytania i zapamiętania. Rozmawiamy o nich bez przerwy od kilku dni, bo dały nam do myślenia. Oczywiście wszystkie nagrodzone prace opublikujemy - w ciągu kilku najbliższych dni będziemy je kolejno umieszczać we wpisach w zakładce "aktualności".

    W jury zasiedli:
    - Barbara Sułek-Kowalska – dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
    - Prof. dr hab. Michał Kuziak – literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim
    - Wojciech Chmielewski – pisarz, recenzent książkowy

    Jurorów poprosiliśmy nie tylko o wskazanie najlepszych (ich zdaniem) prac, lecz także o kilka słów o każdym z nagrodzonych tekstów.

    JURY PRZYZNAŁO 6 RÓWNORZĘDNYCH NAGRÓD GŁÓWNYCH (DUŻE ZESTAWY KSIĄŻEK) – NAGRODZONE AUTORKI (tak się złożyło, że to same Panie) WYMIENIAMY W KOLEJNOŚCI ALFABETYCZNEJ!

    Maria Adamczyk
    Barbara Sułek-Kowalska: Liryczna historia zegarka na łańcuszku „odwija się” w czasie – tu pochwała za zabieg konstrukcyjny - i ukazuje piękną miłość rodziców autorki przerwaną przedwcześnie przez śmiertelną chorobę mamy. Druga pochwała za pozytywne i pełne nadziei zakończenie.
    Prof. Michał Kuziak: Pełna emocji opowieść o szufladzie i zegarku, wywołującym wspomnienia przeszłości. Na uwagę zasługuje ciekawie prowadzona narracja w 3. os. oraz wywołująca efekt wydobywania faktów z pamięci fragmentaryzacja przedstawianych wspomnień.
    Wojciech Chmielewski: Maria otwiera szufladę i znajduje w niej złoty zegarek w kolorze gryczanego miodu. Trzyma go w ręku, lekko gładzi i wspomina niełatwe dzieje swojej rodziny.

    Barbara Baklińska
    Barbara Sułek-Kowalska: Opisując maminą maszynę do szycia, niby zwyczajny – ale najważniejszy w domu - sprzęt autorka uniknęła sentymentalizmu, choć przecież dokonała personifikacji maszyny i uczyniła z niej tytułową księżniczkę Singer. Mamy więc piękny przykład liryki dnia codziennego. Opowiadanie mogłoby się znaleźć w takim właśnie tomie: sprzętów „z duszą”.
    Prof. Michał Kuziak: Interesująca, poruszająca prawdą zapisu, historia, w której przedmiot – tytułowa maszyna do szycia – okazuje się punktem wyjścia opowieści, towarzyszącym życiu, pozwalającym obserwować jego zmiany. Sprawne wykorzystanie aury życiowo-emocjonalnej otaczającej rzeczy.
    Wojciech Chmielewski: Maszyna do szycia pomaga całej rodzinie w niełatwym życiu. Jest przedmiotem podziwu dziecka, a potem młodej dziewczyny. Księżniczka Singer pozostaje z rodziną na długo.

    Lucyna Drelinkiewicz
    Barbara Sułek-Kowalska: Wstrząsające, bardzo realistyczne opowiadanie o dziecięcej traumie: tytułowa wymarzona piłka – przedmiot chłopięcych marzeń – okazała się piłką do metalu. I przecięła więzi. Dobrze napisana, pozbawiona ozdobników historia, ostrzega przed brakiem zrozumienia, przed nadużywaniem żartów przechodzących w kpinę, przed lekceważeniem dziecka.
    Prof. Michał Kuziak: Tekst przykuwający uwagę tak sprawnym warsztatem pisarskim (to wartka opowieść, z pewną dozą humoru, o traumatycznym prezencie z dzieciństwa), jak i samą historią, splatającą wspomniany humor z powagą. Na uwagę zasługuje umiejętność konstruowania historii oraz unaoczniania świata przedstawionego.
    Wojciech Chmielewski: Historia dziecka, które stało się mężczyzną, ale nie pozbyło żalu do najbliższych. Prezenty pod choinką i zapłakany chłopczyk. Czy po latach odzyska spokój ducha?

    Jola Jaśkiewicz
    Barbara Sułek-Kowalska: Wprawdzie główną bohaterką opowiadania jest Marysia z dzieckiem, ale przedstawiona w telegraficznym skrócie historia jej matki – wdowy z czwórką dzieci, która rozwija dobrze prosperującą firmę węglową - dobrze pokazuje realia życia społecznego przedwojennej Łodzi. Na pochwałę zasługuje konstrukcja opowiadania osnutego wokół dialogu autorki z wnukiem.
    Prof. Michał Kuziak: Ciekawie opowiedziana, z elementami dramatyzującego sytuację dialogu, historia wywołana przez aurę związaną z tytułowym przedmiotem – krzyżykiem. Oprócz interesującej, życiowej historii, na uwagę zasługuje zabieg skontrastowania dwóch bliskich i zarazem dalekich od siebie głosów – babci i wnuczka.
    Wojciech Chmielewski: Romans sprzed wieku. Dzieje miłości, wczesnej ciąży i społecznego potępienia za nią. Bohaterka nie chce już nosić swego srebrnego krzyżyka, w którym – jak wierzy – skupiają się jej nieszczęścia.

    Bożena Leonarcik
    Barbara Sułek-Kowalska: Świetnie skonstruowana skoncentrowana historia rodziny Czeglików z Jędziliszek k.Wilna, której syn Leon wyjeżdża w 1946 „z Polski do Polski” – brawo za takie lapidarne podsumowanie dramatu kresowian. Zabiera ze sobą tylko wielkie krawieckie nożyce, które efektownie kończą barwną opowieść przekazaną – to zręczny zabieg literacki - prawnuczce dumnej ze swego protoplasty.
    Prof. Michał Kuziak: Wartko i dramatycznie (nie tylko w związku z opowiadaną historią, ale i w związku z użytymi wypowiedziami przytoczonymi) przedstawiona opowieść o ucieczce do Polski, w której to opowieści swoją rolę odgrywa przedmiot – nożyce. Cenne jest zarówno wspomniane umiejętne przeplatanie opowieści przytoczeniami głosu bohatera, jak pewna ironia dotycząca ocalonego przedmiotu.
    Wojciech Chmielewski: Ucieczka z opanowanych po wojnie przez Sowietów terenów. Zabrane nożyce są symbolem utraconej rodziny, młodości i życia na Kresach Rzeczpospolitej.

    Agnieszka Weyssenhoff
    Barbara Sułek-Kowalska: Zgodnie z tytułem są to znakomicie odtworzone wspomnienia kilkuletniej bystrej dziewczynki, która obserwuje głębokie zaangażowanie rodziców w działalność konspiracyjną wojennego Krakowa. Z dzieckiem jednak niewiele się na ten temat rozmawia, nikt więc nie wyjaśnia, dlaczego każda przechowywana w domu dziewczynka nazywa się Krysia Wesołowska. Tym cenniejsze są dziś te wspomnienia, które sygnalizują istnienie wciąż nierozpoznanych obszarów wojennej działalności Polaków, także w dziele ratowania Żydów.
    Prof. Michał Kuziak: Wspomnienie prywatne splatające się z dramatyczną historią kraju. Przedmiot (lalka) w interesujący sposób staje się medium pamięci, pojawia się jako jedynie wzmianka w tekście, na samym końcu, ale właśnie tak wskazuje na tragiczny charakter doświadczeń. Na uwagę zasługuje zdolność obserwacji, wydobycia szczegółu, a także wartka konstrukcja opowieści.
    Wojciech Chmielewski:Przejmujące losy dziecka dorastającego podczas okupacji w Krakowie. W domu rodzinnym przechowywane są żydowskie dziewczynki, a jedna z nich zostawia lalkę Selmę i odchodzi w nieznane.

    JURY PRZYZNAŁO RÓWNIEŻ 6 RÓWNORZĘDNYCH NAGRÓD DODATKOWYCH (MNIEJSZE ZESTAWY KSIĄŻEK) – NAGRODZONE AUTORKI RÓWNIEŻ WYMIENIAMY W KOLEJNOŚCI ALFABETYCZNEJ!

    Barbara Filipowicz-Zarębska
    Barbara Sułek-Kowalska: Zaskakujące zestawienie w tytule (zdechły kot i tekturowa walizka) nie prowadzi nas w świat groteski. Wręcz przeciwnie, autorka zręcznie buduje napięcie, aby w końcu pokazać czytelnikowi zawartość walizki. Stare listy i fotografie sprawią, że ożyje dom, który uważała za bezbarwny, bezduszny i ponury. Bardzo zręcznie ukryty morał.
    Prof. Michał Kuziak: Dobrze napisany, z ciekawą poetycką aurą i interesującą metaforyzacją, fragment pokazujący odkrywanie życia z pozoru obcego domu; widać tu ponadto pewną nutkę ironii, łączącej zdechłego kota i walizkę z tym doświadczeniem.
    Wojciech Chmielewski: Wydaje się, że dom jest zwyczajny. Trzeba gdzieś mieszkać. Dzięki odkryciu, jakie czyni bohaterka dzięki zdechłemu kotu ożywa jednak dawny świat, opowieści, miłości jego mieszkańców. Dzięki zdechłemu kotu bohaterka w końcu wie, dlaczego zamieszkała właśnie tutaj.

    Maria Kalinowska
    Barbara Sułek-Kowalska: Autorce udała się duża rzecz: opowiadanie o pięknych filiżankach z przedwojennego ślubnego prezentu napisane jest bardzo powściągliwie, ale mówi o wielkich emocjach. Są tu: ślub „amerykański”, wojna, straszna choroba matki, łajdactwo lekarza. Efektowna pointa zawiera też czytelne przesłanie: nie wolno zgadzać się na zło.
    Prof. Michał Kuziak: Fortunne połączenie sprawnego opisu przedmiotu (tytułowego serwisu) z opowiadaną historią rodzinną – z historią przez duże H w tle – do tego opowieść kończy się morałem.
    Wojciech Chmielewski: Serwis do kawy to jedyny świadek minionego statusu rodziny. W trudnych powojennych czasach przypomina o minionym szczęściu. Czy to dziwne, że rodzina za nic nie chce się z nim rozstać?

    Wanda Kalinowska-Giorgi
    Barbara Sułek-Kowalska: Kto wciąż potrafi się dziwić, dlaczego młode pokolenia nie znają wojennej przeszłości swoich dzielnych rodziców czy dziadków, powinien koniecznie przeczytać to opowiadanie. Autorka w pozornie suchy sposób – relacja ojca dla córki - wylicza wojenną ofiarę jednej tylko rodziny, ale wśród faktów i dat kryje się kawał historii.
    Prof. Michał Kuziak: Dramatyczna, tak przez charakter przedstawianych zdarzeń, jak i w związku z dialogiczną prezentacją historii, opowieść o odnalezieniu głosu na temat traumatycznych doświadczeń wojennych i nabyciu zdolności konfrontacji z nimi. Przedmioty stają się tu medium pamięci, ułatwiającym mówienie i rozmawianie.
    Wojciech Chmielewski: Ojciec wyciąga z pudełka jakieś dziwne przedmioty. Zaczyna opowieść, którą taił przed córka całe lata. Opowieść o ludzkim bestialstwie, obozach koncentracyjnych i przetrwaniu. Mimo dziejącego się wokół zła.

    Joanna Kanicka
    Barbara Sułek-Kowalska: Fascynująca historia szeptanych tajemnic, które składają się na obraz silnej rodziny ogarniającej swoim wpływem wszelkie przygody, jakie się zdarzały jej członkom. A że nie wszystko dzieciom wyjaśniano? Autorka też nam nie wszystko wyjaśnia, a jednak jej opowiadanie wciąga...
    Prof. Michał Kuziak: Zaciekawiająca (m. in. swoją niejasnością) opowieść o życiowej historii, ilustrowana zdjęciami. Szczególnie cenny jest chwyt obiektywizacji, ukazywania wydarzeń w 3. os., a także ich fragmentaryzacja, oddająca porządek wywoływania przeszłości z pamięci.
    Wojciech Chmielewski: Córka z bogatej kaliskiej rodziny, a jednak niepewna swego losu, pamiętająca matkę, która być może wcale nie była jej matką. Zdjęcia przechowują wizerunki uczestników tamtej niezwykłej historii.

    Janina Mickiewicz
    Barbara Sułek-Kowalska: Tytułowy przedmiot był świadkiem bardzo trudnych lat w życiu rodziny: aresztowany przez UB tata siedział wiele lat we Wronkach, a narażona na biedę i szykany mama z czwórką dzieci musiała sobie jakoś radzić. Choć autorka nie patrzy na talerzyk z sentymentem, to jednak ma nadzieję, że następne pokolenie nie da mu zginąć. Dobrze napisana i bardzo potrzebna historia!
    Prof. Michał Kuziak: Sprawnie napisana opowieść, w której komplet talerzyków ukazuje rozwój historii rodzinnej i przemijanie. Przedmiot fortunnie okazuje się medium pamięci, odsyłającym do tego, co było.
    Wojciech Chmielewski: Został tylko jeden talerzyk z całego serwisu. Talerzyk pamiętający aresztowanie ojca, żołnierza AK, przez UB i jego długoletnie więzienie. Na talerzyku bohaterka maczała chleb w oleju, bo w domu nic innego nie było do jedzenia. Z nim wiąże swoje wspomnienia o tym, co komuna zrobiła polskim patriotom.

    Jadwiga Szczęsnowicz
    Barbara Sułek-Kowalska: Urocza personifikacja ponadstuletniej tacy, która opowiada o losie „swojej” ludzkiej rodziny: taca służy jej w przez cale życie, choć lata wojny spędziła w skrytce pod podłogą. Choć przez sto lat wydarzyło się wiele i nie były to same tylko wesołe momenty, to opowieść jest lekka i poniekąd radosna. I bardzo ładna!
    Prof. Michał Kuziak: Zgrabnie napisana historia rodzinna, w której na szczególną uwagę zasługuje chwyt oddania głosu przedmiotowi – tytułowej tacy, opowiadającej o wydarzeniach z przeszłości. Na uwagę zasługuje także fortunne operowanie czasem teraźniejszym w opowieści o tym, co było.
    Wojciech Chmielewski: Taca ukryta przed niemieckimi grabieżcami. Taca wyciągnięta po wojnie, taca używana przez całe lata. Dowód, że w pożodze, która dotknęła nasz kraj, nie wszystko udało się zniszczyć.

    JURY ZDECYDOWAŁO SIĘ TEŻ PRZYZNAĆ NAGRODĘ SPECJALNĄ (mniejszy zestaw książek) Pani Jadwidze Małkowskiej
    Barbara Sułek-Kowalska: Zauroczyła mnie ta historia poniekąd smutna, ale tak pełna miłości, że nie mogłam się z nią rozstać. Jak większość nagrodzonych prac, bardzo powściągliwa w opisie uczuć, pełna za to niewidocznych na pierwszy rzut oka treści. Może dzięki konkursowej publikacji tytułowy krasnalek, o którym autorka pamięta od 75. lat, zostanie wreszcie zidentyfikowany?
    Prof. Michał Kuziak: Przejmująca i przejmująco napisana historia trudnego życia, splatającego się z wierszem „Krasnalek na choince”, przywołującym obrazy z dzieciństwa. Prostota przedstawienia robi duże i dobre wrażenie.
    Wojciech Chmielewski: Przedwojenny sierociniec i zakonnica pomagająca wyciągnąć dziecko z nędzy. Właściwie druga matka. Krasnalek na choince nie pozwala zapomnieć o latach poniewierki i bezinteresownej miłości.

    Laureatom serdecznie gratulujemy - skontaktujemy się z Państwem w ciągu najbliższych 2 dni i ustalimy szczegóły związane z przekazaniem nagród.

    Wszystkim, którzy zdecydowali się podzielić z nami swoimi wspomnieniami, serdecznie dziękujemy. Żadnej z tych opowieści nie zapomnimy!

    Dziękujemy!

    opublikowano: 2014-11-30 21:01:19

    finał

    Ostatnie spotkanie! Pożegnanie na Bielanach

    opublikowano: 2014-11-28 20:59:54

    Też nie możemy w to uwierzyć, ale dziś odbyły się ostatnie warsztaty. W gronie bardziej kameralnym niż zazwyczaj pracowaliśmy w Ośrodku Wsparcia dla Seniorów Nr 1 przy Al. Zjednoczenia 13 na warszawskich Bielanach. Opowieść o niepotrzebnie wyczyszczonym lustrze, robieniu ozdób choinkowych z nieznanymi ludźmi, w nieznanym miejscu, nie wiadomo kiedy, o kredzie zgrzytającej na tablicy i najlepszym prezencie od losu, zostaną z nami na długo. W ankietach przeczytaliśmy, że zachęcamy nie tylko do pisania, ale i do odwagi w działaniu. To dla nas najlepszy komplement :)

    bielany1 bielany2

    Warsztaty na Woli

    opublikowano: 2014-11-27 20:43:07

    Dziś spotkaliśmy się w bibliotece przy ul. Redutowej 48. Na długo zapamiętamy historię o skarbonce z Babą Jagą, dziecięcej walce na łyżki, o stole, który nie musi mieć powyłamywanych nóg, by przyciągnąć naszą uwagę i o choince ubranej w zieloną sukienkę. Dziękujemy za wspólną pracę!

    wola1 wola2

    Debiut w Białej Podlaskiej

    opublikowano: 2014-11-22 20:36:36

    To były warsztaty inne niż wszystkie. Scenariusz niby ten sam, ale niemożliwa do okiełznania energia grupy sprawiła, że poszliśmy całkiem nową drogą :) Były monologi teatralne, spontaniczne oklaski i mnóstwo opowieści o ważnych przedmiotach, ludziach, miejscach i wydarzeniach. Będziemy długo pamiętać to spotkanie i obiecujemy, że wkrótce wrócimy, by znów słuchać, rozmawiać, śmiać się, dyskutować, zadawać pytania i szukać odpowiedzi. Za gościnę i pomoc w zorganizowaniu warsztatów dziękujemy Bialskiemu Centrum Kultury.

    B1 B3 B4 B2

    Piszemy w Łodzi

    opublikowano: 2014-11-18 20:18:30

    Wszystkie miejsca zajęte. Piszemy, dyskutujemy, opowiadamy, zadajemy pytania, trochę milczymy i pijemy gorącą herbatę. Poznajemy historię za historią, uśmiechamy się lub z trudem powstrzymujemy wzruszenie. Szeleszczą papierki po cukierkach, szumi rzutnik, komuś wypisał się długopis, ktoś wyjmuje z portfela zdjęcie zrobione 70 lat temu. Na długo zapamiętamy dzisiejsze warsztaty.

    Za zaproszenie i pomoc w promocji wydarzenia dziękujemy Oddziałowi Kultur i Tradycji Wyznaniowych Muzeum Miasta Łodzi przy pl. Wolności 2. Wszystkim uczestniczkom i uczestnikom dziękujemy za wspólnie spędzony czas.

    L1 L2 L3 L4

    I znów w Lublinie

    opublikowano: 2014-11-17 22:42:06

    To już nasza trzecia w tym roku wizyta w Lublinie - tym razem pracowaliśmy w Klubie Seniora przy ul. Róży Wiatrów.
    Trudno nam wybrać tylko jeden przymiotnik, który najlepiej opisałby te warsztaty, a przecież właśnie do umiaru w stosowaniu określeń namawialiśmy uczestników :) Więc zamiast mówić, że było "wspaniale", "cudownie" i "interesująco", powiemy, że nauczyliśmy się, jak ważna jest otwartość na nowe doświadczenia i słuchanie innych. Dziękujemy za to spotkanie!

    lub2 lub3

    Żeglujemy w Krakowie ;)

    opublikowano: 2014-11-14 23:28:00

    Wydawało się nam, że znamy Kraków jak własną kieszeń, ale o przystani żeglarskiej przy ul. Koziej nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Co więcej - nie był tam nigdy nawet Pan Taksówkarz, który wiózł nas na miejsce :)
    Bardzo dziękujemy Miłce Miłoń za to, że nas zaprosiła i zatroszczyła się o każdy szczegół, u uczestniczkom spotkania dziękujemy za mnóstwo opowieści - tych całkiem poważnych, i tych pisanych z przymrużeniem oka. Czekamy teraz na obiecane prace konkursowe!

    krak1 krak2

    Odwiedziny w Kielcach

    opublikowano: 2014-11-13 22:13:12

    Z ogromną przyjemnością ponownie odwiedziliśmy Dom Pomocy Społecznej im. Jana Pawła II w Kielcach. Miło było zobaczyć znajome twarze (wśród nich laureatkę ubiegłorocznego konkursu) i poznać całkiem nowe osoby, podyskutować o pięknych słowach znikających z języka i o takich, które nam trochę przeszkadzają, wysłuchać opowieści o rodzinnych pamiątkach, przemijaniu i umiejętności traktowania każdego dnia, jak prezentu od losu. Dziękujemy za ten czas, za miłe słowa i niecierpliwie czekamy na kolejne spotkanie.

    kielce

    Kurs korespondencyjny :)

    opublikowano: 2014-11-09 19:03:01

    Uwaga! Mamy ciekawą propozycję dla osób, które chciałyby trochę popracować nad swoim warsztatem pisarskim, a z różnych powodów nie mają możliwości, by dotrzeć na zajęcia i spotkać się z nami osobiście.

    literki

    Jeśli macie Państwo dostęp do komputera i internetu, posługujecie się pocztą elektroniczną (wysyłacie i odbieracie mejle) i potraficie obsługiwać prosty edytor tekstów (typu Word), możecie wziąć udział w naszym internetowym kursie korespondencyjnym. Jedyny warunek - trzeba mieć co najmniej 60 lat!

    Jak wygląda taki kurs? Będziecie od nas Państwo mejlowo otrzymywać ćwiczenia do wykonania - oczywiście będą to zadania pisarskie, polegające przede wszystkim na przygotowywaniu krótkich tekstów i odsyłaniu ich do nas. My będziemy szukać w nich tego, co dobre, podpowiadać, jak można je zmienić, by były jeszcze lepsze i podsuwać praktyczne wskazówki na przyszłość. Pomożemy też znaleźć ciekawy temat na wspomnieniowy tekst konkursowy, chętnie odpowiemy na dodatkowe pytania, a pocztą wyślemy dodatkowe materiały pomocne w pisaniu i oczywiście dyplom :)

    Praca z nami zajmie Państwu w sumie kilka godzin - w zależności od tempa, z jakim będziecie odsyłać kolejne teksty, rozciągnie się na kilkanaście dni lub kilka tygodni.

    Decyduje kolejność zgłoszeń - planujemy w tym trybie pracować z 15-20 osobami.

    By się zapisać lub uzyskać dodatkowe informacje, wystarczy wysłać do nas mejla na adres: stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com

    O! Jak Olsztyn :)

    opublikowano: 2014-11-07 19:40:05

    Już drugi raz zaprosiła nas do siebie olsztyńska Akademia Trzeciego Wieku i znów pisało nam się razem znakomicie. Wróciłyśmy do Warszawy z mnóstwem dobrej energii i to nie tylko z powodu sprezentowanych nam czekoladek, które zjadłyśmy już po drodze :) Dziękujemy za opowieści o walizkach, lustrach, skarbonkach, choinkach i stołach, za historie wydobyte z zakamarków pamięci, trochę sentymentalne, czasem zabawne, a czasem bardzo poruszające, pełne trafnych porównań i nieoczywistych metafor. Czekamy na teksty konkursowe i mamy nadzieję, że wkrótce znów się spotkamy. Szczególne podziękowania dla Pani Marii Kalinowskiej, która o wszystko zadbała, choć nie prowadzi już dziennika :)

    olsz1 olsz2 olsz3 olsz4

    A w Warszawie kameralnie

    opublikowano: 2014-11-06 19:00:34

    Dziś pracowaliśmy w niedużym gronie, więc mieliśmy szansę dobrze się poznać. Był czas na rozmowy przy kawie, na mnóstwo pytań, na komentarze do komentarzy, a nawet na dygresje ;) Spotkaliśmy się w naszej ulubionej Bibliotece Publicznej Dzielnicy Mokotów m.st. Warszawy przy ul. Czerniakowskiej 38a, gdzie - sprawdziliśmy to wcześniej - wyjątkowo dobrze się pisze. Dziękujemy za przemiłe przedpołudnie i zachęcamy do udziału w konkursie. Książki czekają :)

    Fot. Jacek Łagowski
    IMG_2417 IMG_2465 IMG_2436 IMG_2443

    W Olsztynie

    opublikowano: 2014-11-05 18:46:40

    Pełna sala, mnóstwo energii i znakomite teksty gotowe już po 8 minutach! Dzisiejsze spotkanie w Olsztynie zorganizowaliśmy we współpracy z Europejskim Stowarzyszeniem Edukacji i Rozwoju "PIONIER", które jest naszym wypróbowanym partnerem. Miło było zobaczyć znajome twarze! Cieszymy się, że uczestniczki zeszłorocznej edycji naszych warsztatów zabrały się za porządkowanie domowych archiwów i spisywanie rodzinnych opowieści. Trzymamy kciuki, a o efektach tej ciężkiej pracy z przyjemnością posłuchamy w czasie następnego spotkania :)

    ol1 ol2 ol3 ol4

    A w Krakowie na Grodzkiej...

    opublikowano: 2014-10-19 23:29:33

    Dziś w Parafii Ewangelicko-Augsburskiej piliśmy kawę, herbatę i pisaliśmy o cukierkach słodkich jak całusek, o największym baranku Shaun, książkach i koncentracji na tym, co się dzieje tu i teraz. Posileni pyszną zupą pomidorową z ryżem, zagryzaną świeżymi krakowskimi obwarzankami, rozmawialiśmy o przewadze czasu teraźniejszego nad przeszłym i o niebezpieczeństwie, jakie kryje się w nadmiarze przymiotników. Bardzo dziękujemy za gościnę i pomoc w organizacji warsztatów pani Agnieszce Godfrejów–Tarnogórskiej i liczymy na kolejne spotkanie :)

    krk1 krk2

    Lublin po raz drugi. I nie ostatni!

    opublikowano: 2014-10-17 20:32:20

    Dziś usłyszeliśmy wiele poruszających opowieści. Kolejny raz okazało się, że proste i bezpretensjonalne historie najlepiej się sprawdzają. Rozmawialiśmy o tym, że pisanie jest sztuką umiaru i zastanawialiśmy się, czy przymiotnik to nasz wróg, czy przyjaciel. Bardzo dziękujemy Zespołowi Ośrodków Wsparcia Lublin za zaproszenie, a uczestnikom warsztatów za wspólnie spędzony czas. Zachęcamy do udziału w konkursie literackim, bo szanse na wygraną są duże :)

    lub1

    Lublin po raz pierwszy

    opublikowano: 2014-10-16 17:28:44

    O walizce pełnej sukienek z koronki, tabliczce mnożenia, prezentach skrojonych na miarę, cukierkach z galaretką i prawdziwej choince pisaliśmy dziś w Dziennym Domu Pomocy Społecznej nr 2 w Lublinie. Dziękujemy za gościnę, już jutro druga tura :)

    lub3

    Piszemy w Łodzi

    opublikowano: 2014-10-15 19:06:48

    Dyskutowaliśmy o tym, jak zmienia się język, czym różni się prezent od daru i czy warto zaprzyjaźnić się z lustrem. Przyglądaliśmy się zdrobnieniom i przymiotnikom. Sprawdzaliśmy, czy warto eksperymentować z czasem teraźniejszym i wykreślaliśmy z tekstów pierwsze zdania. Dziękujemy Miejskiej Bibliotece Publicznej Łódź-Śródmieście przy ul. Andrzeja Struga za zaproszenie. Będziemy wracać tu z przyjemnością :)

    struga1

    Na Piotrkowskiej w Łodzi

    opublikowano: 2014-10-14 20:08:51

    Dziś było bardzo kameralnie i dzięki temu poznaliśmy mnóstwo ciekawych historii: o najsurowszej nauczycielce, zdradzieckiej przyjaciółce, szybowcach i kłopotach z basenem, okrągłym stole, walizce pełnej prezentów, lustrze i ozdobach choinkowych. Był też okolicznościowy wiersz z okazji dnia nauczyciela :) Bardzo dziękujemy za zaproszenie, do Domu Dziennego Pobytu przy ul. Piotrkowskiej z wielką chęcią wrócimy!

    piotrkowska1

    Rekord frekwencyjny!

    opublikowano: 2014-10-13 20:53:33

    Trzynaste warsztaty dla seniorów, 13 października i - całkowite zaskoczenie - 32 uczestników! Na szczęście w Urzędzie Miasta w Łodzi były mikrofony i bardzo długi stół, kawy i herbaty też dla wszystkich starczyło. Mamy nadzieję, że sprostaliśmy wyzwaniu i dziękujemy za wszystkie miłe słowa. A ta chwila, gdy w samo południe z okna sali, w której pracowaliśmy, hejnalista zagrał "Prząśniczkę", była magiczna :)

    Bardzo też dziękujemy p. Kasi Jarosińskiej z miejskiego Zespołu ds. Seniorów, dzięki której zajęcia się odbyły. I czekamy niecierpliwie na konkursowe teksty!

    um2_13_10

    Kameralne spotkanie w Łodzi

    opublikowano: 2014-10-09 20:29:53

    Dziś pracowaliśmy w mniejszym niż zazwyczaj gronie, ale dzięki temu usłyszeliśmy mnóstwo opowieści: o zegarze, który chodzi do tyłu, o rozmnażających się walizkach, o wymarzonym mieszkaniu, o córce, synu, wnukach i o lustrze, które pokazuje niechciane podobieństwo. Czas minął niepostrzeżenie. Dziękujemy Fundacji Edukacji i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego za zaproszenie nas do "sali przemian twórczych" :)

    l1 l2

    Zapisani w Krakowie :)

    opublikowano: 2014-10-02 20:57:29

    Tu zawsze jest magicznie. Wokół mnóstwo książek. Wracają wspomnienia, a opowieści same płyną. Dlatego tak lubimy pracować w Filii nr 19 Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Dobrego Pasterza 100 w Krakowie.

    krk1krk2

    Spotkanie w Białymstoku

    opublikowano: 2014-09-30 20:46:38

    Dużo emocji, mało zbędnych słów. Mocne czasowniki i rzeczowniki. Kilka starannie wybranych przymiotników. Czas teraźniejszy, jakby wszystko działo się na naszych oczach, tu i teraz. Tak pisaliśmy na warsztatach w Białymstoku podczas spotkania w Regionalnym Ośrodku Polityki Społecznej. Dziękujemy za wszystkie historie, momenty wzruszenia i miłe słowa na pożegnanie. Wrócimy :)

    bialystok1 bialystok2 bialystok3

    Toruń po raz drugi!

    opublikowano: 2014-09-29 20:30:38

    W naszej ulubionej toruńskiej bibliotece przy ul. Kościuszki 47 pisałyśmy, dyskutowałyśmy o pisaniu i o wydawaniu książek. Tym razem - co się rzadko zdarza - nie było na zajęciach żadnego mężczyzny! Bardzo dziękujemy wszystkim uczestniczkom za wspólnie spędzony czas, za ciekawe pytania, zaskakujące uwagi, za opowieści o skradzionym rowerze, siostrze-skarbonce czy skórzanej walizce - pustej, ale pełnej obietnic. Dziękujemy też pani Grażynie Zielińskiej i całemu bibliotecznemu zespołowi. Do zobaczenia w następnym sezonie :)

    torun

    Spotkanie w Toruniu

    opublikowano: 2014-09-25 20:51:37

    Kolejny raz odwiedziliśmy Filię Książnicy Kopernikańskiej, która mieści się przy ul. Kościuszki 47 w Toruniu i znów było fantastycznie :)
    W bajkowym entourage'u pisaliśmy o walizkach, lustrach, stołach i skarbonkach, o prezentach i o smaku dzieciństwa. Odwiedziła nas lokalna telewizja i fotograf z gazety "Nowości". Zainteresowanie zajęciami okazało się tak duże, że w poniedziałek znów jedziemy do Torunia!

    torun1

    Płock pisze

    opublikowano: 2014-09-24 20:42:56

    Na warsztatach w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej przy ul. Wolskiego 4 w Płocku zastanawialiśmy się, jak można uciszyć wewnętrznego krytyka, który powstrzymuje nas przed pisaniem i dzieleniem się z innymi swoimi tekstami, sprawdzaliśmy, czy korzystamy ze wszystkich zmysłów, gdy chcemy o czymś opowiedzieć, tropiliśmy podstępne przymiotniki i eksperymentowaliśmy z czasem teraźniejszym. Dziękujemy za zaproszenie, z pewnością jeszcze wrócimy do Płocka!

    plock2 plock3

    Mieszanka krakowska ;)

    opublikowano: 2014-09-18 22:30:45

    Budzik dzwoni o 3.20, a gdy nocną taryfą jedziesz na Dworzec Wschodni, w radiu mówią, że 15 października spadnie śnieg. Zamykasz oczy i już jesteś w Nowej Hucie, jesz mieszankę krakowską, dyskutujesz o zdradliwych przymiotnikach, pamiętnikach prababci i prozie życia. Kiedy wracasz wieczornym pociągiem, wyłączają światło, ale dostajesz od PKP jabłko w prezencie. Projektowy dzień jak co dzień ;)

    Bardzo dziękujemy seniorom z Krakowa za wspólną pracę, a Ośrodkowi Kultury im. Cypriana Kamila Norwida w Nowej Hucie (szczególnie Pani Joannie!) za gościnę. Bardzo się wzruszyłyśmy, gdy zobaczyłyśmy na zajęciach znajome twarze. Miło było porozmawiać z laureatką naszego ubiegłorocznego konkursu, panią Longiną, autorką tekstu, o którym Barbara Sułek-Kowalska napisała: „I znowu kawał polskiej historii ukrytej w historii zwyczajnej – niezwyczajnej łyżeczki".

    Dziękujemy za wspólną pracę, miłe słowa i poruszające rozmowy w czasie zajęć i po spotkaniu.

    DSC02210 DSC02214 DSC02228 DSC02226

    Warsztaty w Radomiu

    opublikowano: 2014-09-16 21:43:02

    Dziś spotkaliśmy się z seniorami w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Radomiu przy ul. Piłsudskiego. Pisaliśmy o lustrach, stołach, skarbonkach, ozdobach choinkowych i walizkach, o pierwszym dniu szkoły, ulubionych nauczycielach i słodkich krówkach. A w prezencie dostaliśmy wiersz o tym, jak to każdego dnia życie puszcza do nas perskie oko :)

    Dziękujemy pani Ilonie za zorganizowanie spotkania, a uczestnikom przypominamy o obietnicy, że wezmą udział w konkursie pisarskim!

    DSC02184 DSC02182 DSC02178 DSC02191

    Spotkanie w Bydgoszczy

    opublikowano: 2014-08-21 23:24:05

    O najpiękniejszych prezentach, cukierkach z Krakowa, lunatykowaniu i ulubionych nauczycielach pisaliśmy dziś z seniorami z Domu Dziennego Pobytu "Kapuściska" w Bydgoszczy. Obejrzeliśmy imponującą kronikę pełną zdjęć, porozmawialiśmy przy kawie o tym, co ważne. Bardzo dziękujemy za wspólnie spędzone godziny i za zaproszenie na obiad :)

    b1 b2 b4 b6

    Warsztaty w Warszawie

    opublikowano: 2014-08-07 20:42:58

    Były jabłka prosto z sadu i domowy kompot. W Domu Dziennego Pobytu Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej pisaliśmy o smaku krówek, kuchennych stołach, potłuczonych lustrach, walizkach, za małych bluzkach, sensie posiadania skarbonki i o świeczkach na choince. A tak naprawdę pisaliśmy o sobie, swoich emocjach i przeżyciach. Dziękujemy za wszystkie opowieści i czekamy na teksty konkursowe!

    w1_s w2_s w3_s w4_s

    Zapach truskawek

    opublikowano: 2014-08-06 14:05:38

    Wczoraj wróciliśmy z warsztatów w Gdańsku, a właśnie z tego miasta pochodzi Anna Włodarczyk, autorka książki "Zapach truskawek. Rodzinne opowieści" i bloga kulinarnego Strawberries from Poland.
    Tym, którzy za spisywanie swoich wspomnień właśnie się zabierają, polecamy rozmowę z Anią, w której opowiada nam o smaku miętusów od prababci Janinki, nieprzeprowadzonych rozmowach, zeszycie z przepisami cioci Loli i plamach z jedzenia na pożółkłych kartkach. Rozmowę można znaleźć w zakładce "Jak pisać".

    Fot. Jacek Łagowski
    thumb_wyluskuje-codziennosc

    Spotkanie z seniorami z Gdańska

    opublikowano: 2014-08-05 20:57:46

    Pogoda wakacyjna, morze tuż-tuż. Obawialiśmy się, że na nasze warsztaty pisarskie nikt nie dotrze. Ale w Lokalnym Centrum Wsparcia w Gdańsku Wrzeszczu czekało na nas kilkanaście osób. Jak to się często zdarza, seniorzy zadeklarowali na początku, że nie piszą i pisać nie będą, a po chwili opowieści same popłynęły :)
    Bardzo dziękujemy za wspólnie spędzony czas i wszystkie historie - kaszubskie, imieninowe, szkolne, wzruszające, zabawne i niedokończone.

    ok1_an ok2_agfa

    Pierwsze warsztaty już za nami :)

    opublikowano: 2014-08-04 20:44:53

    Termometr wskazywał 32 stopnie w cieniu i w Gdyni zbierało się na burzę. A my pisaliśmy o smakach i zapachach zapamiętanych z dzieciństwa, o kraciastych piknikowych kocach, najpiękniejszych prezentach i nauczycielach z podstawówki. Dziękujemy Stowarzyszeniu św. Mikołaja Biskupa za zaproszenie nas do siebie i zebranie tak wspaniałej grupy seniorów. Szczególnie dziękujemy pani Małgorzacie Chojnowskiej, nie tylko za domowe ciasto z porzeczkami, ale też za stworzenie cudownej atmosfery! Na pewno spotkamy się jeszcze nie raz :)
    Więcej zdjęć z zajęć można obejrzeć na naszym profilu na Facebooku.

    gdynia1gdynia2gdynia3gdynia4

    PISZEMY+ po raz drugi!

    opublikowano: 2014-07-01 21:15:59

    Udało się! Już oficjalnie możemy Państwa zaprosić na drugą edycję bezpłatnych warsztatów twórczego pisania dla osób 60+. Tym razem zorganizujemy 28 spotkań - odbędą się między sierpniem a listopadem 2014 r. w Warszawie, Łodzi, Gdańsku, Gdyni, Toruniu, Białymstoku, Lublinie, Kielcach, Radomiu, Krakowie, Olsztynie, Bydgoszczy, Skierniewicach, Płocku i Białej Podlaskiej. Kilkanaście osób z różnych zakątków Polski będzie też mogło wziąć udział w warsztatach odbywających się on-line. Oczywiście wszystkich uczestników zajęć zaprosimy do udziału w konkursie z nagrodami. Na razie planujemy, przygotowujemy się i zbieramy siły, a już wkrótce podamy więcej szczegółów.

    Projekt "PISZEMY+ po raz drugi" jest współfinansowany ze środków otrzymanych od Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020.

    Print

    Bardzo dziękujemy :)

    opublikowano: 2013-12-17 20:06:48

    Drodzy Państwo! Odbyły się już wszystkie warsztaty zaplanowane w ramach projektu PISZEMY+, skończył się też konkurs literacki. Bardzo dziękujemy osobom, które na różne sposoby wspierały nas przez kilka ostatnich miesięcy. Bardzo też dziękujemy wszystkim 455 uczestnikom warsztatów pisarskich - szczególnie tym, którzy postanowili podzielić się z nami opowieściami rodzinnymi :)

    Dziś w jednej z ankiet ewaluacyjnych wypełnianych przez seniorów uczestniczących w warsztatach przeczytaliśmy: "Byłam nieśmiała, niezdecydowana, obawiałam się, że nie potrafię się wywiązać – było to mylne. Zrozumiałam, że mając 99 lat wiele potrafię. Jestem ogromnie szczęśliwa. Zrozumiałam, że mój umysł jeszcze pracuje”.
    Przypomnieliśmy też sobie panią Mariannę, która na zajęcia do Katowic przyjechała autostopem z Puław.
    I obiecaliśmy sobie, że projekt PISZEMY+ będziemy kontynuować. Proszę trzymać za nas kciuki, a w wolnym czasie przeczytać nagrodzone w konkursie teksty.

    Żelazko z duszą

    opublikowano: 2013-12-11 19:38:31

    Tekst Huberta Panasa to lektura obowiązkowa. Więcej słów nie trzeba.

    Żelazko z duszą

    Dom drewniany, wiekowy, strzechą kryty. Połowa naszego domu biała, stryja Jana czerwona. Tato Stanisław i brat Jan tak wyrazili patriotyzm.
    Wewnątrz naszej połowy duża kuchnia, w niej dwa szlabany, stół duży, ława, taborety, szafka z naczyniami. Obok pieca – półka, na której stały gliniane garnki, dzbany, ładyszki oraz przedmiot mojej dziecięcej ciekawości: żelazko z duszą.
    Mosiężne, z drewnianą rączką. Dusze żeliwne, czarne, ogniem przypalane, okopcone.
    Zaciekawiony przyglądam się, jak Mama uchwytem drucianym wyciąga z paleniska kuchni duszę, wkłada do wnętrza żelazka, zamyka ją specjalną blaszaną blokadą. Druga dusza grzeje się w ogniu.
    Z buzią otwartą obserwuję wykonywaną sprawnie pracę. Zawsze tak samo, identycznie. Dusza do paleniska, stół przykrywa kocem i płótnem, składa na szlaban stos wypranej bielizny, wkłada duszę, czeka chwil kilka, oślinionym palcem sprawdza ciepłotę dna żelazka, wyciera o płótno i prasuje, prasuje, prasuje!
    Wykonuje jednocześnie inne czynności: drewnianą łyżką miesza w garnku, soli, dosypuje, smakuje, dolewa, podkłada drzewo, zagląda do pieca, gdzie suszy chleb i znów żelazko w ruchu.
    Jest to rok 1941. Trwa okupacja sowiecka. Rodzina przygotowana jest do ewentualnej wywózki na Sybir. Spakowane są ubrania, mąka, sól, trochę cukru, zapałki. Stoi w alkierzu worek sucharów. Mama z Tatą zdenerwowani coś dokładają, odkładają.
    Pierwszy raz ostrzeżeni uciekliśmy, transport odjechał, my zostaliśmy. Jak długo? Czy zostawią nas w spokoju? Jesteśmy na liście.
    Przywołuje do porządku kłócące się o zabawki siostry i brata. Przypomina, by bawili najmłodszą siostrę – leżącą w kołysce Basię.
    Żelazko z duszą śmiga po bluzeczkach, fartuszkach, koszulkach i innych fatałaszkach. Znikł stos bielizny ze szlabana. Wszystko ładnie posortowane, poukładane, wszystko gotowe na każdą ewentualność.
    Natalcia, Stasia sprzątajcie stół. Tatuś już idzie na obiad.
    Hubercik, Januszek, myjcie rączki. Siadajcie do stołu. Nie kłócić się o miejsca!
    Każdy ma glinianą miskę pożywnej jarzynowej zupy. Na środku stołu koszyk skrojonego chleba.
    Zmówimy modlitwę – mówi Tatuś.
    Panie Boże, dziękujemy za dzisiejszy obiad. Spraw, by naszej rodzinie nigdy nie zabrakło zupy i chleba, byśmy nigdy nie zaznali głodu. Spraw, by wszyscy ludzie w Polsce i na świecie byli bezpieczni, nie zaznali głodu, ognia i wojny. Amen.
    Kot i pies miauczeniem i szczeknięciem również dopominają się o jedzenie.
    Dostaniecie, dostaniecie – mówi pieszczotliwie do zwierząt Mamusia.
    Zwierzęta – pouczała nas – to członkowie naszej rodziny, muszą dostać to samo jedzenie, co wszyscy.
    22 czerwca 1941 roku. Uciekamy o świcie z płonącego domu. Warkot samolotów, wybuchy bomb i pocisków, strzały, pożoga ognia.
    Dom biało-czerwony, nasze zabudowania gospodarcze, domy sąsiadów – spłonęły.
    Żelazko bez duszy i rączki drewnianej, sczerniałe, chropowate, odnalazłem pod gruzami komina na pogorzelisku.

    Obraz

    opublikowano: 2013-12-10 20:13:25

    Oddajmy głos jurorom. Prof. Michał Kuziak: "Tekst znakomicie (i lirycznie) splata perspektywę spojrzenia małej dziewczynki i dorosłej kobiety, która, idąc w ślady dziadka, również maluje i patrzy na świat jego oczyma". Barbara Sułek-Kowalska: "Piękny język, wysmakowane szczegóły, dobrze naszkicowany obraz dziecięcego dramatu niezrozumienia świata”.
    Joanna Rodowicz za swoje opowiadanie otrzymała jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych. Przeczytajcie, poczujcie smak słodkiego rachatłukum.

    Obraz

    dziadkowi Marcelemu (Nałęcz) Dobrowolskiemu

    Szłam w starych sandałkach a z nich wystawały moje czarne od ziemi paluchy. Wpatrywałam się ze skupieniem w teren tuż przed nimi. Piękny, letni, słoneczny dzień powodował kompletną beztroskę w moim myśleniu.
    Skupiałam się na kopczykach kretów wyrastających jeden obok drugiego na całej łące.
    Kasetę z farbami dziadzia Marcelego traktowałam jak skrzynię pirackich skarbów. Właśnie dzisiaj dane mi było w nagrodę taszczyć ją za dziadziem na jego plenerową wyprawę. Przeskakiwałam przez kolejny kopczyk, a kaseta wisząca na rzemiennym pasku, uderzała mnie boleśnie po łydkach. Nie spoglądałam na idącą przede mną wielką sztalugę z ciągnącym się z nią taboretem i wystającymi spoza tego dziwnego rusztowania stopami dziadka.
    Dzisiaj po 60 latach maluję portret i gdy siadam przy tej samej sztaludze i biorę do ręki pędzel z tej samej kasety, wciąż widzę taki właśnie obraz z przeszłości, a kaseta do dzisiaj nie straciła nic ze swej wyjątkowej wartości skarbu.
    Nie mogę uwierzyć że to nie było wczoraj, gdy się pytałam:
    - Dziadziusiu, a jak namalować tego dzięcioła, żeby było widać, że tak szybko uderza dziobkiem w drzewo?
    Odpowiedź zagłusza mój głośny szloch. Woda do płukania pędzelka zalała cały narożnik kartki, a tam właśnie miały siedzieć sikorki.
    Wtedy miałam 6 lat, a dziadziuś Marceli cierpliwie i z wielką czułością ocierał mi łzy. Potem prostował pofałdowaną, kartkę nabrzmiałą od rozlanej wody. Uczył i pokazywał jak wybrnąć z katastrofy i narysować ukochanego dzięcioła, dla którego jedno z drzew pod oknem było najlepszą zimową stołówką. Tyle razy siedzieliśmy razem przy tym oknie obserwując ptaki przylatujące do karmnika! Malowaliśmy je. Dziadziuś akwarelami, ja swoimi farbkami, nieudolnie.
    Dziadziuś Marceli rozwiązywał każde trudne zagadnienie dotyczące rysunku i malarstwa. Był też znawcą historii sztuki, języka polskiego, łaciny, greki, rosyjskiego, hebrajskiego. Recytował ogromne fragmenty poezji w tych językach i zawsze wiersze brzmiały melodyjnie i jakoś niezwykle.
    W strofach chyba „Stepów Akermańskich” Mickiewicza ktoś miał laurowy liść a po hebrajsku brzmiało: „bobkowy liść” ! W recytowanej z patosem poezji ten liść bobkowy doprowadzał mnie zawsze do wybuchu nieopanowanego śmiechu.
    Wokół dziadka Marcelego zawsze zbierali się ciekawi ludzie z samej najwartościowszej elity intelektualnej. Wcześniej, w czasach studenckich, gdy mieszkał w Krakowie, przyjaźnił się z Jackiem Malczewskim, który został chrzestnym ojcem mojej mamy. Wielu sławnych artystów tamtej epoki ceniło zdanie dziadzia i podziwiało jego prace malarskie.
    Im więcej lat upływa od dnia, gdy go nie ma wśród nas, tym częściej chciałabym się o coś ważnego zapytać i tylko on znałby właściwą odpowiedź.
    - Dziadziu, jak rozrabiałeś szelak? Co robiłeś, że klej z granulek tak pięknie się rozpływał?
    - Jak kładłeś tym dużym pędzlem kolor liści, że nabierały głębi i powietrza?
    - Co sądzisz o moim ukochanym Słowackim? I jaka jest recepta na Twoją nalewkę z gruszek?
    Jego fotel był granicą dla złych mocy. Tam była moja forteca i tam miałam swój wysiedziany stołeczek. Tam nikt nie mógł zrobić mi krzywdy!
    Czasami wdrapywałam się na oparcie fotela i przeszkadzając mu w pracy nad kolejnym artykułem lub rysunkiem pytałam konspiracyjnie:
    - Powiedz mi w tajemnicy, kiedy sprzedaż obrazek i przywieziesz kostki rachatłukum?
    Całe życie byłam łakomczuchem a dziadziuś nie zważając na dramatyczne ubóstwo w jakich znalazła się cała rodzina, gdy dostał jakiekolwiek wynagrodzenie kupował mi zawsze najlepsze kąski.
    - Tatusiu, przecież mamy wciąż długi w sklepiku i za mieszkanie! - mówiła z rozpaczą moja mama . – Nie wiem za co kupię cokolwiek na obiad dla naszej pięcioosobowej rodziny! - słyszę straszny żal w jej głosie.
    Te łakocie od dziadka Marcelego odwracały dziecięcą uwagę od najtrudniejszego okresu moich bliskich. Teraz też zdarza się, że mam ochotę wdrapać się na poręcz fotela i zapytać:
    - Dziadziu, kiedy…
    Cisza… Nie ma Cię tu…
    A jednak zostałeś. Zostałeś we mnie, dziadziu.
    Mierzę świat Twoją estetyką, maluję kierując się Twoimi zasadami, krytykuję według Twoich argumentów. I choć dawno już nie słyszę Twojego głosu i nie korzystam z czułej ochrony, to wszystko pamiętam.
    Pamiętam, bo tak duża część duszy jest od Ciebie.
    Teraz, kiedy coraz lepiej znam topografię cmentarzy, dojrzałam i zrozumiałam sens wielu Twoich słów, których wtedy nie usłyszałam. Miłość, w którą mnie wyposażyłeś, noszę wciąż jak talizman, i przekazuję powolutku moim wnukom, aby i one poczuły piękno Twojej duszy.

    Zdjęcie Cioci Ani

    opublikowano: 2013-12-10 19:56:29

    Historię cioci Ani, która nie miała szczęścia do mężczyzn, spisała Iwona Pawłowicz. Jurorzy pochwalili tekst za "pozorną lekkość i prawdziwy humor", "zaskakującą głębię" (Barbara Sułek-Kowalska) oraz "ironiczny dystans" (prof. Michał Kuziak) i przyznali autorce jedną z sześciu równorzędnych nagród dodatkowych.

    Zdjęcie Cioci Ani

    Kiedy moja Mama wyszła za mąż i przeprowadziła się do Poznania, otrzymała zadanie znalezienia dobrego męża dla siostry Anny. Ciotka osiągnęła już trzydziestą drugą wiosnę życia, ale nadal czekała na księcia z bajki. Moi Rodzice wyszukiwali jej kolejnych adoratorów, którzy nawet byli zainteresowani, ale ciotka kręciła nosem. Ten za wysoki, tamten za niski. Jeden za gruby, drugi za chudy. Iksińskiemu pocą się dłonie, a Ygrekowi rosną włosy na palcach rąk. Któryś sepleni, a inny ma śmiesznie brzmiący głos.
    Rozwiedziony? Odpada. Wdowiec? Tylko bezdzietny. Z jednym dzieckiem? Nie, nie, dziękuję.
    Rodzice dwoili się i troili, chodzili z nią na Bale Matrymonialne, zabierali na wieczorki zapoznawcze. Rozglądali się wśród znajomych.
    - Nie znasz kogoś odpowiedniego dla Ani? – wypytywał Ojciec kolegów.
    I tak w bezżennym stanie dotarła ciotka do 45 roku życia, ale poprzeczki nie obniżyła.
    - Sama widzisz, że nic ciekawego się nie trafia – tłumaczyła zasmuconej jej staropanieństwem siostrze.
    I nagle gruchnęła wieść, że ciotka Ania z kimś się spotyka.
    Sensacja. Poruszenie w rodzinie. Główny temat rozmów.
    W końcu zjawiła się u nas z promiennym uśmiechem i uchyliła rąbka tajemnicy.
    - Jest taki przystojny! – zachwalała. – A kiedy idzie ulicą wysoki, wyprostowany jak topola… - zawiesiła tajemniczo głos, wpatrując się w przestrzeń błyszczącymi oczami. – W niebieskim mundurze…
    - W niebieskim mundurze? – powtórzyła moja Mama z lekkim niepokojem w głosie.
    - Jest milicjantem – wyjaśniła ciotka z dumą. – I bezdzietnym wdowcem – podkreśliła szybko, widząc w oczach siostry cień dezaprobaty.
    I zapowiedziała, że wkrótce przedstawi wybrańca rodzinie. Czekaliśmy z niecierpliwością jak wygląda człowiek, który zdołał usidlić naszą ciotkę.
    - Nie za wysoki i nie za niski – dworowała sobie moja siostra.
    - Niezbyt gruby, ale i niezbyt chudy – śmiał się mój brat.
    - Wszystko musi mieć w sam raz i na swoim miejscu – przymykał dwuznacznie oko Ojciec.
    - Dajcie spokój – strofowała nas łagodnie Mama. – Żeby wreszcie coś z tego było! – wzdychała ciężko i wznosiła oczy do nieba.
    No i pojawili się – ona roześmiana, radosna, on – zwaliste chłopisko o czerwonym, grubo ciosanym obliczu, z czarnymi włosami lśniącymi od brylantyny, zaczesanymi gładko do góry. Ciotka szczebiotała podekscytowana jak nastolatka, a on prawie się nie odzywał, komentując wszystko tajemniczym „he, he, he…”. Cóż - „degustibus non est disputandum”, a w końcu wszyscy byli zadowoleni – ciotka, że znalazła tak przystojnego mężczyznę (!?), reszta, że wreszcie kogoś zaakceptowała.
    Uff!! Baba z wozu…
    Ślub odbył się w mroźną, styczniową sobotę. (- Tylko cywilny!? - oburzała się moja religijna Mama. -Przecież jest milicjantem… - tłumaczyła ciotka. - To może w innej parafii, po cichu - nalegała Mama. -Zobaczymy, coś się wymyśli… - zapewniała ciotka, ale Mamie ta sprawa nie dawała spokoju). Panna Młoda promieniała szczęściem, wpatrywała się z zachwytem w ogorzałe oblicze świeżo upieczonego małżonka i zerkała z dumą na błyszczącą na palcu obrączkę. Pan Młody przy weselnym rosole nie omieszkał wypomnieć wybrance, że dopiero w USC dowiedział się, ile naprawdę ma lat, co ciotka zbyła kokieteryjnym śmiechem: - Przecież i tak nie dałbyś mi tyle, prawda?
    I odtąd żyli spokojnie, razem z czterdziesto rasowym pieskiem o dziwnym imieniu „Żabek”. – Znajomy zapewniał, że daje nam suczkę, więc nazwaliśmy ją Żabka – wyjaśniała ciotka. - Potem wyszło szydło z worka („he,he,he…"), ale pies już reagował na swoje imię…
    Przyjeżdżali do nas w Boże Narodzenie, kiedy przy stole gromadziła się cała rodzina. Ciotka brylowała, chichotała głośno, przekrzykiwała wszystkich, robiła wiele hałasu, a jej małżonek palił papierosy, raz po raz sięgał po kieliszek i tylko czasami rzucał swoje „he, he, he…”. Zdjęcie, które mam przed sobą, zostało zrobione podczas takiego świątecznego obiadu. Na pierwszym planie widać uśmiechniętą szeroko ładną brunetkę, przytulającą się do dużego mężczyzny w białej koszuli.
    Myślę, że byli ze sobą szczęśliwi.
    Trzynaście lat po ślubie lekarze wykryli u męża ciotki raka płuc. Ciotka bała się jego umierania w cierpieniu, ale litościwa śmierć przyszła szybko w postaci rozległego zawału serca. Stało się to zaledwie pół roku po zgonie mojego Ojca. W tak krótkim odstępie czasu obydwie siostry zostały wdowami.
    Kiedy ciocia Ania otrząsnęła się z szoku, przystąpiła do porządkowania swojego życia. Zaczęła odpowiadać na ogłoszenia matrymonialne i któregoś niedzielnego popołudnia zjawiła się w naszym mieszkaniu z ciastem, oznajmiając bez ogródek:
    - Za pół godziny przyjdzie pewien pan. Nie chcę przyjmować go u siebie, więc zaproponowałam spotkanie u mojej siostry.
    Widząc nasze zdumione spojrzenia dodała:
    - Ocenicie, czy wam się podoba.
    I zaczęło się. Przychodzili w niedzielne popołudnia. Za wysoki i za niski. Za stary i za gruby. Zresztą Ciotka nie owijała wełny w bawełnę.
    - Sam pan widzi – mówiła do gościa po pół godzinie rozmowy. – Nie pasujemy do siebie.
    I z uśmiechem wstawała od stołu dając znak, że koniec posłuchania.
    Moja Mama przyjmowała te niedzielne wizyty ze spokojem, mnie natomiast złościła plejada mężczyzn przewijających się przez nasz dom.
    - Widziałaś? Jak ci się podobał? – wypytywała mnie gorączkowo ciotka po wyjściu tych, którzy nie odpadali na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej.
    W końcu odpuściła. Być może każdego porównywała z „wysokim, prostym jak topola mundurowym…”.
    Potem musiała pożegnać „Żabka”. Włożyła go do foliowej torebki i zakopała pod lasem. Ale po trzech dniach dowiedziała się z przerażeniem od sąsiadki, że psy grzebie się w kartonach. Nie spała całą noc, a rankiem wzięła pudełko po butach męża, wydobyła psinę z grobu ( i z foliowej torebki), włożyła do właściwego opakowania i ponownie wyprawiła mu pogrzeb.
    Odeszła kilka lat później. Akurat byłam w ósmym miesiącu ciąży.
    Cieszyła się, że będę miała dziecko.
    - Nie zostaniesz sama na starość.
    Wtedy zrozumiałam, jak bardzo tego się bała.
    - Będziesz musiała kiedyś mną się zaopiekować – powtarzała, a na moje nieco zdumione spojrzenie, dodawała wyjaśniająco: W końcu jesteś moją siostrzeniczką (używała takiego zdrobnienia) – a ja nikogo nie mam…
    Nie widziała entuzjazmu w moich oczach.
    Umarła stanowczo za wcześnie. Miała jeszcze tyle energii.
    Może nie chciała być dla mnie ciężarem?
    Kiedy patrzę na zdjęcie, słyszę perlisty śmiech, który wypełniał pomieszczenie, gdy się pojawiała.
    Niektórych drażniła jej hałaśliwość, ale wielu z nas uważało, że wnosi radość i nieustający optymizm…
    Ciocia Ania…

    Kochani wnukowie!

    opublikowano: 2013-12-10 19:30:40

    Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy, uznał, że: "wspomnienie o zwyczajnym rowerku dziecięcym może być dziś inspiracją do budowania więzi z wnukami". Pozostali jurorzy się z nim zgodzili i do Urszuli Chojnackiej trafiła jedna z sześciu dodatkowych nagród w konkursie. Choć list nie do nas jest adresowany, zachęcamy do lektury ;)

    rower

    Kochani Wnukowie, Marcelku, Gabrielku, Wojtusiu!

    Pisze do Was babcia Ula. Tęsknię bardzo za Wami.
    Niecierpliwie czekam na przyszłoroczne wakacje, kiedy przyjedziecie do mnie na działkę. Wtedy wszyscy wybierzemy się na wycieczkę rowerami. Wasza babcia lubi spędzać w ten sposób wolny czas.
    Popatrzcie teraz na zdjęcia, które Wam włożyłam do listu. Zobaczycie na nich mnie, gdy byłam mała. Ubrana byłam w białą, letnią sukienkę, a włosy miałam obcięte na 'polkę'. Jednak najważniejszy jest rowerek, na którym wprost szalałam, robiąc kółka i ósemki po podwórku. Mój "bobo" różnił się bardzo od Waszych dwukołowych pojazdów, nie był ani taki kolorowy, ani dobrze wyposażony, ani też dostosowany do potrzeb małego cyklisty.
    Nie miał wolnego biegu, więc pedałki kręciły się bez ustanku, a wraz z nimi nóżki dziecka. Nie było też bocznych kółek ani specjalnej rączki pozwalającej rodzicowi prowadzić bezpiecznie wehikuł malca. Jedynie na początku nauki jazdy montowano gruby kij za siodełkiem, który później tylko utrudniał złapanie równowagi. Dlatego babcia Ula szybko się go pozbyła, aby nie przeszkadzał w jeździe. Problemem było hamowanie, gdyż rowerek miał torpedo zamiast hamulców ręcznych tylnych i przednich, więc zatrzymywałam swój pojazd szorując butami po ziemi i krzycząc: 'Uwaga, nie umiem hamować!
    Jak widzicie, mój rowerek nie był nowy, odziedziczyłam go po starszym bracie - Heniu, on zaś po siostrze Krysi i ja, trzy lata potem, musiałam oddać go młodszemu bratu Jankowi.
    Wysłużył się nasz wehikuł, więc aby był ładniejszy, to na święto 1 Maja i Dzień Dziecka ozdabialiśmy szprychy kół kolorowymi wstążkami z bibuły. Wtedy to jazda na rowerze nabierała dodatkowego efektu - szelestu wiatru - i wydawało się babci, że leci samolotem.
    Zaczarować mój rowerek mogłam bardzo łatwo, wystarczyło dowiązać długi sznurek lub skakankę do siodełka, a inne dzieci trzymając się zań biegły tworząc węża albo pociąg, który skręcał to w prawo, to w lewo. Ileż było przy tym śmiechu i wesołej zabawy!
    Innym razem doczepiałam wózek dla lalek lub duże pudełko, byłam wtedy woźnicą karety.
    A kiedy ciągnęłam platformę od starego wózka dziecinnego, na której siedział mój mały braciszek, wtedy udawaliśmy taksówkę lub ciężarówkę.
    Najwspanialsze były jednak te dni, gdy jechałam do zoo, a rodzice kupowali nam, dzieciom, kolorowe wiatraczki i baloniki na druciku. Te zabawki łatwo można było umocować przy kierownicy rowerka, a wtedy .... mój pojazd stawał się helikopterem lub podniebnym balonem lecącym daleko w świat.
    To były niezapomniane chwile i zabawy, gdyż wystarczyło nam tylko trochę wyobraźni i parę zwykłych przedmiotów, aby przemienić rzeczywistość w krainę z bajki.
    Pragnę więc i Was, kochane wnuki, zaprosić do świata fantazji. Pokazać całe piękno otaczającej nas przyrody, nauczyć cieszyć się kamyczkiem, patyczkiem, szkiełkiem, sznurkiem czy guziczkiem, a nie tylko kupioną wymyślną zabawką.
    Wiem, że Wasze rowerki są wspaniałe i tylko czekają, abyście je dosiedli. Kiedy odwiedzicie mnie razem z rodzicami, wtedy wybierzemy się na wycieczki do lasu lub nad rzeczkę Pisię. Obserwować będziemy napotkane zwierzątka i rośliny.
    Możemy zrobić wyścigi, tor przeszkód, ozdobić Wasze pojazdy tak, jak ja upiększałam swoje bobo. Wymyślimy sto innych fantastycznych zabaw.
    Myślę, że nasze wyprawy będą dla wszystkich niezapomnianą wakacyjną przygodą.
    Serdecznie Was pozdrawiam i całuję Wasze milutkie buziaczki.
    Babcia Ula
    PS. Napisałam dla Was wiersze o tym, jak bardzo kocham Was, rowery i przygodę. Wasza ba-bunia Ula.

    Dziadek Staś

    opublikowano: 2013-12-10 19:17:12

    „Bezpretensjonalna, choć nie pozbawiona zaskakujących skojarzeń i zwrotów historia o dziadku siłaczu, którego w Tule wypatrzyła młodziutka Polka i przywiozła do Grajewa. Pokora wobec upływającego czasu, chęć zachowania dziedzictwa i szacunek wobec rodzinnych tajemnic”. Tak tekst Apoloniusza Ciołkiewicza podsumowała nasza jurorka Barbara Sułek-Kowalska. Autor otrzymał jedną z sześciu dodatkowych nagród w naszym konkursie.

    dziadek_stas

    Dziadek Staś - 90 pracowitych lat

    Kim jest ten młody, muskularny mężczyzna na wyszczerbionej zębem czasu fotografii? To mój dziadek Stanisław – ojciec mojej Mamy. Dla mnie po prostu – Dziadek Staś.
    – Weź szczotkę i podrap mnie po plecach – prosił Dziadek mnie albo mojego młodszego o dwa lata braciszka.
    Jak można odmówić tej drobnej przyjemności człowiekowi, który potrafił odwdzięczyć się cukierkiem albo oranżadą, którą zawsze nazywał „sinalko”?
    Na fotografii dziadek ma 21 lat i mija rok 1916... Ojciec mojej mamy jest jeszcze kawalerem i występuje jako siłacz w cyrku w dalekiej, rosyjskiej Tule. Tam urodziła się moja mama, stamtąd przywieziono też samowar, który był przez lata otoczony moją bezbrzeżną czcią jako przedmiot tyleż tajemniczy, co i nieużyteczny, bo nigdy go nie widziałem w herbacianej akcji...
    Dziadek Staś urodził się w Orzechówce, niedaleko Rajgrodu. O jego rodzicach, a moich pradziadkach wiem zdecydowanie malutko: prababka miała na imię Anna i była niepiśmienna, pradziadek nazywał się też Stanisław. Słyszałem jeszcze o siostrze dziadka, również Annie. Wszystko.
    Trudno było od Dziadka wyszarpnąć jakieś zwierzenia.
    – Dziadku, a co Ty robiłeś w Rosji?
    – Mieszkałem...
    Bardziej rozmowna była Babcia, urodzona w miasteczku Wysoki Dwór (obecnie Aukštadvaris) na Wileńszczyźnie. Wysoki Dwór należał kiedyś do Franciszka Malewskiego, przyjaciela Adama Mickiewicza. Mickiewicz często spędzał tam wakacje i kto wie, czy nie widział gdzieś w opłotkach małej litewskiej dziewczynki Aniuty Żylonis. Bo Mama mojej Babci, a Babcia mojej Mamy była Litwinką... Wyszła za mąż za Polaka.
    Dziadkowie poznali się w rosyjskiej Tule, albowiem zostali wywiezieni przez Rosjan podczas pierwszej wojny. Babcia, siedemnastoletnia dziewczyna, wybrała się pewnego razu do cyrku. I wpadł jej w oko młody atleta, podnoszący kolejową drezynę! Nie bez znaczenia był oczywiście fakt, że ów siłacz mówił po polsku...
    Pobrali się po rewolucji bolszewickiej, ale jeszcze przed końcem wojny. Moja Mama urodziła się z tego związku na przełomie lat. Jak można się urodzić na przełomie lat? W rosyjskiej metryce urodzenia figurowała data 24 grudnia 1919 roku. To według kalendarza juliańskiego, który jeszcze wtedy w Tule najwidoczniej nie chciał skapitulować. Wedle kalendarza gregoriańskiego Mama urodziła się 6 stycznia 1920 r. I mimo tłumaczeń Dziadków jakiś tępy urzędnik w Grajewie wpisał jako datę urodzenia tę grudniową. Bo tak „stało” w dokumencie rosyjskim!
    Z Rosji Dziadek wraz z Babcią i maleńką Marysią (moja Mama) przyjechali do Grajewa w Białostockiem. Tu urodził się im syn Aleksander, którego podczas drugiej wojny sowieci wywieźli i zamordowali w Azerbejdżanie.
    Do wybuchu wojny Dziadek Stanisław pracował „przy koniach” IX Pułku Strzelców Konnych. Jego bezpośrednim przełożonym był Żyd Lipszyc. Podczas okupacji hitlerowskiej próbował uratować synów Lipszyca, ale sąsiad – folksdojcz udaremnił ten zamiar.
    Potem w PRL-u pracował jako stróż nocny i dorobił się emerytury.
    Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze musiał coś robić. Taka, uwarunkowana chyba genetycznie, chłopska pracowitość. Krzątał się po obejściu, wcześniej hodował konie, krowy, owce. Swego zięcia, a mojego Tatę tolerował, wnuki lubił. Mojemu młodszemu bratu przepowiadał karierę wojskową. Niestety, brat zginął w wieku 24 lat. Jako cywil...
    Nawet w dniu śmierci Babci Dziadek nie zapomniał, że trzeba narąbać drzewa na opał. Zaś po kilku latach zdenerwował się faktem, ze rosnące obok domu drzewo swoją niesforną gałęzią zaczepia o dachówkę, usiłując ją zrzucić wszedł na dach, żeby upiłować gałąź. I spadł. Razem z upiłowaną gałęzią.
    Leżał jeszcze w szpitalu, ze złamanym biodrem, przez ponad 3 miesiące. Zapalenie płuc zabiło go dopiero za trzecim razem. Lekarz prowadzący powiedział mi na pociechę: – Życzę panu, żeby miał takie serce jak Dziadek...
    Zmarł w wieku 90 lat, 26 września 1986 roku. Po miesiącu i czterech dniach urodziła się moja najmłodsza córka...
    *
    Miał też dziadek Stanisław swoje wady. Nie będę o nich pisał z paru powodów. Po pierwsze - nikt nie jest wad pozbawiony. Po drugie – starożytni Rzymianie pouczali, że „de mortuis nil nisi bene”. Po trzecie w końcu – pisanie o wadach Dziadka Stasia też zajęłoby sporo miejsca i czasu...

    To tylko łyżeczka

    opublikowano: 2013-12-09 19:02:34

    Zachęcamy do przeczytania tekstu Longiny Bujas, która w naszym konkursie otrzymała jedną z sześciu nagród dodatkowych. Jak zauważyła jurorka, Barbara Sułek-Kowalska, to "kawał polskiej historii ukrytej w historii zwyczajnej – niezwyczajnej łyżeczki".

    To tylko łyżeczka

    Drewniany domek z gankiem, w którym się wychowałam, był jednym z ostatnich domów pod lasem, przy ul. Lipowej 50 w Hajnówce. Zdarzenie, które zapamiętałam z wczesnego dzieciństwa, to zabawa z Irką w opustoszałym domu. Podłoga z szerokich pomalowanych desek skrzypiała i dudniła, gdy biegałyśmy od ściany do ściany. Chowanie się w zakamarkach było dodatkową frajdą.
    Na niskiej kuchennej szafce był dom naszych lalek. Właśnie były usadzone do obiadku, gdy do kuchni wpadł tato z mamą Irki, wykrzykiwali coś nerwowo i porwali nas jak stałyśmy, mimo protestów i płaczu. Tata w dodatku owinął mnie pierzyną i wybiegł z domu. Po chwili byłam już w „ziemlance”. Tak rodzice nazywali piwnicę obsypaną ziemią i porośniętą trawą.
    Bardzo tego nie lubiłam. W ziemlance było ciasno i ciemno. Jedynym, co uratowałam podczas tej ewakuacji była malutka łyżeczka, którą karmiłam lalki.
    Ta łyżeczka to był mój wielki skarb, z którym się nie rozstawałam. Teraz też ona uspokoiła mnie i utuliła do snu.
    Znacznie później poznałam powód tak brutalnego przerwania zabawy i historię mojej łyżeczki.
    Łyżeczkę podarowała mi moja chrzestna, gdy spadłam z huśtawki i bardzo się potłukłam – jako „pocieszycielkę”. Opowiedziano mi również, jak podczas nalotu i strzelaniny tato wyniósł mnie do schronu. Wydarzenie to wzbudzało w rodzinie wiele emocji, bo po wojnie mama „wymacała” w pierzynie pocisk, który utknął podczas tej ucieczki. Mówiono więc, że pierzyna uratowała mi życie, a ja czułam się bezpieczna z łyżeczką, ona mnie chroniła.
    Łyżeczkę zabrałam do internatu, gdy chodziłam do liceum. Gdy wyprowadziliśmy się z Podlasia do Krakowa pozostało wiele rzeczy gospodarstwa domowego, nawet cennych. W ostatniej chwili przypomniałam sobie o mojej łyżeczce, przeszukiwałam nerwowo szuflady, a mama powiedziała – daj spokój, to tylko łyżeczka.
    Znalazłam i było mi lżej wyjeżdżać.
    Od tej pory pilnowałam jej jeszcze bardziej. Zabrałam ją, gdy otrzymałam pierwszą posadę w wiejskiej szkole. Była w moich rzeczach, gdy wprowadzałam się do teściów, a później do własnego domu.
    Mam ją do dziś!
    Szkoda, że nie poznam już historii łyżeczki nim trafiła do mnie. Nie żyje już chrzestna, która mi ją podarowała ani moi rodzice, którzy mogli na ten temat coś wiedzieć.
    A łyżeczka „seniorka” – około siedemdziesiątki – może znacznie więcej, nadal błyszczy i nie znać na niej czasu. Jako przedmiot mało użyteczny ze względu na swoje rozmiary zachowała młodość. A ja wiem na pewno, że będę chciała jeszcze przedłużyć jej żywot. Podaruję ją mojej wnuczce Kasi z nadzieją, że się z nią zaprzyjaźni tak jak ja.

    Maszyna do szycia

    opublikowano: 2013-12-09 14:53:27

    Barbara Sułek-Kowalska, jedna z jurorek w naszym konkursie, zauważyła, że w opowieści Marii Marioli Wójtowicz "historia jednego domowego sprzętu jest zarazem lapidarnie ujętą historią rodziny wyraźnie osadzoną w historii Polski". Jej zdaniem: "Autorka sprawiła, że opowieść jest pełna ciepła i spokoju, który w kręgu światła padającego na maszynę do szycia buduje Anielka, jej właścicielka, najpierw młoda, później już dorosła. Swoją wykonywaną z wielkim zamiłowaniem pracą krawcowej porządkuje całkiem spory kawałek świata”.
    Brzmi zachęcająco? Zapewniamy, że warto wsłuchać się w stukot maszyny do szycia uruchomionej słowami Marii Marioli Wójtowicz, która za swój tekst otrzymała jedną z sześciu równorzędnych głównych nagród w naszym konkursie.

    Maszyna do szycia

    Część I

    Dopiero za kilkanaście lat region ten stanie się sercem Centralnego Okręgu Przemysłowego, chociaż zamiary jego utworzenia i lokalizacji już się krystalizują. Wielu rolników zamieszkujących tereny położone w widłach Wisły i Sanu szuka lepszego życia za oceanem. Szuka i Wojciech.
    Po siedmiu latach pracy na amerykańskich farmach wraca do kraju. Za zarobione na saksach pieniądze kupuje od księcia Lubomirskiego kilkanaście hektarów nie najlepszej jakości ziemi. Po jego śmierci ziemia zostanie podzielona – najwięcej przypadnie dwóm synom. Dla sześciu córek starczy po nie całym hektarze. Wyjdą za mąż, to mężowie będą się troszczyć o zapewnienie im bytu…
    Anielka, trzecie z kolei dziecko Wojciecha, ma dziwne upodobania. Nakręca stary budzik i podsuwając pod niego kartkę papieru wyobraża sobie, że szyje na maszynie. Dźwięk dzwonka kojarzy jej się z turkotem maszyny do szycia. W którymś momencie zmęczony życiem i nadmierną eksploatacją zegarek odmawia współpracy. Pozostaje szycie w rękach.
    Mimo, że to biedna wieś, dzieci w szkole obowiązane są nosić specjalnie do szkoły przygotowane fartuszki. Proste, z granatowej podszewki. Proste, nie znaczy, że mają być niezgrabne. Siedmioletnia już, a może dopiero, Anielka ma zastrzeżenia do jakości fartuszka uszytego dla niej przez wiejską krawcową. Poprawia własnoręcznie. Chodzi w nim cztery lata bo tyle trwa nauka w wiejskiej szkole. Do siedmioklasowej szkoły w pobliskim miasteczku pójdą tylko synowie. Anielka będzie chodziła uczyć się szyć do znanej w okolicy szwaczki, pani Ewy.
    Widać rokuje dobrze jako krawcowa, bo dwa lata później zapada decyzja o kupnie dla niej, szesnastoletniej wówczas dziewczyny, maszyny do szycia. Jak wielkie zaufanie muszą mieć do swojej córki rodzice, prości chłopi od pokoleń pracujący na roli, jak muszą wierzyć w jej talent, że zdecydowali się, mimo ciężkich czasów, na spory przecież wydatek!
    Miejscowy Żyd, wśród różnorodnego asortymentu swojego sklepu ma i maszyny do szycia. Najlepszą sławą cieszą się maszyny marki Singer. Ale Anielka od razu zauważa stojącą z boku, używaną już maszynę DIABOLO, uruchamianą ciężkim żeliwnym pedałem. Chwilę później maszyna staje się jej własnością.
    Parę miesięcy później umiera matka Anieli, rok później wybucha wojna. Żołnierze potrzebują ubrań. Jakże ciężko musi być, niespełna dwudziestoletniej dziewczynie, o niezbyt jeszcze dużym doświadczeniu krawieckim, zmagać się z ciężkim suknem, z którego szyje żołnierskie płaszcze, marynarki, spodnie…
    Maszyna do szycia jest jedyną „ruchomością” jaką zabiera z rodzinnego domu, kiedy po zawartym w ostatnim roku wojny ślubie z moim tatą przeprowadza się do miasta.

    Część II

    Stukot maszyny towarzyszy mi całe dzieciństwo i młodość.
    Maszyna stoi w olbrzymiej kuchni. Zmienia miejsce. W lecie zwrócona jest ku oknu, w zimie ku zajmującemu środek pomieszczenia stołu oświetlonego zawieszoną nad nim lampą z żarówką o dużej mocy. Na tym stole odrabiam zadania domowe dzieląc go z mamą wykrawającą z materiałów poszczególne części szytej odzieży, potem je fastrygującą. Luźne uwagi dotyczące tajników szycia, rzucane tak „mimo-chodem”, przydadzą mi się w dalszym życiu. Krawiecki metr służy mi za podręczne liczydło (kalkulatorów jeszcze nie było), wizyty klientek są okazją do poznawania świata.
    Pani Zosia wyszła za mąż i wyjechała na stałe do Warszawy ale zawsze kiedy przyjeżdża do swojej rodziny, zachodzi do nas prosząc o ekspresowe uszycie nowej sukienki. Chce pokazać mamie jak mieszka w Warszawie – tym sposobem po raz pierwszy odwiedzam stolicę, parę razy zjeżdżam i wjeżdżam schodami ruchomymi Trasy W-Z, oglądam z bliska goryla w warszawskim ZOO. A mama kupuje super nowoczesne plastikowe podstawki pod szklanki!
    Pani Bronia ma płynąć do Ameryki Batorym. Kilkanaście dni i nocy. Wieść niesie, że w czasie takiego rejsu kwitnie życie towarzyskie, trzeba by mieć ze sobą parę kreacji. Zostają uszyte zgodnie z wykrojami najnowszego numeru żurnala o nazwie Świat Mody.
    Pani Genia mieszka w Stanach od lat. Kiedy raz na jakiś czas przyjeżdża do Polski, już wcześniej rezerwuje sobie u mamy termin aby wrócić do domu za Oceanem z kolekcją nowych sukien.
    W 1971 roku przyjeżdżam na studia do Krakowa i tutaj już zostaję. Kiedy sześć lat później urządzam własne mieszkanie, jakoś nie wyobrażam sobie, że może w nim brakować maszyny do szycia. Już elektryczną kupuję za pieniądze otrzymane od mamy na telewizor.
    Mama swojej maszyny nigdy nie wymieniła na „lepszy model”. Szyła na niej sześćdziesiąt trzy lata. Od dwunastu lat szyje suknie Aniołom.
    Jej maszyna nadal stoi na poczesnym miejscu w salonie z aneksem kuchennym, jak zgodnie z współczesną terminologią nazywana jest stara, dobra kuchnia wykorzystywana jako całodzienne pomieszczenie. Teraz gospodaruje tutaj siostra.
    Maszyna mojej mamy nadal jest sprawna chociaż używa się jej coraz rzadziej. Ale jest…

    Sara tańczy

    opublikowano: 2013-12-08 22:36:44

    Zacznijmy od opinii eksperta, prof. Michała Kuziaka, literaturoznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego, jednego z jurorów w naszym konkursie: „Tekst ujawnia znakomity talent narracyjny Autora, opowiadającego rodzinną historię związaną ze zdjęciem, wprowadzającego historyczne tło swojej opowieści i zarazem wpisującego w swoją opowieść jakąś tajemnicę, niejasność związaną z przeszłością. Opisowości tekstu intrygująco towarzyszą elementy ekspresywne”. Zresztą i pozostali jurorzy uznali zgodnie, że Jerzemu Elbanowskiemu za tekst "Sara tańczy" należy się jedna z sześciu równorzędnych nagród głównych. Gratulujemy Panu Jerzemu, a wszystkich Państwa zapraszamy do lektury!

    Sara tańczy

    Nadszedł długo wyczekiwany dzień: album rodzinny był gotowy. Miałem wątpliwości co do dwóch zdjęć, ale postanowiłem potraktować to jako okazję do zabawy z wnukami. Gdybym wtedy wiedział czym się to skończy.

    Po obiedzie, miałem nadzieję na drzemkę, ale tego dnia wnuki mi na to nie pozwoliły.
    - Dziadku, obiecałeś nam pokazać album z rodzinnymi zdjęciami i opowiedzieć historię rodziny – przypomniała mi Lea, najstarsza wnuczka.
    - I miała być jakaś zagadka – dorzucił Joachim, w skrócie Joe.
    Tylko najmłodsza, Sara, nic nie powiedziała, usiadła naprzeciwko mnie i wpatrywała się we mnie badawczo.
    Rodzina uznała ją za dziwne dziecko i pogodziła się z tym. Istotnie Sara jest małomówna, szuka samotności, lubi muzykę, ale tylko słucha. Nigdy nie chce zatańczyć, choć reszta rodzeństwa to uwielbia. Syn i synowa często tańczą razem z dziećmi a nawet grają amatorsko na różnych instrumentach. Sara nigdy nie bierze w tym udziału - zawsze stanowczo odmawia.

    Na początku przedstawiłem dzieje rodziny mego Ojca: była dobrze udokumentowana licznymi zdjęciami i opisana dokładnie jego starannym pismem.
    Z pewnymi oporami zabrałem się do opowieści o rodzinie mojej Mamy.

    - Musicie wiedzieć, że rodzina mojej mamy – a waszej prababci – pochodzi z tak zwanych Kresów południowo-wschodnich, to znaczy ziem, które obecnie należą do Ukrainy, a dawniej należały do Polski. Dzieje tych ziem były trudne i stąd wiele zagadek i tajemnic dotąd niezbadanych. Ja też, prawdę mówiąc, niewiele wiem o dziejach tamtej gałęzi rodziny.

    - I tu zaczyna się nasza zagadka – pokazałem im stronę z trzema starymi, nieopisanymi zdjęciami. - Jak myślicie kogo przedstawiają te fotografie?

    Sądziłem, że rozwiązanie tej zagadki zajmie im sporo czasu, ale wnuki mnie zaskoczyły. - Zdjęcie drugie przedstawia dwie młode dziewczyny, pewnie siostry – zaczęła Lea. – To twoja babcia i jej siostra, prawda?
    Potwierdziłem.
    - Zdjęcie pierwsze, wyraźnie dawniejsze, przedstawia chyba ich rodziców – dorzucił Joe. – Tylko ten dziwny napis: Vinnitz… winnica? Byli właścicielami winnicy?
    - Chodzi o miasto na Ukrainie o nazwie Winnica - wyjaśniłem.
    - Ale to ostatnie zdjęcie, młodej dziewczyny, zupełnie tu nie pasuje – zastanawiała się Lea.

    Dzieci zaczęły wyrywać sobie fotografię, która nagle znalazła się na podłodze.
    - Tu z tyłu jest jakiś napis – krzyknął Joachim nurkując pod stołem.
    - „Mej drogiej Junonie towarzyszce przygód i eskapad od Pepy” – Lea z trudem przeczytała zatarty napis na odwrocie fotografii. Wszyscy spojrzeli pytająco na mnie.
    - Pewnie chodzi o jakąś koleżankę tych sióstr albo… koleżankę ich matki – zacząłem niepewnie.

    Lea raz jeszcze, uważnie przyjrzała się fotografii obu sióstr.
    - To są siostry? Ależ one są do siebie zupełnie niepodobne!
    Joachim potwierdził skinieniem głowy, że zgadza się z tą opinią.
    Sara stuknęła palcem w fotografię sióstr, wskazując niższą z nich, a potem wzięła do ręki zdjęcie tajemniczej Pepy.
    - Uważasz, że to tamte dwie są siostrami?! – byłem zaskoczony spostrzegawczością wnuczki.
    Istotnie, obie dziewczyny były do siebie bardzo podobne. Jeszcze raz przeczytałem napis na odwrocie zdjęcia Pepy. Pod słowem „drogiej” można było dostrzec zarys innego, zatartego słowa, właściwie dwóch liter: „s” i „i”. Przeszył mnie dreszcz. Błyskawicznie przeleciały mi przez głowę strzępy rozmów, fragmenty obrazów z mego wczesnego dzieciństwa - sekret rodzinny, znajda, sierotka, owoc grzesznej miłości, czarne włosy, ciemne oczy jak u cyganki albo ormianki a może - jak gnane wiatrem historii odłamki mozaiki układające się w czytelny wzór.
    - Dajcie spokój dziadkowi, musi teraz odpocząć. Wy na podwieczorek! – synowa przyglądała mi się badawczo.
    Zapadłem w drzemkę.
    Śniła mi się tajemnicza, wiekowa dama, z twarzy podobna do prababki. Siedziała w wysokim, niczym tron, fotelu i groziła mi wychudłym palcem, zdobnym w złoty pierścień z wielkim szmaragdem:
    - Nie pozwalam! Wara wam od naszych tajemnic. Kto się tu nie urodził, nie spędził tu życia, nie widział piękna tej ziemi w czasach pokoju i grozy, w czasach wojen i rewolucji – nigdy nas nie zrozumie. A kto nie rozumie, nie ma prawa nas oceniać.
    Ktoś szarpie mnie za ramię i krzyczy wprost do ucha:
    - Dziadku śpisz?!
    - Już nie.
    Lea i Joachim czekali na dalszy ciąg opowieści. Rozejrzałem się, ale Sara zniknęła.

    Godzinę później pożegnałem się ze wszystkimi. Sary nadal nigdzie nie było widać.
    Staliśmy w sieni, przy otwartych drzwiach domu, nie mogąc się rozstać. I w tej chwili ktoś uchylił drzwi prowadzące do salonu. Z telewizora dobiegała muzyka ze znanego musicalu. Na pierwszy plan wybijały się dźwięki skrzypiec i klarnetów: to przecież znów… Ukraina, wesele, tańczący chasydzi... I wtedy, w dalekiej perspektywie salonu, ograniczonej uchylonymi drzwiami niczym złoconą ramą obrazu, zobaczyłem Sarę. Nie zwracała uwagi na nic i na nikogo. Była całkowicie i bez reszty pochłonięta tańcem.

    Spotkanie

    opublikowano: 2013-12-08 22:05:59

    Zachęcamy do przeczytania nagrodzonego w naszym konkursie tekstu Danuty Szelatyńskiej, który jurorzy docenili ze względu na jego aspekt historyczny, dokumentacyjny. Przejmująca i nieprawdopodobna historia, która stoi za tym niezwykłym zdjęciem z domowego archiwum - wystarczy kliknąć w fotografię, by móc przyjrzeć się jej bohaterom dokładniej.

    foto002
    Spotkanie

    Kim są ci dwaj żołnierze? Co ich łączy, a co dzieli? Jak znaleźli się w tak egzotycznym miejscu? Łączy ich mundur armii gen. Andersa. Są w późnym wieku, a pozują do wspólnej fotografii. Prawdopodobnie jest to ważna dla nich chwila.

    Spotkali się po kilku latach. Jakie to były lata? Rozstali się dnia 22/23 września 1939 roku. Obaj walczyli w obroni Grodna przed nawałą bolszewicką. Grodno przywitało najeźdźców ogniem karabinowym i „koktajlami Mołotowa”. Kto bronił miasta? Garstka wojska, policja, Obrona Cywilna i młodzież w różnym wieku. Nie obronili!

    Tadeusz, mój brat, uczeń klasy trzeciej Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Grodnie, wrócił do domu. Ojciec Antoni spakował plecak, pożegnał żonę, trójkę dzieci i udał się w kierunku granicy z Litwą przez Związek Radziecki. Następnie wraz z innymi jeńcami został wywieziony do Ostaszkowa.

    W dniu 22 czerwca 1941 roku wybucha wojna, Niemcy w zwycięskim pochodzie zajmują znaczne tereny swoich byłych sojuszników – Związku Radzieckiego. Większość jeńców z Ostaszkowa Rosjanie wywożą na Półwysep Kola. Dwanaście tysięcy więźniów, w dwóch grupach, przez całą dobę buduje lotnisko. Zbawieniem dla nich jest umowa Sikorski – Majski. Amnestia otwiera bramy obozów i więzień. Po portów wpływa jeden zamiast czterech statków. Dzieją się dantejskie sceny. Wszyscy chcą wracać przez Morze Białe. Antoni – mój ojciec, szczęśliwie jest pasażerem tego statku. Dociera do Kujbyszewa, potem na Bliski Wschód. Otrzymuje przydział do kolumny sanitarnej w powstającej nowej armii.
    Opłakuje losy żony Jadwigi i córek – Heleny i młodszej Danuty. 13 kwietnia 1940 roku zostały one deportowane z Grodna do Kazachstanu. Szczególnie boleje nad losem swojego 17-letniego syna Tadeusza, który został aresztowany w domu 22 marca 1940 roku w Wielki Piątek. „Czy ja go jeszcze kiedyś spotkam?”

    Pewnego dnia wraca kolega ze szpitala polowego i pyta ojca:
    - Chcesz zobaczyć swego Tadka?
    - Żartujesz!
    - Chodź! W namiocie sanitarnym jest ledwie żywy Tadek.
    Radość, że go widzi, że żyje. Rozpacz, że w takim stanie.
    Z relacji Tadka: „Ojciec?! Czy to jawa? Czy jestem już po drugiej stronie?”

    Wkrótce żegnają się. Każdy z nich ma inny przydział. Ojciec zostaje na miejscu, Tadeusz przechodzi pierwsze szkolenie w Duszanbe. Musztra, klimat i choroby z powodu wygłodzenia obozowego powodują, że śmierć zbiera obfite żniwo. Na przekór wszystkiemu wciąż żyje.

    Jak trafił z dalekiej tundry do Uzbekistanu? Po aresztowaniu, w grodzieńskim więzieniu był bity i maltretowany do utraty przytomności przez NKWD-zistów obu płci. Miał się przyznać do czynów niepopełnionych. Osadzony w Mińsku został skazany na 15 lat łagru i zesłany w okolice Archangielska. Przez obozowych kryminalistów – Urków, okradziony z odzieży i obuwia. Odmroził sobie nogi i ciągle marzł. Pracował w porcie przy załadunku bali drzewa na barki, następnie na „lesoróbce” – wycince drzew. Wokół bagna, roje komarów i meszek. Wychudzony z powodu niedożywienia, o twarzy brunatno-szarej dzięki amnestii zostaje zwolniony wraz z kilkoma zaledwie więźniami. Po trwającej wiele dni pieszej wędrówce, na dworcu dowiaduje się, że pociągi nie kursują. Jest wojna, wszystko na front. Okradziony z bochenka chleba i garści kaszy – wynagrodzenia za trzy lata katorżniczej pracy – wyrusza pieszo wzdłuż torów kolejowych na południe. Po kilku dniach marszu w miasteczku spotkał kilku Polaków. Zdobyli trochę żywności z darów amerykańskich i pociągiem ruszyli na południe. Podróż długa i z przygodami. Najgorsze, że Tadeusz opadał z sił, tracił przytomność. Sądził, że to gruźlica – następstwo zapalenia płuc z wysiękiem, które przeszedł przed aresztowaniem. Dojechali do Taszkientu. Tu przesiadka do innego pociągu. Koledzy wysiedli, został sam, nie mógł się ruszyć. „Gdy usłyszałem oddalające się kroki i cichnące rozmowy, nie wiem skąd, odzyskałem siły. Wygramoliłem się z wagonu i poszedłem za nimi. Zrobiło im się głupio. Sądzili, że nie żyję.” Dotarli do armii gen. Andersa. Trafił do namiotu szpitalnego. Tu spotkał go ojciec. Okazało się, że choroba, która zwaliła brata z nóg, to kolejny atak malarii. Po odzyskaniu sił dostał przydział do Duszanbe. Mimo wyczerpujących ćwiczeń, upałów, odzyskiwał siły.

    Nadchodzi czas opuszczenia Związku Radzieckiego. Dwadzieścia kilometrów marszu w spiekocie, z obciążeniem, do Jungis Jul. W Krasnowodzku następuje załadunek na statki, brudne, przepełnione i rejs do Pahwali, w upale, przez morze pokryte warstwą ropy. Oficer dyżurny zatrzymał się przy siedzącym z zamkniętymi oczami w żałosnym stanie Tadeuszu. „Miał zamiar zawinąć mnie w koc i wrzucić do morza” – ocenił Tadeusz – podniosłem głowę. Dyżurny zasalutował i odszedł”. Na lądzie ataki malarii powtarzały się. „Obudziłem się w namiocie. Cisza, wszyscy leżą, zastanawiałem się, gdzie jestem? Usiadłem. Uchyla się płachta u wejścia, zagląda pielęgniarka. Krzyknęła i znikła. Za chwilę przychodzi z Hindusem – pielęgniarzem. Okazuje się, że jestem w kostnicy. Zabrano mnie. W ten sposób trafiłem do szpitala. Po trzech miesiącach leczenia postanowiłem stawić się na polsko – angielską komisję RAF-u w Kairze. Chciałem wstąpić do lotnictwa. Byłem pełen obaw, czy przebrnę przez bardzo dokładne badania.”
    Zakwalifikowano go jako pilota, nawigatora i strzelca pokładowego.
    Odszukał ojca, który stacjonował w pobliżu. I znów radość ze spotkania. Będzie lotnikiem, więc zdrowy. Wydarzenie to upamiętnili zrobieniem zdjęcia pod palmami w Kairze z małymi Egipcjanami w tle. I znów pożegnanie.

    Jest wojna, rok 1942. Tadeusz jedzie do Indii, następnie płynie do Anglii. Ojciec wyruszy na kampanię włoską. Czy jeszcze kiedyś spotkają się?

    Powyższą relację napisała córka Antoniego i siostra Tadeusza.

    Czarna jak smoła, magiczna

    opublikowano: 2013-12-07 19:55:06

    Halina Kwaśna, Latająca Babcia z Łodzi, przysłała nam "niezwykłą opowieść pachnącą starym strychem i naftaliną" - jak o tekście "Czarna jak smoła, magiczna" mówi Wojciech Chmielewski, pisarz i recenzent książkowy, jeden z jurorów w naszym konkursie. Zachęcamy do przeczytania tej historii. A może w swoich szafach znajdziecie równie znakomite bohaterki?

    Czarna jak smoła, magiczna

    Dawno, bo prawie pół wieku temu, Jan przywiózł mnie do swojego rodzinnego domu. Chciał, bym poznała jego bliskich. Stary drewniany dom z oszkloną werandą, jego piękne położenie, od pierwszej chwili urzekły mnie. Gdy jego rodzina przyjęła mnie z wielką serdecznością... poczułam się szczęśliwa. Dom, w którym mama i babcia Jana co tydzień piekły chleb na liściach kapusty. Do dziś pamiętam zapach i smak tamtego pieczywa. Dom pełen tajemniczych zakamarków, skrzypiących schodów i szuflad. Wszystko tu miało swój urok. Ciekawość zaprowadziła mnie na piętro, do małego pokoiku, w którym półki były wypełnione książkami, albumami i pakiecikami listów przewiązanych wstążeczką. – No to już przepadłam – westchnęłam, zabierając się do oglądania fotografii. Odłożyłam jednak zdjęcia. – Za wcześnie tak wdzierać się w rodzinną intymność – pomyślałam i poszłam na mroczne poddasze. Przez szczeliny dachu sączyło się światło, które słabo oświetlało skarby zalegające strych; rozpadający się kołowrotek, żelazko z duszą, dzieża, maselnica, ramy. Wszystko pokryte kurzem i pajęczyną. Moją uwagę przykuła duża szafa. Kiedy chciałam ją otworzyć, jedno skrzydło wypadło z hukiem, płosząc myszy, które uciekały z piskiem. W czeluściach szafy wisiały przeróżne ubrania. Od razu wpadła mi w oko. Czarna jak smoła, gładka, miła w dotyku. Kusiła mnie. Codziennie byłam na strychu z latarką, żeby lepiej widzieć. Oglądałam, macałam. Dotykając ją, czułam się dziwnie poruszona. Wstrząsnęło to mną. Kiedy nie było nikogo w domu, założyłam ją i z wypiekami na twarzy pobiegłam do lustra. Leżała na mnie jak ulał. Jak gdyby ktoś to cudo dla mnie wyczarował. Co prawda zapach miała przedziwny, mieszanina ziół, kurzu, wiatru i co tam jeszcze chcecie, ale mnie to nie przeszkadzało. Czułam, że muszę ją mieć! Marzyłam o niej, ale nie śmiałam o nią poprosić. Wyjechawszy, nie przestawałam myśleć o tym. Kiedy po roku zjawiłam się już jako żona Jana, od razu pobiegłam na strych. – Och! Jest! – ucieszyłam się.
    Wówczas zdobyłam się na odwagę i zapytałam, czy mogę mieć tę rzecz. – Oczywiście! Chcę robić porządki na strychu i wreszcie wyrzucić te stare ubrania, które leżą tu już ze 30 lat – powiedziała Zosia, siostra Jana. – Boże! Jak to dobrze, że nikt tego nie zrobił wcześniej – cieszyłam się. Od tej chwili mam ją u siebie... Krój i fason świetnie podkreślający moją talię i biust. Długi rękaw, na dole wąski, u góry finezyjnie zebrany w bufkę uniesioną poduszką. Zapina się na siedem czarnych guzików, w formie kwiatka. Dziurki artystycznie wypracowane. Z przodu klapeczki średniej wielkości, łagodnie zaokrąglone. Przód ma takie cięcia, w których u góry są pęknięcia, a w nich małe ukryte kieszonki. Poły na dole mają ukośne kieszenie. Tył modelowany zaszewkami, podkreślającymi zalety figury. Wewnątrz wykończona bardzo starannie czarną jedwabną podszewką. Z chwilą, kiedy ją zakładałam, działo się coś przedziwnego. Głęboka, niespotykana czerń tkaniny, świetnie podkreślała moją jasną karnację. Z szarej myszki (za takową się uważałam) stawałam się piękna. Kto ją nosił? Jak ona wyglądała? Co przeżywała? Czy była szczęśliwa? Musiała mieć figurę taką jak ja. Tak często o tym myślałam, że podczas kolejnych wakacji, wiele czasu spędziłam na przeglądaniu starych zdjęć. W latach dwudziestych osoby z tej rodziny emigrowały do Ameryki, Brazylii i Francji. Słały paczki, w jednej z nich była ona. Niestety, nie natknęłam się na kobietę w nią ubraną. Szkoda! Wiem tylko, że odbyła długą podróż morską. Miała w sobie zapach morskich fal i wichrów. Byłam szczęśliwa, że kobietom w tym domu nie spodobała się.
    Zlekceważona, przez wiele lat przeleżała na strychu. Wierzę, że czekała na mnie, bym ją uratowała. Kiedyś, gdy podszewka zaczęła się rozpadać, wpadłam w rozpacz. Wówczas nie miałam pojęcia o szyciu, a nie chciałam nikomu dawać jej do naprawy. Obawiałam się, że ktoś obcy skradnie mi tę dobrą energię jaką miała. Ostrożnie wyprułam starą podszewkę i na jej podstawie uszyłam nową! Przy tej okazji wypadło trochę światowych śmieci i odkryłam metkę wszytą pod podszewką.
    Przywędrowała z Brazylii! Zadziwiające jest to, że przez tyle lat nie oderwał się żaden guzik. – Cóż za nici! – chciałoby się krzyknąć. Towarzyszyła mi w wielu ważnych wyjściach. Gdy miałam zły nastrój wystarczyło, że wypełniałam ją sobą, a od razu czułam się lepiej. Wzbudzała zachwyt. – Skąd ją masz? – pytały koleżanki. Wtedy były modne inne tkaniny i fasony, a ona była oryginalna. Świetnie uszyta. Nadal jest elegancka! Fason, kolor okazały się ponadczasowe. Mam wiele innych, ale żadna jej nie dorównuje. Jest coś magicznego w niej, bo mimo upływu lat, moja figura, trochę się zmieniła, inne rzeczy a to mnie uwierają, albo coś leży nie tak. Zdejmuję je szybko z siebie, sięgam po nią, zakładam i... uwierzcie! Jest dobrze, szykownie! Kocham ją miłością ślepą i bezgraniczną! Moją czarną marynarkę w stylu retro!

    Bronka

    opublikowano: 2013-12-06 19:41:08

    "Dlaczego niemodna i w dodatku zepsuta lalka jest taka ważna dla eleganckiej starszej pani? I dlaczego ma na imię Bronka? Piękny język, dobra konstrukcja, smakowite szczegóły” - tak do przeczytania tekstu Krystyny Drewnickiej zachęca Barbara Sułek-Kowalska, jedna z jurorek oceniających prace nadesłane na nasz konkurs.

    Panie i Panowie, koniecznie przeczytajcie więc "Bronkę", której autorka otrzymała jedną z 6 równorzędnych głównych nagród.

    Bronka

    Wchodzę do pokoju cioci Zosi. Widzę regały pełne książek, które sięgają aż do sufitu, na środku pokoju stół z krzesłami, pod oknem ogromny kwietnik z mnóstwem roślin, kolorowy dywan pod nogami i komodę w rogu.
    Na stole, na szydełkowych serwetkach, stoją białe filiżanki ze złotym szlaczkiem, cukiernica, dzbanuszek na mleko i małe talerzyki. Obok talerzyków złote łyżeczki. Fioletowy bukiet wypełnia kryształowy wazon pośrodku stołu. Rozpoznaję zapach, który rozchodzi się po całym mieszkaniu. To lawenda.
    – Usiądź, proszę – mówi ciocia Zosia.
    Wykłada na półmisek drożdżowe ciasto z rabarbarem, które rano upiekłam. Teraz zapach ciasta jest silniejszy od zapachu lawendy.
    Siadam przy stole i patrzę na ciocię. Mimo że jest już w podeszłym wieku, wygląda bardzo dobrze. Delikatny makijaż, zgrabnie przycięte jasne włosy, popielata sukienka, srebrny łańcuszek na szyi.
    – Dobrze wyglądasz, ciociu – mówię.
    – A, dziękuję! Ogólnie nie jest źle, tylko nogi nie chcą mnie już nosić tak, jak kiedyś… – śmieje się ciocia.
    Nakładam sobie kawałek ciasta na talerzyk i teraz jeszcze raz rozglądam się po wnętrzu. Nigdy tu nie byłam. To ciocia zawsze przyjeżdżała do nas, gdyż lubiła sama odwiedzać rodzinę.

    Na komodzie, oparta o ścianę, w swobodnej pozie, siedzi lalka. Jak to możliwe, że jej wcześniej nie zauważyłam?
    Wstaję i przyglądam jej się z bliska. Jest staromodna; dzisiejsze lalki wyglądają zupełnie inaczej.
    Wygląda dorodnie i zdrowo. Ma pucołowatą, dziecinną buzię, ciemne, zamykane oczy z czarnymi rzęsami, krwistoczerwone usta i brązowe, długie anglezy podwiązane bordową wstążką, zawiązaną na czubku głowy w kokardę. Spod szydełkowej sukienki w takim samym kolorze wystaje kremowa haleczka, obszyta u dołu białą koronką. Buciki z czarnej skórki zapięte są na dwa maleńkie guziki. Nad nimi, na krągłych łydkach, rolują się lekko białe skarpetki.

    Sięgam po nią zdecydowanie. Kątem oka zauważam popłoch w oczach cioci Zosi… W moich rękach w ułamku sekundy lalka traci nagle całe zdrowie; ręce i nogi zwisają jej bezwładnie.
    Jestem zła na siebie. Co mnie podkusiło?! Przecież nie jestem małym dzieckiem! Dlaczego nie zapytałam cioci, czy mogę ją wziąć?!
    – Przepraszam! – mówię i czuję, że się czerwienię. – Jest mi bardzo przykro, ciociu!
    –To przecież nie twoja wina – mówi ciocia łagodnie. – To czas zrobił swoje.
    Siadam z lalką do stołu i teraz starannie układam jej ręce i nogi na swoich kolanach.
    – Nigdy takiej lalki nie widziałam, ciociu!
    Ciocia Zosia przygląda jej się przez stół.
    – To jest ukochana lalka z mojego dzieciństwa, jeszcze sprzed wojny. Dostałam ją od swojej babci na trzecie urodziny. Pomagała mi przetrwać ciężkie, wojenne lata. Zawsze zabierałam ją ze sobą, gdy podczas nalotu zbiegaliśmy do piwnicy. Przy niej tak się nie bałam, gdy na Poznań spadały bomby... Przytulałam ją, a ona dodawała mi otuchy… Później, po wojnie, nazwałam ją Bronką, bo wydawało mi się, że to ona mnie przed wszystkim obroniła. I chyba rzeczywiście tak było, bo nic złego mi się nie stało… – tłumaczy ciocia, a w jej oczach pokazują się łzy. – Na szczęście ty nie znałaś tamtych czasów! Mogłaś się bawić i spokojnie chodzić do szkoły.
    – A teraz Bronka została cioci na pamiątkę?
    – Nie tylko to! Ona czeka na pierwszą dziewczynkę w mojej rodzinie! Kiedyś myślałam, że podaruję ją swojej córeczce. Jak wiesz, urodzili mi się dwaj synowie. Mijały lata, chłopcy chodzili do szkoły, studiowali, później obaj się ożenili. Pojawiła się nadzieja na wnuczkę… Wprost nie mogłam się doczekać! Rok po roku urodziło się czterech wnuków… Oni są już dorośli, ale jeszcze nie mają własnych dzieci. Może któremuś z nich urodzi się córeczka? A wtedy to już będzie moja prawnuczka. I wreszcie to ona dostanie ode mnie Bronkę! Może i jej przyniesie kiedyś szczęście?
    Na razie Bronka w dalszym ciągu tylko mnie dotrzymuje towarzystwa. Jak widzisz, w ciągu tych lat też się już mocno zestarzała… Dawno temu najstarszy syn obiecał, że coś na to poradzi, ale chyba zapomniał…

    Jeszcze tego samego dnia wieczorem przeszukuję Internet i dzwonię pod wskazany numer. Długo rozmawiam z właścicielem pewnej kliniki. Obiecuje, że potraktuje tę leciwą pacjentkę jako pilny, szczególny przypadek i w drodze wyjątku przyjmie ją poza kolejnością.
    Nazajutrz wczesnym rankiem jestem już w drodze z Poznania do Warszawy…
    Późnym wieczorem pukam do domu cioci Zosi. Teraz już pewniej trzymam Bronkę w rękach.
    – Coś podobnego! Moja Bronka znowu cała i zdrowa! – woła ciocia Zosia.
    Na jej ustach widzę uśmiech, ale w oczach ponownie błyszczą łzy.
    Podchodzę do komody. Patrzę Bronce głęboko w oczy i mówię: A teraz siedź tu sobie grzecznie i spokojnie czekaj na tę dziewczynkę!
    Ostrożnie opieram jej głowę o ścianę, poprawiam włosy i kokardę, podciągam skarpetki… Na koniec delikatnie wygładzam fałdy niemodnej sukienki…

    Makao

    opublikowano: 2013-12-05 21:13:53

    Lata '70. Wakacje nad morzem. Historia zwyczajna, ale - jak zauważył prof. Michał Kuziak - "Świetnie skonstruowana poetyka tekstu, oddającego przez swoją fragmentaryczność efekt mijającego czasu".

    "Makao" autorstwa Elżbiety Budkiewicz otrzymało jedną z sześciu równorzędnych nagród głównych w naszym konkursie literackim. Zapraszamy do lektury!

    Makao

    Namiot, który wypełnia sobą czarno-białe, małoobrazkowe zdjęcie, rodzice przywieźli z Francji. Jest lekki, łatwo go rozłożyć. Można w nim stanąć. Ma podczepianą kabinę do spania i duży tropik. W sam raz na biwak nad morzem dla dużej rodziny. Tego lata wybraliśmy Dziwnów. Nie pamiętam tych wakacji. Wybrzeże jest rozlegle, co roku jesteśmy gdzie indziej. W Jastrzębiej Górze zbiegamy z wysokiego klifu. W Dębkach robimy długie spacery, plażą do Karwi, nad Piaśnicą do Żarnowca. W Białej Górze zbieramy brusznice, z których Babi, mama Taty, smaży konfitury do mięsa. A przede wszystkim cieszymy się morzem. Najmilsza jest poranna kąpiel, przed śniadaniem. To nic, że pada. Woda jest ciepła a fale cudownie rozgrzewają. Nigdy później żadne morze, żaden ocean nie dadzą mi tyle radości, co Bałtyk. Potem owsianka z mleka w proszku. Ostatnia kąpiel wieczorem, w kolorowej od słońca wodzie. Na kolację „sałamacha” ze śmietaną – jajko, sałata, ogórek, pomidor. I oczywiście gry –„ rymowany sekretarz”, „czy to żyje” i inne.

    Jest początek lat 70. Pod otwartym tropikiem składany stolik, przykryty ciemnym, kraciastym kocem. Przy nim, na stołeczkach bez oparcia, moje siostry i ja. Gramy w karty. Jest późne popołudnie. Mimo słońca, które dobrze nas oświetla, jest chłodno. Mamy na sobie ciepłe kurtki, dżinsy i kalosze. Gramy w trójkę, ale jest też czwarte krzesełko, pewnie dla Mamy, która nas fotografuje. Jest blisko, widać jej cień. Z drugiej strony nasz pies Kajtek. Za namiotem gną się na wietrze sosny. Taty nie ma, pewnie poszedł odprowadzić Babi do pensjonatu. Gdy wróci, pójdziemy oglądać zachód słońca. Anusia wygrywa. Pokazuje nam swoją kartę, mówi coś – może „makao”? Śmiejemy się wszystkie trzy. Dobrze nam razem. Łatwo nas rozśmieszyć – wystarczy jedno słowo, jak hasło, którego nikt prócz nas nie zna. Ja i Marta, bliskie wiekiem, jesteśmy do siebie podobne. Odróżniają nas tylko okulary, których na razie nie noszę. Anna, najstarsza, jest we wszystkim najlepsza. To ona uszyła pokrowce na krzesła i worki z niebieskiego płótna, do których pakujemy nasze rzeczy. Wyhaftowałyśmy na nich znaczki – dla Taty sowę (pseudonim z partyzantki), dla mnie pióro, bo piszę wiersze. Może dlatego jestem często zamyślona i smutna. Za to najmłodsza, Marta, która miała być upragnionym Marcinem, jest bardzo wesoła. Wybierze studia sportowe, żeglowanie i narty. Wszystkie pokochamy kajaki, włóczęgi z gitarą, noce przy ognisku.

    Nie ma już dużego namiotu. Mama jest tylko cieniem. Tato, po wylewie, porusza się z trudem. Czy naprawdę co rano uczył nas kochać morze? Trzymał mocno w czasie sztormu? Teraz jego ręce są słabe. Opiekujemy się nim. Znowu jesteśmy razem. Tato lubi mieć nas wszystkie przy sobie. Zamiast w makao, gramy w scrabble. Układamy wyrazy na planszy i śmiejemy się, kiedy Anna wygrywa.

    Nagrody specjalne

    opublikowano: 2013-12-04 23:38:50

    Zacznijmy od tego, że obrady jury były bardzo burzliwe. Kompromis kompromisem, ale czasem warto postawić na swoim :) Dlatego w naszym konkursie przyznaliśmy też dwie dodatkowe, całkiem nadprogramowe nagrody. Jedną z nich - ufundowaną przez Barbarę Sułek-Kowalską - otrzymała Krystyna Bliwert za humorystyczny wiersz "Badyjanek". Drugą - ufundowaną przez "Koncentrat" - Regina Krzystanek za bezpretensjonalną, ale przez to prawdziwie wzruszającą opowieść o babci.
    Zapraszamy do lektury!

    Regina Krzystanek "Historia jednej fotografii"

    Zachęcona przez organizatorów warsztatów „Piszemy+” chcę opisać historię związaną z fotografią mojej Babci Joanny – matki ojca. Tej fotografii już nie mam, bo została przekazana innym członkom rodziny. Tkwi ona jednak w mojej wyobraźni i nie pozwala zapomnieć o ukochanej Babci.
    Babcia mieszkała z moją rodziną, była nieformalną „głową rodziny” utrzymując rygor i dyscyplinę bez tzw. „środków przymusu”. Wystarczyło słowo lub spojrzenie.
    Babcia na tej fotografii wyglądała dostojnie, w kwiecistej chustce na ramionach i z wiązką korali na szyi. Te korale to absolutnie nieosiągalny przedmiot mojej dziecięcej zazdrości. Przeważnie w takim stroju bywała na niedzielnej Sumie. Ja, jako najmłodsza z trojga dzieci, byłam pod Babci szczególną opieką. Ponieważ miałam milion piegów i wadę oka, Babcia nie miała pewności, czy dzieci nie będą mi dokuczać, dlatego zabierała mnie ze sobą do kościoła. Tradycyjnie przed Sumą były śpiewane „godzinki”, następnie różne modlitwy, no i sama Suma, a to dla dziecka 7-8-letniego trwało stanowczo za długo. Nasze miejsce w kościele było w dużych drewnianych ławkach, a przed nami ołtarz z obrazem św. Tereski od Dzieciątka Jezus. Byłam tak zauroczona różami, które św. Teresa trzyma w rękach, że przez pewien czas byłam spokojna. Żeby dłużej zająć moją uwagę obrazem, Babcia kazała mi te róże liczyć. Był to zły pomysł, bo róże mi się myliły i to mnie złościło. Babcia wpadła na nowy pomysł. Na filarze kościoła wisiała drewniana gablotka z napisem: „Dobra książka uczy poznawać i kochać Wszechmogącego”. Musiałam się tego tekstu nauczyć na pamięć (sprawdzian na wyrywki) i poznać wszystkie literki, z których później miałam układać różne słowa. Jak Babcia radziła sobie z wymyślaniem różnych zadań dla mnie i śpiewaniem jednocześnie „godzinek”, pozostanie jej wieczną tajemnicą.
    Nie wiem, na ile ten napis o dobrej książce spowodował moje przywiązanie do literatury. Wiem, że ja i moje rodzeństwo zostaliśmy wyposażeni w wielką miłość do książek. Niewątpliwie wpływ na to miała moja Babcia z fotografii.
    Opisane wydarzenia kojarzą mi się z wnętrzem kościoła. Ale droga do kościoła (w obie strony ok. 5 km) to również niezapomniane wspomnienia. A w drodze powrotnej lemoniada, której smak i buchające z nosa bąbelki pójdą ze mną w zaświaty na spotkanie z Babcią.
    W dzisiejszym słownictwie Babcia mogłaby zdobyć przydomek „żelaznej damy”. Weźmy na przykład jeden z niedzielnych poranków. Brat ojca przy goleniu zawsze śpiewał: „za Niemen, za Niemen” i gdy dochodził do fragmentu o „dziewach”, Babcia wkraczał ze swoim tekstem: „tobie tylko dziewy w głowie, a do kościoła to pójdziesz na południe”. I już było po śpiewie.
    Przypadek sprawił, że od przyjaciółki Krysi otrzymałam płytę „A to Polska właśnie”, na której Bernard Ładysz śpiewa m.in. „Za Niemen” i stąd ożyły we mnie wspomnienia związane z tą piosenką.
    Wspomnienia o Babci jako silnej osobowości pozwalają mi przetrwać koszmarną codzienność.

    Krystyna Bliwert "Badyjanek"

    W tradycji rodzinnej jak każdy pamięta
    piecze się ciasta i chałki na święta
    w Maminym zeszycie jak wół stoi napisane
    że do chałek trza dać badyjanek.

    Nie może się obejść gęś bez majeranku
    tak nie może być chałka bez badyjanku
    fasolowa ze śliwkami suszonymi
    ozorowa z liśćmi bobkowymi
    ręcznie zrobionym makaronem zupa grzybowa
    a bez badyjanku chałka drożdżowa?

    Dlaczego mój profesor biologi Kiełbasa Janek
    nie powiedział na lekcji co to jest badyjanek
    teraz gdy jestem w domu lub na ulicy
    owłada mnie myśl jedna
    co umieścić na noża szpicy
    czy idę w deszczu czy w pełnym słońcu
    ciągle myślę o badyjanku na noża końcu
    doprawdy można się wściec
    czy można bez badyjanku chałki piec
    myśl uporczywa w nocy i o poranku
    jak nie wiem co to badyjanek
    i nie mam badyjanku

    I ciągle moja myśl ulata
    ten badyjanek rośnie gdzieś na końcu świata
    na pewno trzeba przepłynąć ze dwa wielkie morza
    żeby zdobyć ten badyjanek na koniec noża.

    Biję się z myślami dzielnie
    jak Napoleon pod Austerlitz
    co mam nabrać do tych chałek
    na ten cholerny noża szpic.

    Z Czechosłowacji szmuglowano cytryny i migdały
    bez tych dodatków chałki by się nie udały
    wszyscy kombinowali przez noc aż dopadła ich ranna zorza
    co to jest badyjanek, skąd przywieść coś na koniec noża

    Badyjanek, badyjanek
    brzmi jak zaklęcie z bajek tysiąca nocy
    a w sprawie badyjanku znikąd pomocy.

    Utłuczony anyżek, rodzynki i obrane migdałki
    nie zadawalają upieczonej chałki
    o chałko jak można mieć obrażoną minę
    przecież tego badyjanku brakuje tylko odrobinę.

    KONKURS ROZSTRZYGNIĘTY!

    opublikowano: 2013-12-04 16:25:39

    Znamy już wyniki konkursu, w którym mogli wziąć udział uczestnicy warsztatów pisarskich! Na przesłanie do nas swoich prac zdecydowało się aż 87 osób i w sumie trafiło do nas ponad 130 tekstów!
    Ze wszystkimi zwycięzcami skontaktujemy się telefonicznie lub mailowo w ciągu 2-3 najbliższych dni.

    W jury zasiedli:
    Barbara Sułek-Kowalska – dziennikarka i redaktorka, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
    Prof. dr hab. Michał Kuziak – literaturoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim
    Wojciech Chmielewski – pisarz, recenzent książkowy

    Jurorów poprosiliśmy nie tylko o wskazanie najlepszych (ich zdaniem) prac, lecz także o kilka słów o każdym z nagrodzonych tekstów.

    JURY PRZYZNAŁO 6 RÓWNORZĘDNYCH NAGRÓD GŁÓWNYCH (DUŻE ZESTAWY KSIĄŻEK) – NAGRODZONYCH AUTORÓW / AUTORKI WYMIENIAMY W KOLEJNOŚCI ALFABETYCZNEJ:

    Elżbieta Budkiewicz „Makao”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Proste w formie i głębokie w treści opowiadanie o fotografii, która odsłania tajemnicę udanego życia rodziny w upiornie trudnym czasie peerelowskich powikłań. Czarno-biała fotografia znad morza nie oddaje silnych więzów, jakie łączą trzy siostry z rodzicami i babcią, ale miłość jest tak obecna w tym opowiadaniu, że należałoby je czytać na warsztatach małżeńskich”.
    Prof. Michał Kuziak: „Świetnie skonstruowana poetyka tekstu, oddającego przez swoją fragmentaryczność efekt mijającego czasu. Walorem pisarstwa Autorki jest także zdolność obserwacji i oddania realiów obyczajowych przeszłości, nabierającej bliskiego, auratycznego charakteru”.
    Wojciech Chmielewski: „Lata 70. ubiegłego wieku i rodzina spędzająca wakacje pod namiotem nad polskim morzem. W tej na pozór zwyczajnej historii czujemy klimat tamtych czasów, które przecież już nie powrócą”.

    Krystyna Drewnicka „Bronka”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Dlaczego niemodna i w dodatku zepsuta lalka jest taka ważna dla eleganckiej starszej pani? I dlaczego ma na imię Bronka? Piękny język, dobra konstrukcja, smakowite szczegóły”.
    Prof. Michał Kuziak: „Doskonała warsztatowo, sprawnie skonstruowana scenka dramatyczna i opowiadanie, ukazujące fragment rodzinnej historii w związku lalką, tytułową Bronką, popsutą i naprawianą. Emocje celnie prześwitują przez przedstawiane realia”.
    Wojciech Chmielewski: „Popsuta lalka, która przez wiele lat broniła swej właścicielki. Wywołująca wzruszenie historia o wierności i przywiązaniu”.

    Jerzy Elbanowski „Sara tańczy”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Bardzo dobrze oddany klimat rodzinnej tajemnicy: dziadek z wnukami – jedna z wnuczek też jest tajemnicza – oglądają album ze starymi zdjęciami i debatują nad nieopisanymi portretami. Dzieci zaskakują dziadka pomysłami na rozwiązanie zagadek, ale we śnie przychodzi do niego jakaś pra-ciotka i ostrzega przed rozsupływaniem historii, które nie im przecież się zdarzyły. A niezwykła wnuczka, ogrzana zapewne miłością dziadka, uchyla rąbka swojej tajemnicy…”.
    Prof. Michał Kuziak: „Tekst ujawnia znakomity talent narracyjny Autora, opowiadającego rodzinną historię związaną ze zdjęciem, wprowadzającego historyczne tło swojej opowieści i zarazem wpisującego w swoją opowieść jakąś tajemnicę, niejasność związaną z przeszłością. Opisowości tekstu intrygująco towarzyszą elementy ekspresywne”.
    Wojciech Chmielewski: „Kim jest dziewczynka, która wygląda na zamkniętą w sobie i nieśmiałą? Dlaczego zaczyna tańczyć i wcale nie chce przestać? Dowiemy się tego z opowieści jej dziadka”.

    Halina Kwaśna „Czarna jak smoła, magiczna”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Autorka przedstawia swoją bohaterkę z takim wdziękiem, że i czytelnik nabiera ochoty na bliższy z nią kontakt. Niby zwykły ciuch z zagranicznej paczki, a ile ludzkich historii się w nim kryje. Świetny styl i bardzo konsekwentnie zrealizowany pomysł”.
    Prof. Michał Kuziak: „Znakomicie przedstawiona, łącząca emocje i zainteresowanie szczegółem materialnym świata, opowieść o przeżyciu z przeszłości i związanym z nim przedmiotem marzenia i pragnienia – stylową, dawną marynarką. Autorka posiada zdolność nie tylko plastycznego opisu, ale i zaciekawienia czytelnika opowiadana historią”.
    Wojciech Chmielewski: „Niezwykła opowieść pachnąca starym strychem i naftaliną. O czarnej jak smoła marynarce, która staje się powiernikiem kobiecych sekretów”.

    Danuta Szelatyńska-Głowacz „Spotkanie”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Historia załączonego zdjęcia jest tak niezwykła, że gdyby znalazła się w projekcie scenariusza filmowego, mogłaby dostać opinię „nieprawdopodobne”. Rozdzieleni po obronie Grodna (1939 rok) ojciec i syn, obaj zesłani przez sowiecką władzę na daleką północ, odnajdują się dopiero w Taszkiencie, w Armii Andersa. W historię spotkania umiejętnie wpleciony dramatyczny los obu żołnierzy, w rezultacie zaś kawał historii ojczystej. Choć syn jest bardzo chory, ojciec ze swym oddziałem rusza w drogę. Spotkają się jeszcze raz, w Kairze, w 1942 roku, ale autorka nie mówi – choćby pół zdaniem – czy się jeszcze zobaczą. A szkoda”.
    Prof. Michał Kuziak: „Podstawowy walor tego tekstu wiąże się z jego aspektem historycznym, dokumentalnym. Zostaje tu bowiem opowiedziana, związana ze zdjęciem, historia z czasów II wojny światowej, dotycząca losów Polaków zesłanych w głąb ZSRR i uratowanych wraz z armią gen. Andersa. Autorka znakomicie oddała dramatyzm polskich losów”.
    Wojciech Chmielewski: „Ojciec i syn wywiezieni przez Sowietów. Ich losy na nieludzkiej ziemi, potem w Indiach. Wreszcie nieoczekiwane spotkanie w Kairze. Zdjęcie. Jak dalej potoczyły się ich wojenne losy?”.

    Maria Mariola Wójtowicz „Maszyna do szycia”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Historia jednego domowego sprzętu jest zarazem lapidarnie ujętą historią rodziny wyraźnie osadzoną w historii Polski. Autorka sprawiła, że opowieść jest pełna ciepła i spokoju, który w kręgu światła padającego na maszynę do szycia buduje Anielka, jej właścicielka, najpierw młoda, później już dorosła. Swoją wykonywaną z wielkim zamiłowaniem pracą krawcowej porządkuje całkiem spory kawałek świata”.
    Prof. Michał Kuziak: „Zaletą tekstu jest interesujące ukazanie historii życia – dojrzewania – w połączeniu z historią przedmiotu. Na szczególną uwagę zasługuje perfekcyjne operowanie czasem, przeplatanie różnych planów biografii, sprawiające, że powstaje sugestia jej niezwykłości”.
    Wojciech Chmielewski: „Mama i jej maszyna do szycia. Ile spraw, opowieści, łez i radości, które upłynęły w rytm stukotu starego urządzenia!”.

    JURY PRZYZNAŁO RÓWNIEŻ 6 RÓWNORZĘDNYCH NAGRÓD DODATKOWYCH (MNIEJSZE ZESTAWY KSIĄŻEK) – NAGRODZONYCH AUTORÓW / AUTORKI WYMIENIAMY W KOLEJNOŚCI ALFABETYCZNEJ!

    Longina Bujas „To tylko łyżeczka”
    Barbara Sułek-Kowalska: „I znowu kawał polskiej historii ukrytej w historii zwyczajnej – niezwyczajnej łyżeczki, która towarzyszy bohaterce przez całe życie, od nieszczęsnego upadku z huśtawki przez sowieckie pociski aż po pracę w pierwszej szkole”.
    Prof. Michał Kuziak: „Tekst łączy opowieść o dzieciństwie z opisem dawnego świata. W tle dzieje się historia przez duże H, bohaterka zostaje cudem uratowana w trakcie wojny. Tytułowa łyżeczka, której historia zostaje również przedstawiona, okazuje się przedmiotem przynoszącym szczęście”.
    Wojciech Chmielewski: „Czy łyżeczka może chronić przed nieszczęściami? Dzieje tego przedmiotu wcale się nie kończą. A może ta historia w ogóle nie ma końca, bo łyżeczka przekazywana jest z pokolenia na pokolenie”.

    Apoloniusz Ciołkiewicz „Dziadek Staś”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Bezpretensjonalna, choć nie pozbawiona zaskakujących skojarzeń i zwrotów historia o dziadku siłaczu, którego w Tule wypatrzyła młodziutka Polka i przywiozła do Grajewa. Pokora wobec upływającego czasu, chęć zachowania dziedzictwa i szacunek wobec rodzinnych tajemnic”.
    Prof. Michał Kuziak: „Znakomita umiejętność autora splecenia historii rodzinnej (związanej ze zdjęciem) z historią Polski. Na uwagę zasługuje także celne łączenie narracji i dialogów, dramatyzujących tekst”.
    Wojciech Chmielewski: „Dziadek Staś jest cyrkowym siłaczem. Podczas występów w dalekiej Rosji poznaje dziewczynę i zakochuje się w niej. Jak dalej potoczą się ich losy?”.

    Urszula Chojnacka „Kochani wnukowie”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Wspomnienie dziecięcego roweru i dydaktyczna opowieść dla wnuków o dawnych czasach, kiedy babcia była mała. Autorka znalazła najlepszą formułę przekazu zarówno historycznego, jak i emocjonalnego: swoją barwną opowieść ujęła w ramy listu do trzech wymienionych z imienia – więc uwiarygodnionych w ten sposób – wnuków. Zawarła tez pochwalę przygody, ciekawości świata i życzliwości wobec niego”.
    Prof. Michał Kuziak: „Tekst skomponowany jako list babci do wnuków, przedmiotem opisu jest zdjęcie ukazujące autorkę jako małą dziewczynkę z rowerem. Narracja jest prowadzona w sposób dialogujący z odbiorcami, język znakomicie odpowiada wrażliwości małego adresata, pozwala nawiązać z nim świetny kontakt”.
    Wojciech Chmielewski: „Wspomnienie o zwyczajnym rowerku dziecięcym może być dziś inspiracją do budowania więzi z wnukami. One mają na pewno ładniejsze rowery niż tamten, ale czy są one tak samo magiczne?”.

    Hubert Panas „Żelazko z duszą”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Natalcia, Stasia, Hubercik, Januszek, a w kołysce Basia: gdzieś w kresowej wsi, w bialo-czerwonym – bo tak demonstrowali patriotyzm ojciec i stryj autora – domu mimo sowieckiego zagrożenia wywózką toczy się zwyczajne życie w niezwykłych okolicznościach: mama zręcznym ruchem wrzuca do pieca duszę z żelazka i wyjmuje z ognia inną, gorącą. I prasuje „bluzeczki, koszulki, fartuszki i inne fatałaszki”. Kiedy spadną bomby, na pogorzelisku zostanie żelazko. Bez duszy.”
    Prof. Michał Kuziak: „Tekst podporządkowany żywiołowi opisowości. Autor znakomicie splata historię przez duże H (rozgrywającą się w trakcie II wojny światowej) z historią rodziny. W centrum opowieści znajduje się tytułowe żelazko z duszą. Wszystko to świetnie przenosi czytelnika w atmosferę dawnej wsi polskiej”.
    Wojciech Chmielewski: „Dom w kresowej wsi. Matka prasuje żelazkiem z duszą, a wokół rozdziawione dziecięce buzie. Poza domem zły świat sowieckiej okupacji. Żelazko z duszą opowiada nam dzieje Polaków na Kresach”.

    Iwona Pawłowicz „Zdjęcie cioci Ani”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Z pozorną lekkością i prawdziwym humorem pokazana jest rodzina, którą w popłoch wprawia milicjant. Przyprowadza go bowiem córka, którą koniecznie „trzeba wydać za mąż”, a ona nikogo nie chce. A tu, proszę! Prawdziwym tematem jest jednak tytułowa ciocia, która za nic nie chciała być sama, a przedstawiona jest z zaskakująca głębią”.
    Prof. Michał Kuziak: „Opowiedziana z prawdziwą i sporą dozą humoru historia rodzinna. Opowieść dotyczy przygód matrymonialnych wybrzydzającej na absztyfikantów cioci Ani, stającej się żoną milicjanta. Brawa za niemal ironiczny dystans do przedmiotu tekstu”.
    Wojciech Chmielewski: „Ciocia Ania nie miała szczęścia do mężczyzn. Żaden nie był dla niej odpowiedni. Ale chyba nikt nie spodziewał się, że jej wybranek będzie nosił milicyjny mundur, i że będzie z nim szczęśliwa”.

    Joanna Rodowicz „Obraz”
    Barbara Sułek-Kowalska: „Liryczna, ale bardzo zdyscyplinowana literacko, opowieść o dziadku, zapoznanym malarzu Marcelim Nałęcz-Dobrowolskim, jego pasji życia i miłości do wnuczki, autorki opowieści. Piękny język, wysmakowane szczegóły, dobrze naszkicowany obraz dziecięcego dramatu niezrozumienia świata”.
    Prof. Michał Kuziak: „Tekst przedstawia wspomnienie dziadka, malarza, pisane z perspektywy wnuczki. Tekst znakomicie (i lirycznie) splata perspektywę spojrzenia małej dziewczynki i dorosłej kobiety, która, idąc w ślady dziadka, również maluje i patrzy na świat jego oczyma. Na uwagę zasługuje również świetne połączenie opowiadania z dialogami”.
    Wojciech Chmielewski: „Kaseta na farby należąca do dziadka. Przedmiot wywołuje falę wspomnień związanych z dziadkiem Marcelim i jego miłością do małej Joasi”.


    PRZYZNALIŚMY TAKŻE 2 WYRÓŻNIENIA DODATKOWE (POJEDYNCZE KSIĄŻKI):

    Krystyna Bliwert „Badyjanek” (wyróżnienie ufundowane przez Barbarę Sułek-Kowalską)
    Barbara Sułek-Kowalska: „Przedstawiona w kabaretowej formie urocza opowiastka o kłopotach z zachowaniem przekazanego przez mamę dziedzictwa kulinarnego: tytułowy badyjanek jest całkowicie niedostępny dla kolejnych pokoleń, ponieważ nikt nie wie czym jest ta przyprawa. Przestroga dla wszystkich: mówmy spadkobiercom, o co nam chodzi!”.
    Prof. Michał Kuziak: „Wiersz rozgrywający się wokół tajemniczej przyprawy do chałki – „badyjanka”. W przypadku tak potraktowanego, z humorem, tematu kulinarnego, forma rymów wydaje się jak najbardziej odpowiednia do wywołania zamierzonego przez Autorkę efektu”.
    Wojciech Chmielewski: „Dziwna przyprawa. Jak smakuje? Jak pachnie? Do czego dodaje się badyjanka? To wiersz o tym, co być może istniało lub istnieje. Zagadka dla wszystkich lubiących gotowanie”.

    Regina Krzystanek „Historia jednej fotografii” (wyróżnienie przyznane przez KONCENTRAT)
    Barbara Sułek-Kowalska: „Zaskakująca opowieść o utalentowanej dydaktycznie babci, która wnuczce kazała w kościele liczyć róże św. Tereski, aby się dziecko nie nudziło w czasie długiego kazania. Zdjęcie babci zniknęło sprzed oczu autorki, „poszło w inne ręce”, ale historie pozostały i trzymają autorkę przy życiu. Pani Regino, wielkie dzięki za takie przesłanie”.
    Prof. Michał Kuziak: Tekst wspomnieniowy, ukazujący rodzinną historię, w centrum której znajduje się zaprowadzająca porządek w otaczającym ją świecie babcia. Autorka bez wątpienia z dużym urokiem opowiada historie ze swojego dzieciństwa, w plastyczny sposób odtwarzając związane z nim realia”.
    Wojciech Chmielewski: „Babcia była osobą surową i wymagającą, ale potrafiła zdobyć miłość dziecka. Dlatego po latach wspomnienie liczonych na kościelnym obrazie róż pozwala przywołać świat, którego dziś już nie ma”.

    Laureatom gratulujemy, a wszystkim, którzy zdecydowali się podzielić z nami swoimi wspomnieniami, serdecznie dziękujemy. Żadnej z tych opowieści nie zapomnimy!

    Jury już obraduje!

    opublikowano: 2013-12-01 21:20:34

    Jesteśmy oszołomieni, wzruszeni i oczarowani. Aż 87 uczestników warsztatów pisarskich zdecydowało się przysłać do nas teksty konkursowe. W sumie trafiło do nas ponad 130 prac! Jury nie ma więc łatwego zadania, ale dzielnie czyta, dyskutuje i ocenia. Wyniki konkursu już w tym tygodniu, prosimy o odrobinę cierpliwości :)
    Fot. Jacek Łagowski

    IMG_0679IMG_0652IMG_0586IMG_0559

    Katowice i już!

    opublikowano: 2013-11-22 22:29:52

    Dziś spotkaliśmy się z seniorami w Ewangelickim Centrum Diakonijnym Słoneczna Kraina w Katowicach. Nam też trudno uwierzyć, że były to ostatnie warsztaty w ramach projektu PISZEMY+. A że jedna z seniorek przyjechała na nie autostopem aż z Puław? Normalna sprawa :)

    Bardzo dziękujemy uczestnikom zajęć za to, że mieli chęć dzielić się swoimi historiami i uważnie słuchali innych.

    kato1-tiltshift

    Warszawa zapisana

    opublikowano: 2013-11-21 17:47:56

    Spotkanie w Ośrodku Wsparcia dla Seniorów Nr 1 przy Al. Zjednoczenia na warszawskich Bielanach będziemy długo wspominać. Tak otwartych, wrażliwych i sympatycznych uczestników życzymy wszystkim prowadzącym warsztaty :) Dziękujemy też Pani Kasi za wsparcie organizacyjne i za to, że zadbała o każdy szczegół.

    wwa1-tiltshift

    W Częstochowie

    opublikowano: 2013-11-20 21:40:26

    Dziś wracaliśmy do wspomnień w częstochowskim Centrum Aktywności Seniora przy ul. Staszica. Odwiedziło nas tam Polskie Radio, więc była okazja, by uczestnicy spotkania opowiedzieli o tym, o czym zamierzają pisać :)

    cz1-tiltshift

    PISZEMY+ w Radomiu

    opublikowano: 2013-11-19 20:30:00

    Dziś pracowaliśmy w Klubie Seniora przy ul. Sienkiewicza 14 w Radomiu. Dziękujemy za wzruszające opowieści, twórczy zapał i frapujące pytania. To na pewno nie będzie nasze ostatnie spotkanie :)

    radom1-tiltshift (1) radom2-tiltshift

    Na warszawskim Mokotowie

    opublikowano: 2013-11-18 16:22:21

    Dziś, w kameralnym gronie, pracowaliśmy w Ośrodku Pomocy Społecznej na Mokotowie przy ul.Bałuckiego 5. Dziękujemy za ciepłe przyjęcie, herbatę owocową i rozważania o tym, czym jest szczęście.

    mokotow-tiltshift

    Wolne miejsca w Częstochowie!

    opublikowano: 2013-11-17 12:40:22

    Seniorów z Częstochowy i okolic zapraszamy już 20 listopada (środa) do Centrum Aktywności Seniora przy ul. Staszica 10. Będziemy pracować od godz. 14 do 17.00, potem będzie jeszcze czas na indywidualne konsultacje, rozmowy, pytania. Zapewniamy twórczą atmosferę i słodki poczęstunek :)

    Warsztaty pisarskie to znakomita okazja, by się przekonać, że tworzenie własnych opowieści wcale nie jest trudne i sprawia mnóstwo przyjemności. Tym razem inspiracji poszukamy w domowych archiwach zdjęciowych, sięgniemy do wspomnień i historii już trochę zakurzonych. Wszyscy uczestnicy otrzymają materiały szkoleniowe, zawierające m.in. przydatne wskazówki i bibliografię.

    Zapraszamy zarówno początkujących, jak i bardziej doświadczonych.

    Zapisy i dodatkowe informacje: tel. 691 937 428 lub 669 015 175, kajedrzejewska@gmail.com lub stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com (pisać i dzwonić można cały czas, także wieczorami i w wolne dni czekamy na Państwa zgłoszenia).

    Warsztaty są bezpłatne, ponieważ projekt PISZEMY+ jest współfinansowany ze środków otrzymanych od Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2012-2013.

    Zapraszamy serdecznie!

    Białystok razy dwa i Katowice

    opublikowano: 2013-11-15 23:33:49

    13 i 14 listopada do spisywania wspomnień i porządkowania domowych archiwów znowu namawialiśmy seniorów z Białegostoku. W Filii nr 7 Książnicy Podlaskiej im. Łukasza Górnickiego przy ul. Zielonogórskiej atmosfera była wspaniała i nawet brak ekranu nie pokrzyżował nam planów :) To zasługa zespołu pracującego w bibliotece, który potrafi rozwiązać każdy problem w okamgnieniu.
    Dzień później, w Regionalnym Ośrodku Polityki Społecznej w Białymstoku, do pisania też nikogo nie trzeba było namawiać. Bardzo dziękujemy za wsparcie organizacyjne i wiele życzliwości.
    A 15 listopada spotkaliśmy z seniorami w Dziennym Domu Pomocy Społecznej nr 2 przy ul. Głogowskiej w Katowicach. Tam przypomnieliśmy sobie o białych pepegach i usłyszeliśmy historię o trzepaniu dywanów w rękawiczkach z jednym palcem. Dziękujemy za przemiłe popołudnie.

    bially1-tiltshift bialy2-tiltshift

    Tymczasem w Krakowie

    opublikowano: 2013-11-12 22:16:51

    To już drugie warsztaty w Krakowie i znowu imponująca frekwencja! W Ośrodku Kultury im. C.K. Norwida w Nowej Hucie wszystkie miejsca były zajęte. Bardzo dziękujemy za poruszające opowieści, tomiki wierszy i pytania, które zachęcały do głębszej refleksji. Czujemy niedosyt i mamy nadzieję na kolejne spotkania!

    krk1-tiltshift

    W drodze :)

    opublikowano: 2013-11-11 22:30:58

    Pracowity tydzień przed nami - jedno spotkanie w Krakowie, dwa w Białymstoku i jedno w Katowicach. A to jeszcze nie koniec :) Zajrzyjcie do zakładki "warsztaty", może będziemy też w Waszym mieście?

    bus1

    Olsztyńskie pisanie

    opublikowano: 2013-11-08 22:26:09

    Do Olsztyna przyjechaliśmy na zaproszenie pani Marii Kalinowskiej z Akademii Trzeciego Wieku. Z wielkim sentymentem odwiedzamy te okolice, bo właśnie tu robiliśmy nasz pierwszy projekt 5 lat temu. I co za niespodzianka! Okazało się, że jedną z uczestniczek warsztatów jest wychowawczyni dziewczyn, które wtedy z nami przygotowywały "Unieszewiaka" :) Jeśli jesteście ciekawi, co to za inicjatywa, zajrzyjcie tu: http://koncentrat.org.pl/?id=unieszewiak
    A my dziękujemy olsztyńskim seniorom za wspaniałe opowieści, mnóstwo życzliwości i czekoladki na drogę. Wrócimy na pewno!

    oll1 oll2-tiltshift

    W Białymstoku (przy białym stole)

    opublikowano: 2013-11-07 22:10:56

    W kawiarni przy Teatrze Dramatycznym im. A. Węgierki w Białymstoku stanął bardzo długi biały stół. Trudno było nam uwierzyć, że wszystkie miejsca zostaną zajęte, ale już 10 minut przed zajęciami nie dało się wcisnąć nawet szpilki. Do tego odwiedziła nas lokalna telewizja, a ci, co mówili, że pisać nie potrafią i nie zamierzają, dość szybko sięgnęli po długopisy. Szczególne podziękowania dla Moniki Bani za zorganizowanie spotkania!

    bial1-tiltshift bial2-tiltshift

    Dwa razy Łódź

    opublikowano: 2013-11-06 22:00:07

    5 listopada pracowaliśmy w Ośrodku Kultury GÓRNA przy ul. Siedleckiej. W kameralnym gronie, przy gorącej herbacie, mogliśmy tekstom przyglądać się z różnych stron i dyskutować o znaczących szczegółach. Wspaniale było poznać tyle osób, których do pisania wcale nie trzeba namawiać :)
    A dzień później, 6 listopada, spotkaliśmy się z seniorami w Domu Dziennego Pobytu przy ul. Narutowicza. Dziękujemy za mnóstwo życzliwości i wiele wzruszających opowieści.

    ll1-tiltshift l2-tiltshift (1)

    PISZEMY+ w Olsztynie

    opublikowano: 2013-11-04 21:51:29

    Dzisiejsze warsztaty zorganizowaliśmy we współpracy z Europejskim Stowarzyszeniem Edukacji i Rozwoju "PIONIER". Było mnóstwo dobrej energii i bardzo dużo słodkości ;) Za wszystko dziękujemy!

    ol1-tiltshift ol3-tiltshift

    Wolne miejsca na warsztatach w Łodzi! Zapraszamy :)

    opublikowano: 2013-10-30 14:40:39

    Seniorów z Łodzi i okolic zapraszamy już 5 listopada (wtorek) do Ośrodka Kultury GÓRNA przy ul. Siedleckiej 1. Będziemy pracować od godz. 11 do 14.00, potem będzie jeszcze czas na indywidualne konsultacje, rozmowy, pytania. Zapewniamy twórczą atmosferę i słodki poczęstunek :)

    Warsztaty pisarskie to znakomita okazja, by się przekonać, że tworzenie własnych opowieści wcale nie jest trudne i sprawia mnóstwo przyjemności. Tym razem inspiracji poszukamy w domowych archiwach zdjęciowych, sięgniemy do wspomnień i historii już trochę zakurzonych. Wszyscy uczestnicy otrzymają materiały szkoleniowe, zawierające m.in. przydatne wskazówki i bibliografię. Opowiemy też krótko o konkursie literackim skierowanym wyłącznie do uczestników warsztatów - mamy aż 12 nagród, które przyzna profesjonalne jury.

    Zapraszamy zarówno początkujących, jak i bardziej doświadczonych.

    Zapisy i dodatkowe informacje: tel. 691 937 428 lub 669 015 175, kajedrzejewska@gmail.com lub stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com (pisać i dzwonić można cały czas, także wieczorami i w wolne dni czekamy na Państwa zgłoszenia)

    Warsztaty są bezpłatne, ponieważ projekt PISZEMY+ jest współfinansowany ze środków otrzymanych od Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2012-2013.

    Zapraszamy serdecznie!

    Kraków pisze

    opublikowano: 2013-10-29 23:36:47

    Trzeba było wyjąć drzwi z zawiasów i poprzesuwać regały z książkami, żeby zmieścili się wszyscy uczestnicy warsztatów pisarskich, które poprowadziliśmy dziś w Filii nr 19 Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. Dziękujemy za domową atmosferę, opowieści prawdziwe i zmyślone, herbatę w porcelanowych filiżankach, rozważania o preclach i obwarzankach ;)

    krk1

    Poznańskie wspomnienia

    opublikowano: 2013-10-28 23:46:53

    Na poddaszu przy ul. Mickiewicza pisaliśmy o letnich pantoflach, nauce pływania, przemijaniu. Na horyzoncie pojawił się nawet przez chwilę niezidentyfikowany obiekt latający :) Za zorganizowanie warsztatów dziękujemy Centrum Inicjatyw Senioralnych. Czekamy niecierpliwie na teksty konkursowe!

    poznan1 poznan3

    W Radomiu i Łodzi

    opublikowano: 2013-10-25 19:50:48

    Za nami już warsztaty w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Radomiu i w Fundacji Edukacji i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego FERSO w Łodzi. Usłyszeliśmy mnóstwo ciekawych historii i dających do myślenia pytań. Czekamy niecierpliwie na teksty konkursowe!

    l2-tiltshift radom1-tiltshift

    Zapisani w Warszawie

    opublikowano: 2013-10-21 23:20:52

    Przy Pl. Konstytucji 4 w Warszawie wirowaliśmy (w tańcu) z pralką, rozgrzewaliśmy duszę żelazka, wspominaliśmy szorstkość wełnianej rękawiczki z jednym palcem i letnie pantofle. Okazało się, że nawet w ciągu 10 minut można napisać tekst! Dziękujemy wszystkim uczestnikom warsztatów pisarskich za ten wspólnie spędzony czas i czekamy na teksty konkursowe. A za zdjęcia dziękujemy Jackowi Łagowskiemu, który potrafi stać się niewidzialny, kiedy fotografuje.

    Więcej fotografii z warsztatów można obejrzeć na: https://www.facebook.com/stowarzyszenie.koncentrat

    wwa3 wwa2 wwa6 wwa91

    21 października warsztaty w Warszawie. Mamy wolne miejsca!

    opublikowano: 2013-10-15 11:10:23

    Seniorów z Warszawy i okolic zapraszamy już 21 października (poniedziałek) do WARSZTATU przy Pl. Konstytucji 4. Będziemy pracować od godz. 14 do 17.00, potem będzie jeszcze czas na indywidualne konsultacje, rozmowy, pytania. Zapewniamy twórczą atmosferę i słodki poczęstunek :)

    Warsztaty pisarskie to świetna okazja, by się przekonać, że tworzenie własnych opowieści wcale nie jest trudne i sprawia mnóstwo przyjemności. Tym razem inspiracji poszukamy w domowych archiwach zdjęciowych, sięgniemy do wspomnień i historii już trochę zakurzonych. Wszyscy uczestnicy otrzymają materiały szkoleniowe, zawierające m.in. przydatne wskazówki i bibliografię. Opowiemy też krótko o konkursie literackim skierowanym wyłącznie do uczestników warsztatów - mamy aż 12 nagród, które przyzna profesjonalne jury.

    Zapraszamy zarówno początkujących, jak i bardziej doświadczonych.

    Zapisy i dodatkowe informacje: stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com i tel. 691 937 428

    Warsztaty są bezpłatne, ponieważ projekt PISZEMY+ jest współfinansowany ze środków otrzymanych od Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2012-2013. Warsztaty współorganizuje Stowarzyszenie "Możesz więcej".

    Zapraszamy serdecznie!

    I znowu w Łodzi :)

    opublikowano: 2013-10-10 20:12:52

    Było tłoczno, gwarno i głośno. Pisaliśmy o tym, że dawno, dawno temu, za górami i lasami, nie było lodówek, ale za to wszyscy mieli gorące dusze i prasowali płócienne sukienki. Pisaliśmy też o kolorowych telewizorach, które płonęły, i o pierwszym telefonie. Mamy nadzieję, że zdjęcia znalezione w piwnicach, na strychach i poupychane w pudłach po butach mają teraz szansę stać się początkiem opowieści. Czekamy na nie niecierpliwie!

    lodz1 lodz2

    PISZEMY+ w Kielcach

    opublikowano: 2013-10-09 23:00:03

    Trzeba było dostawić dodatkowe stoły, by wszyscy się zmieścili. Taką mieliśmy frekwencję na warsztatach pisarskich w Domu Pomocy Społecznej im. Jana Pawła II w Kielcach. Dziękujemy seniorom za zainteresowanie, mnóstwo ciepłych słów i odszukanie w zakamarkach pamięci historii już trochę zakurzonych. Urzekły nas opowieści o pralce Frani, odkurzaczu i o pulchnej dziewczynce z kokardą we włosach. Dziękujemy za zaproszenie, na pewno wrócimy do Kielc przy najbliższej okazji.

    KIELCE1

    U Latających Babć w Łodzi

    opublikowano: 2013-10-04 19:12:26

    O tym, że Latające Babcie i (jeden Dziadek) piszą świetne bajki i wiersze wiedzą nawet przedszkolaki. Nas oczarowały, a właściwie oczarowali, swoją energią, pasją, wrażliwością poczuciem humoru i otwartością. Zajrzyjcie na ich stronę koniecznie, a może i do Was kiedyś przylecą: www.latajacebabcie.pl

    lodz2 lodz3 DSC01368 DSC01369

    Toruńskie wspomnienia

    opublikowano: 2013-10-03 20:37:51

    W bajkowej atmosferze toruńskiej biblioteki zastanawialiśmy się dziś, jak złapać czytelnika na haczyk i jak sprawić, by chciał wysłuchać naszej opowieści od początku do końca. Pisaliśmy, poprawialiśmy nasze teksty i dyskutowaliśmy - o pierwszych zdaniach, puentach, czasie przeszłym i lądowaniu na Marsie. Bardzo dziękujemy Paniom pracującym w bibliotece przy ul. Kościuszki 41/47 za zorganizowanie warsztatów i za mnóstwo serdeczności :) Z niecierpliwością czekamy na teksty konkursowe!

    tor4 tor2 tor3 tor1

    PISZEMY+ w Toruniu

    opublikowano: 2013-09-30 13:25:34

    Warsztaty rozpoczynaliśmy w świetle telewizyjnych kamer, ale potem w bibliotece przy Kościuszki 41/47 było już trochę spokojniej :) Piliśmy gorącą herbatę i pisaliśmy. O górskiej wycieczce i letnich pantoflach, szwedzkim stole i skręconej kostce, rękawiczkach zgubionych, znalezionych, zielonych i niebieskich.
    Bardzo dziękujemy uczestnikom oraz wszystkim Paniom pracującym w tej sympatycznej bibliotece.
    W Toruniu będziemy znowu 3 października od godz. 11.30 do 15.30 - zapraszamy tych, którzy nie dotarli na poprzednie spotkanie. Wszystkie informacje można znaleźć w zakładce "warsztaty".
    torun1 torun3 torun4 torun5

    Lublin po raz drugi

    opublikowano: 2013-09-23 22:42:20

    Dziś w Lublinie pisaliśmy o paskowej damie, przyjaciółce rękawiczce i telewizorze odbierającym życiu kolory. Bardzo dziękujemy Fundacji Logikon, szczególnie Pani Teresie, za pomoc w zorganizowaniu warsztatów. A uczestnikom dziękujemy za mnóstwo ciekawych historii i inspirujące rozmowy.
    Na warsztaty, które prowadzimy w czwartek w Toruniu, nie ma już miejsc, dlatego postanowiliśmy zrobić tam dodatkowe spotkanie 3 października. Wszystkie informacje można znaleźć w zakładce "warsztaty".
    lubl1

    Żoliborz zapisany

    opublikowano: 2013-09-20 19:42:02

    Dziś pracowaliśmy w Żoliborskim Centrum Integracji i Aktywizacji Seniorów. Jak widać na zdjęciach, nikt nie próżnował. Okazało się, że nawet złamana ręka nie jest przeszkodą, jeśli ma się ciekawą opowieść do zapisania. Dziękujemy za historię o duszy, która spadła na podłogę (tak, że aż trzeba było wymieniać klepkę), o najwygodniejszych na świecie sandałkach, o pralce, która ułatwiała mycie podłogi i o nauce pływania :)

    A już w poniedziałek PISZEMY+ w Lublinie, w Domu Kultury LSM przy ul. Wallenroda 4a. Pracujemy od godz. 15.00 do godz. 19.00 i mamy ostatnie wolne miejsca. Wystarczy do nas zadzwonić, telefon czynny jest także w weekendy: 691 937 428. Zapraszamy!

    zoli1 zoli3 zoli6

    Bajkowe warsztaty w Lublinie

    opublikowano: 2013-09-17 22:32:06

    O strachu na wróble, który wciąż myślał o przemijaniu, czarownicy mieszkającej w domku z wodorostów, tyranie Tyranozaurusie, chłopcu w wielkim kapeluszu, czapce niewidce i rajskim ptaku pisaliśmy dziś w Biblio Lublin. To były warsztaty pełne wspomnień i wzruszeń. Dziękujemy za mnóstwo wspaniałych opowieści i niecierpliwie czekamy na prace konkursowe. A terminy kolejnych warsztatów, które organizujemy w kilkunastu miastach w całej Polsce, można znaleźć w zakładce warsztaty.

    lub1 lub2 lub3 lub4 lub5

    Bajkowy Lublin już 17 września

    opublikowano: 2013-09-14 21:06:20

    Mała zmiana planów. W Lublinie nie spotkamy się 16 września, ale dopiero 17 września o godz. 10.30. Będziemy pisać bajki, w których wykorzystamy wątki autobiograficzne. Taką bajkę warto podarować bliskiej osobie - to niezapomniany prezent dla przyjaciół, wnuka albo prawnuka :)
    Zapraszamy więc do Biblioteki Multimedialnej przy ul. Szaserów 13-15. Zapisywać się można na miejscu w bibliotece lub telefonicznie: 81 311 00 09 albo 691 937 428. Mamy ostatnie wolne miejsca!
    A o projekcie będziemy opowiadać w poniedziałek około godz. 9 w Radiu Lublin. Zapraszamy do posłuchania :)

    bajki

    Przed nami Lublin i Poznań

    opublikowano: 2013-09-05 22:15:50

    Dokąd teraz jedziemy?

    Już 16 i 17 września poprowadzimy bezpłatne warsztaty dla seniorów w Lublinie w Bibliotece Multimedialnej przy ul. Szaserów 13-15. Zapisywać się można na miejscu w bibliotece lub telefonicznie: 81 311 00 09 albo 691 937 428.

    A 7 października znowu będziemy w Poznaniu, tym razem na zaproszenie Centrum Inicjatyw Senioralnych. Zajęcia odbędą się przy ul. Mickiewicza 9A. Zapisy telefoniczne: 61 842 35 09.

    Dodatkowe informacje można uzyskać kontaktując się bezpośrednio z nami: stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com lub 691 937 428.

    A to zdjęcie z 1953 r. z domowego archiwum Ani, jednej z trenerek prowadzących warsztaty. Ono też ma swoją historię :)

    motor

    P jak Poznań :)

    opublikowano: 2013-08-30 21:59:42

    Dziś spotkaliśmy się w siedzibie Stowarzyszenia "Flandria" w Poznaniu. Dowiedzieliśmy się, co to jest ryczka i poznaliśmy trzymającą w napięciu historię o zepsutej lodówce. Dziękujemy za wspólnie spędzony czas, za stare zdjęcia rodzinne, które mogliśmy obejrzeć, za wiele wzruszeń, a nawet za okolicznościowe toasty ;)

    poznan3
    poznan2
    poznan1

    Tak pisze się w Gdańsku :)

    opublikowano: 2013-08-29 21:29:37

    Dziś spotkaliśmy się w siedzibie Regionalnego Centrum Wolontariatu w Gdańsku. Była gorąca kawa z mlekiem, kruche ciasteczka i mnóstwo inspirujących opowieści. A baliśmy się trochę, że nikt nie przyjdzie, bo pogoda wyjątkowo plażowa :) Bardzo dziękujemy Agnieszce Buczyńskiej za wsparcie organizacyjne i zapraszamy na portal naszego patrona medialnego, czyli www.kiwi.org.pl. Wszystkim uczestnikom dziękujemy za dobre humory, zapał do pracy i wyjątkowo ciekawe historie :)

    gdansk

    (Nad)morskie opowieści sprzed lat

    opublikowano: 2013-08-28 09:44:44

    Przygotowując materiały na jutrzejsze warsztaty w Gdańsku, postanowiliśmy w naszych domowych archiwach poszukać nadmorskich opowieści. Dziewczynka w białym kostiumie kąpielowym (na zdjęciu po lewej stronie) to Ola, jedna z trenerek prowadzących warsztaty i koordynatorka projektu. Druga trenerka, Ania, też znalazła fajną fotografię - została zrobiona w sierpniu 1980 r. Jest na niej ze swoim dziadkiem.

    ola i morze ania i morze

    Piszemy+ w Gdańsku

    opublikowano: 2013-08-21 15:20:22

    Seniorów z Gdańska, którzy chcą zdobywać nowe umiejętności, rozwijać się i czerpać z tego przyjemność, zapraszamy na bezpłatne warsztaty twórczego pisania, które odbędą się w siedzibie Regionalnego Centrum Wolontariatu w Gdańsku przy ul. Dmowskiego 10 BC w najbliższy czwartek czyli 29 sierpnia w godz. 10.00 - 14.00. Będziemy pisać opowieści inspirowane zdjęciami z domowych archiwów i ważnymi przedmiotami.

    Jak się zapisać na warsztaty? Wystarczy skontaktować się z:

    - Regionalnym Centrum Wolontariatu w Gdańsku: buczynska@wolontariat.org.pl, tel. 58 736 55 03
    lub
    - z nami, czyli ze Stowarzyszeniem "Koncentrat": stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com, tel. 691 937 428

    Zapraszamy!

    Fot. Jacek Łagowski
    IMG_9472

    Warsztaty na Grochowie już za nami!

    opublikowano: 2013-08-20 17:13:46

    Pisaliśmy o dziewczynce w pasiastej sukience, żelazku, które ma dwie dusze i zastanawialiśmy się, jak czas przeszły zamieniać na teraźniejszy. Warsztaty pisarskie na PACA 40 były wyjątkowe! Bardzo dziękujemy wszystkim uczestnikom i czekamy na teksty konkursowe ;)
    Fot. Jacek Łagowski
    IMG_9580IMG_9567 IMG_9513 IMG_9552

    Warsztaty na PACA 40 już 19 sierpnia!

    opublikowano: 2013-08-07 20:08:17

    Wszystkich, którzy chcą sprawdzić, jak dużo przyjemności daje pisanie i mają co najmniej 60 lat, zapraszamy 19 sierpnia na warszawski Grochów! Spotykamy się o godz. 9 w Centrum Społecznym PACA 40. Będziemy pracować nad formą i stylem opowieści inspirowanych zdjęciami z domowych archiwów i ważnymi dla nas przedmiotami.

    Jak się zapisać? Wystarczy wysyłać do nas maila na adres: stowarzyszenie.koncentrat@gmail.com, zadzwonić pod numer: 691 937 428 lub przyjść osobiście na PACA 40 - o projekcie najwięcej wie tam Olga :)

    Zajęcia są całkowicie BEZPŁATNE - wszyscy uczestnicy dostaną materiały szkoleniowe i dyplomy, będzie też skromny poczęstunek, a po warsztatach przewidzieliśmy indywidualne konsultacje z trenerami.

    Chętnie odpowiemy na wszystkie dodatkowe pytania.

    seniorzy paca40

    Witaj, świecie!

    opublikowano: 2013-07-17 19:15:59

    Projekt wystartował :) Zapraszamy do zakładki „warsztaty”, w której sukcesywnie będziemy umieszczać informacje o kolejnych zaplanowanych spotkaniach.

    Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

    Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020